środa, 12 kwietnia 2017

107 (18-11-2016)

        Wydawało mi się chyba pierwszy raz odkąd zaczęliśmy, że trafiłem w odpowiednią nutę. Spencer odpowiedziała na moje słowa niemal zupełnie logicznie, co znaczy że dobrze kontynuowałem swoją kwestię. Dobrze, że potrafiłek ukryć satysfakcję, która narosła we mnie po tym przyjemnym odkryciu, że mogę mieć rację. W głowie już przygotowywałem sobie pytanie jakie jej zadam, kiedy będę mieć okazję. Chyba okazało się, że za wcześnie się ucieszyłem, co z łatwością podpowiedziały mi jej kolejne słowa. Za szybko świętowałem wygraną, zdobywając zaledwie jeden punkt i to nawet nie mając co do niego pewności.
        Nie docierały teraz do mnie żadne uczucia. Jako aktor wprawiony już w swój fach wiedziałem, jak powstrzymać moje "ja" od tego, co dzieje się na scenie. I jak wyizolować się od niechcianych i niepotrzebnych emocji. Prawda, nie zawsze się udawało i każda taktyka czasem zawodziła, ale póki panowałem nad sobą miałem wrażenie że chociaż cząstka tej gry może być rozgrywana przeze mnie.
        W przerwach, kiedy Spencer nurkowała w scenariuszu miałem chwilę, żeby się jej przyglądnąć, na moment wyjść z roli. A może na poważnie nawet się do tego nie przyłożyłem już wcześniej. Patrzyłem, jak odrzuca mokre włosy do tyłu, bo moczą scenariusz i jak wzrokiem szybko przebiega po tekście, żeby znów spojrzeć na mnie. Nieproszone w mojej głowie pojawiło się po raz kolejny pytanie, o co mógłbym ją spytać. O rodzinę? Nie sądziłem, że to jest odpowiedni temat. Po pierwsze, nie interesowało mnie to aż tak bardzo, żeby marnować na to jedyny wymyślony przeze mnie punkt. Szkoła? Wychowanie? Życie? Idee którymi się kieruje? Tych możliwości było tak dużo, a jednocześnie nic konkretnego nie przychodziło mi do głowy. Nic, co naprawdę miałoby dla mnie jakieś większe znaczenie.
        Nasza gra trwała i trwała; nie wiedziałem, ile czasu minęło. Wydawało mi się tylko czasami, że raz poszło mi lepiej raz gorzej, ale to Spencer liczyła punkty i tylko ona znała wynik. Wydawało mi się, że nie jest źle. Kilka odpowiedzi wydawało mi się prawidłowych. Kiedy popatrzyłem na zegarek i okazało się, że jest już tak późno nie mogłem wyjść ze zdzwienia.
        Przerwał nam dzwonek do drzwi. Pierwsza zareagowała Spencer; być może dlatego, że nieszęsto miała okazję grać. Ja jednak zorientowałem się zaraz po niej. Odłożyłem na blat trzymany od dłuższego czasu w dłoni telefon i spojrzałem w jej stronę.
        - To pewnie ten menadżer na przesłuchanie. Nieźle się zagalopowaliśmy z tymi próbami, później powiesz mi jaki jest wynik - mrugnąłem do niej porozumiewawczo i uśmiechnąłem się zawadiacko.
        Z kuchni była niedaleka droga do holu. Dopadłem drzwi przy drugim dzwonku - ten kandydat wyglądał na niecierpliwego i to od razu umniejszyło mi go w moich oczach. I tak nie planowałem go przyjąć, no ewentualnie w sytuacji, kiedy okazałoby się niesamowity i zrobiłby elektryzujące wrażenie. Pewna cząstka mnie jednak nie chciała oddać tego stanowiska nikomu. Spencer zaczęła mnie intygować zdecydowanie bardziej niż powinna. Na dłuższą metę i to mogło okazać się niebezpieczne.
        Wytrąciłem te myśli z głowy, przekręcając klucz w drzwiach. Z pewnym wahaniem nacisnąłem na klamkę. Moim oczom ukazał się niewysoki mężczyzna w okularach i z aktówką pod pachą. Wyglądał na nenrwowego, w momencie kiedy otworzyłem drzwi właśnie patrzył na zegarek. Mimo wszystko uśmiechnąłem się do niego uprzejmie i odszedłem na bok od drzwi, robiąc mu przejście i gestem dłoni zapraszając do środka.
        - Proszę wejść. Mamy jeszcze chwilę na rozmowę zanim będę musiał wychodzić. Zapraszam. - Poprowadziłem go wgłąb pokoju, kiedy ściągnął buty. Rozejrzał się po mieszkaniu; wyglądał na zadowolonego albo usatysfakcjonowanego. Dopóki jeo spojrzenie nie padło na Spencer. - To moja obecna menadżerka. Usiądźmy w salonie - skinąłem ledwo widocznie na dziewczynę, chcącją zachęcić do tego, żeby przeszła z nami do drugiego pomieszczenia. W końcu to ona teraz za mnie odpowiada. Stwierdziłem że lepiej będzie, jeśli nie zostanie wykluczona z tej rozmowy. Razem wszyscy usiedliśmy więc na kompleksie wypoczynkowym; na szczęście w bezpiecznej odległości od przestronnych okien. - Ma pan jakieś pytania na wstępie?
        Mężczyzna wyglądał na młodszego ode mnie, chociaż jego akta mówiły, że jest pięć lat starszy. Uśmiechałem się przyjaźnie. To nazywa się dobra mina do złej gry. Może okaże się jeszcze miłą niespodzianką zawiniętą w wyjątko gruby i raczej niepasujący do okazji papier.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER