środa, 20 września 2017

220

     Zatrzymałam się w połowie ruchu tak, jakby Jake zamiast coś powiedzieć, kopnął mnie w brzuch. Albo walnął w twarz, splunął, przeciągnął po podłodze do zsypu na śmieci. Wiedziałam, że coś jest nie tak, ale myślałam, że po prostu byłam mu solą w oku po tym, jak nie skończyliśmy w łóżku... Ale definitywnie coś więcej było na rzeczy. Jego słowa, zachowanie... Zwłaszcza wobec Deana. Umowa nie umową, ale mimo iż nie krzyczał, ani nie powiedział tego na głos, było wiadome, że traktował nie tyle nas, co Deana w szczególności w taki sposób z mojego powodu. Czy... On ten... Czy rzeczywiście...
     - Miałaś rację - powiedział cicho chłopak, podchodząc do mnie. - Zbierajmy się zanim straci cierpliwość...
     Zanim on straci cierpliwość? ZANIM.ON.STRACI.CIERPLIWOŚĆ?
     Zaciskałam zęby, powtarzając sobie "Nie, musisz się uspokoić. Wdech... I wydech..." ale nie działało. Coś we mnie po prostu się rwało, żeby w końcu nie trzymać tech emocji w sobie. Całe moje życie w sumie opierało się na kłamaniu i ukrywaniu tego, co myślałam, co czułam, czego chciałam... Ale to się zmieniło. Ja się zmieniłam... Odkąd mogłam zacząć nowy start, stałam się lepszą wersją siebie - a ona nie lubiła siedzieć cicho.
     - A może w końcu zdejmiesz tą pieprzoną maskę i powiesz mi o co chodzi?! - Jak tylko Dean pomógł podnieść mi się do pionu, skoczyłam w stronę drzwi do kuchni, żeby mieć pewność że Jake wyraźnie słyszy co mówię oraz wie, że było to skierowane do niego. Chłopak stanął za mną jak mur, powtarzając w kółko, żebym nic nie mówiła i żebyśmy wyszli, jak nam nakazał. - A może wolisz dalej mnie nienawidzić bez wyraźnego powodu i również każdego, kto się do mnie zbliży?! - Wszystkie te... Emocje i myśli, które trzymałam w sobie przez ten czas urosły do rozmiarów, w których nie umiałam je przekazać spokojnie jak cywilizowany człowiek. - Czy może...!
     - Bardzo przepraszam Panie Underwood, już się zabieramy. - Kiedy w końcu udało się Deanowi mnie uciszyć, złapał mnie w pasie i zaczął odciągać od Jake'a.
     Próbowałam się szarpać, ale był silniejszy ode mnie. Nie było to zaskoczeniem, patrząc na to, iż nawet dzieci umiały wykazywać więcej tężyzny fizycznej ode mnie. Ale i tak się nie poddawałam, ponieważ jeszcze nie skończyłam! Nie zdążyłam mu praktycznie nic wygarnąć, a definitywnie sobie zasłużył! Chciałam, żeby wiedział, jak się wtedy czułam. Za każdym razem, kiedy zamiast otwarcie mnie odtrącić, robił to zaraz po tym, jak dawał mi nadzieję - jak mnie całował, gładził po policzku, patrzył głęboko w oczy...
     Kiedy poczułam łzę spływającą po policzku, mentalnie sobie w niego strzeliłam. Czułam się tak, jakby jego gierki robiły mi serce na kawałki - takie spore, łatwo sklejalne. Jednak dzisiejsza wrogość była niczym wielki gorący młot, który zniszczył klej i rozwalił je na większe kawałki. Nie liczyłam, że ucieszy się na mój widok, ale...
     Jakimś cudem Dean wyciągnął mnie z mieszkania razem z naszymi butami i kurtkami, ale chyba dopiero kiedy zamknęły się za mną drzwi poczułam się od tego odcięta. Jakbym była lalką, której oderwano sznurek i nie mogła już mówić. Patrzyłam tylko w podłogę, niczym koń z klapkami na oczach, szukając jakby odpowiedzi na... To wszystko.
     - Daj mi kluczyki - powiedział Dean, wyciągając rękę w moją stronę.
     Mimo spokojnego oddechu, serce mi waliło jak dzwon poruszony młotem. Na moje nieszczęście, jedna rzeczy się nie zmieniła i chyba nigdy nie zmieni - moja wrażliwość. Minęła zaledwie chwila od momentu, kiedy miałam ochotę wygarnąć mu jeszcze więcej, a teraz... Teraz chciałam tam wejść z powrotem, powiedzieć, że przepraszam i że to wina nerw, żeby mnie przytulił, żeby powiedział o co chodzi... Tego chciałam. Nie chodziło o związek, o to żeby czuł do mnie to, co ja do niego... Po tym wszystkim liczyłam tylko na szczerość, na jej odrobinkę...
     Podniosłam swój płaszcz z ziemi i posłusznie podałam jasnowłosemu kluczyki od mojego samochodu. Chociaż raczej powinnam powiedzieć samochodziku, bo był to czerwony mikrus - większego nie potrzebowałam.
     - Zakładaj buty i jedziemy do domu. - Nie mogłam go obwiniać za chłodny ton.
     Wciągnęłam buta na zdrową nogę, kurtkę na plecy i ruszyłam za Deanem do windy. Pewnie chodziło mu po głowie, że spaliłam wszelkie szanse jego powrotu do pracy, dlatego wolałam nic nie mówić, tylko wykonywałam polecenia... Obydwoje chyba musieliśmy się wyciszyć. Przez to podróż windą była ciężka i zdawała się trwać wieczność, albo nawet i dwie wieczności.
     Pierwsze słowa padły ponownie dopiero, kiedy zasiedliśmy w aucie.
     - Nie będę Cię obwiniać za to zwolnienie - zaczął bardzo spokojnie. - Mówiłaś, że to zły pomysł, zapewniałem, że nic się nie stanie... - Przerwał i westchnął, wyjeżdżając powoli na oblodzoną drogę.
     Dochodziła dziewiętnasta, a Nowy York zdawał się być tak jasny, jak za dnia. Jedynie spojrzenie w niebo zdradzało, że Ameryka tuliła się w mroku. Niestety, była to kolejna bezgwiezdna noc, w której jedynie płatki śniegu próbowały zrekompensować ich brak. Jedna chyba tylko mnie cieszył ich widok, reszta ludzi przemierzała szybko ulice okutana w dwa szaliki i cztery kurtki, zostawiając za sobą obłoki ciepłego powietrza.
     - ... ale czy naprawdę musiałaś się tak wydzierać na niego? - spytał chyba najspokojniej jak się dało. - Co w ogóle za dziwne spięcie między wami?
     Dmuchałam tylko w szybę, udając że go nie widzę ani nie słyszę. Zwłaszcza po tej akcji miał prawo wiedzieć, że między nami do czegoś doszło... Chociaż w dzisiejszych czasach takie określenie pewnie dla wielu znaczyło pójście do łóżka, a tym czasem my tylko całowaliśmy się i raz spaliśmy w jednym łóżku. No i oczywiście ja coś do niego poczułam, niestety bez wzajemności...

219







       Nie potrafiłem sprecyzować, ile czasu stałem tak i patrzyłem na obrazek odgrywający się w dużym pokoju. Jasne światło przebijało się przez przeszkloną ścianę i na tym jasnym tle tańczyły w swoich objęciach dwie bardzo znajome sylwetki. Być może grała też muzyka – ale tego już nie potrafiłem stwierdzić. Wszystko najpierw zatrzymało się gwałtownie, a później rzuciło do ucieczki w tył. W mgnieniu oka mój umysł znalazł się przy wszystkich wydarzeniach zeszłego roku, zanim zdążyłem go powstrzymać, on już wertował karty wspomnień, rozgrzebywał dawne rany, a co najlepsze, wcale nie doszukiwał się w tym sensu. Po prostu przed oczami migały mi różne oblicza Spencer, miejsc i rzeczy, które razem robiliśmy.
        Granica, na której zorientowałem się, że być może to jawa, a nie sen, była mglista i niewyraźna. Pewne było jedynie to, że do momentu, kiedy przyjąłem do świadomości, że to nie duch ani mara nocna, pół gorącej kawy było już na ziemi i tworzyło małą powódź wokół listów. Co zabawne, w ogóle mnie to nie obeszło. Otępiała, niezdolna do świadomości część mojego mózgu cieszyła się, że w rękach nagle zrobiło mi się lekko.
        Gapiłem się na tą dwójkę, kiedy przekrzykiwali się między sobą w wytłumaczeniach. I czułem się, jakby owinął mnie gruby koc niezdolności do zrozumienia, co takiego mówią. Patrzyłem to po jednym, to po drugim, praktycznie nie ruszając się o cal. Pozwoliłem Deanowi pozbierać listy.
        Kolejny etap tej sytuacji był jednak gorszy i dopiero nadciągał.
        Domyślanie się, co ta dwójka robi tutaj razem i to w takiej pozycji zajęło w moim odczuciu całe wieki. W rzeczywistości minęło jednak zaledwie uderzenie serca.
        A niech to… Wolałem utknąć w przekonaniu, że cały ten miniony rok był jedną wielką pomyłką albo w ogóle nigdy się nie wydarzył. Fakty jak kawałki puzzli wskakiwały na swoje miejsca, a mi aż zakręciło się w głowie, kiedy spojrzałem na dół, prosto w oczy Spencer.
        Masz rację — odezwałem się w końcu, a mój głos przypominał zamarzniętą bryłę lodu. Sam nie potrafiłem go poznać i nie miałem pojęcia, skąd się wziął. Słowa układały się w mojej głowie z zadziwiającą jasnością i łatwością, choć nie potrafiłem zinterpretować uczuć, jakie za nimi stały. — Nie powinnaś się tutaj w ogóle pojawiać.
        Bynajmniej nie dbałem o to, w jakiej pozycji stawia mnie takie zachowanie. Widok tej dwójki razem… Spowodował, że nie potrafiłem kontrolować tego zachowania. Gdybym potrafił trzeźwo ocenić sytuację, zauważyłbym z pewnością jak wyostrzają się rysy twarzy Deana, jak na moment zamiera przy sprzątaniu wyrządzonego przeze mnie bałaganu. Jak Spencer unosi lekko dłoń, naje mu sygnał, żeby tego nie komentował. To wszystko teraz jednak było poza moim zasięgiem. Czułem, jak budzi się we mnie wściekle paląca złość. Trawiła wszystko, co stanęło na mojej drodze. I w tym momencie była o Hastings.
        Dean — zacząłem, przenosząc na mężczyznę puste spojrzenie i przekręcając w jego kierunku twarz, na której nie malował się absolutnie żaden wyraz. Chłopak podniósł się z kolan, w dłoni miał listy; część z nich nie nadawała się już do niczego, część udało mu się najwyraźniej uratować. — Chyba jasno się wyraziłem, kiedy ustalaliśmy zasady pracy w tym miejscu. Żadnych gości, żadnych znajomych nie ma tu wstępu poza tobą. Mam nadzieję, że masz świadomość sytuacji, w jakiej teraz się postawiłeś? — Stałem prosto, patrząc na jego twarz bez uciekania wzrokiem w bok. Czułem, jak wściekłość smaga mnie swoim rozgrzanym do białości batem, jak dłonie drżą mi niekontrolowanie.
        Poza złością było w tym coś więcej. Coś głębiej, do czego bałem się sięgać. Miałem wrażenie, że otwarcie tych uczuć zakopanych głęboko w skrzyni będzie jak igranie z puszką Pandory. Skupiałem się więc na złości, nie mogąc nawet już spojrzeć w kierunku dziewczyny. Nie chciałem jej widzieć. Nie… Nie mogłem znieść jej widoku. Na myśl, co ta dwójka robiła tutaj razem żołądek niebezpiecznie podjeżdżał mi go gardła, przekręcał się i skręcał boleśnie.
        Do tej pory potrafiłem ci zaufać, a teraz… — zawiesiłem głos, szukając jakiegoś punktu oparcia. Miałem ochotę wyciągnąć go za drzwi i kazać już nigdy się tu nie pojawiać. Ocuciła mnie nieco świadomość, jak daleko popycha mnie złość. Wydawało mi się, że wyraz mojej twarzy nieco złagodniał. — Możecie wyjść.
        Dean otworzył usta natychmiast, jakby chciał coś powiedzieć. Zamknął je równie szybko. Jakby bił się z myślami, co teraz odpowiedzieć.
        Odwróciłem się plecami w ich stronę i ruszyłem powoli, w obawie postawienia niepewnie każdego kroku, w stronę kuchni. Na blacie wyspy wylądowały ubrania i kilka scenariuszy, z hukiem upadły też klucze do mieszkania i telefon, który akurat w tym momencie ponownie zaczął dzwonić. Zacisnąłem palce na krawędzi blatu i podniosłem spojrzenie prosto przed siebie, wbite w przestrzeń.
        — Nie skończyliśmy… To znaczy, nie skończyłem jeszcze sprzątać, panie Underwood — cicho odezwał się męski głos. Był zaskakująco opanowany, nawet odrobinę nie zadrgał.
        Potrząsnąłem wolno głową, nie odwracając się w stronę tamtej dwójki. Miałem ochotę krzyczeć, kazać im się stąd wynosić. I to natychmiast. Zamiast tego mocniej zacisnąłem palce na blacie, aż pobielały mi knykcie. Odezwałem się dopiero, kiedy miałem pewność, że żadna niechciana emocja nie zmieni tego, co chciałem im przekazać. Że głos mi się nie złamie w połowie zdania albo nie podniesie nagle o kika niepotrzebnych tonów.
        Po prostu się stąd wynoście — powiedziałem, nie ruszając się ze swojego miejsca.
        Mój głos, choć przyciszony i pozbawiony niemal tonu, bezbarwny, bardzo wyraźnie rozniósł się w panującej w mieszkaniu ciszy.

wtorek, 19 września 2017

218

     Nie chciałam przychodzić do tego domu. Mimo wszystko bałam się znów go spotkać... Nie zebrałam się na odwagę żeby z nim porozmawiać o mnie, o nim... O nas. Jeśli w ogóle kiedykolwiek można to było tak określić. Teraz już na pewno było po wszystkim, sam to skreślił, pewnie nawet nigdy tego nie chciał... I chciałam może również wierzyć, że tak naprawdę też do niego nic nie czułam. Pierwsza miłość podobno boli najbardziej... A ja bałam się rozerwania pozornie zaleczonych ran.
     Kiedy tylko przekroczyliśmy próg, musiałam walczyć z zmorami przeszłości, których głosy i delikatne kontury zdawałam się widzieć kiedy pozwalałam sobie myślami uciekać. Widziałam nasz taniec, wspólną noc, Jareda i Lucy, przesłuchiwanie menadżerów i więcej. Głowa pękała mi w szwach, jednak nie byłam sama - to mnie ratowało. Dean już od dłuższego czasu był dla mnie takim rycerzem w lśniącej zbroi. W momencie, kiedy po prostu wszystko się ode mnie odwróciło - szkoła, Jake, mama... On był. Dał mi dach nad głową i wsparcie, które i być może uratowało mnie nawet od depresji bo... Zostałam z niczym. Dosłownie, pieniądze zarobione u Jake'a nie miały dla mnie znaczenia w obliczu tego, jak wszystko wokół mnie się zawaliło.
     - Widzę ktoś bardzo nie lubi sprzątać - rzucił, spoglądając na mnie zza ramienia. - Mogę Ci sprzątnąć ten grymas z twarzy swoją różową miotłą.
     Prychnęłam tylko, próbując skupić się tylko i wyłącznie na nim dla mojego psychicznego dobra. Póki się nie przyzwyczaję, a mieliśmy tu trochę zostać, szykował się ciężki czas.
     - Dalej nie wierzę w to, że masz różowy zestaw Pani domu...
     - Poważnie mówię, nie wiem czy on to sam zamawiał i się zagapił czy może po prostu liczył, że wymieni mnie na uroczą obsługę domową, ale cóż. - Po ostatnim słowie wyciągnął z szafy swój sprzęt.
     Nie wierzyłam w to, co właśnie ukazało się moim oczom. Nie tylko Dean naprawdę miał różową miotłę, ale również różowy mop, różowe wiadro, różową szufelkę i zmiotkę, razem z różowymi rękawicami. Już wtedy było mi ciężko powstrzymać się od śmiechu, jednak po chwili na głowie Deana pojawił się różowy czepek, a na biodrach przewiązał różowy fartuszek w białe kropki.
     Nie mogłam oddychać. Wydawałam z siebie tylko sapiąco-podobne dźwięki, którym towarzyszyły strumienie łez przecinające moją twarz. Pomijając fakt, że na moim brzuchu zapewne zaczął rysować się pokaźny kaloryfer, podparłam się o wezgłowie kanapy. Nogi trzęsły mi się jak galarety, odmawiając wykonania innego rozkazu, niż posłanie mnie na podłogę.
     - W-weź mi... P-p... Przypomnij, gdzieeeee jest... Ł-ł-łłłazienka, hahaha! - wydusiłam w końcu z siebie, wyglądając przy tym zapewne jak burak.
     - Nawet psy sikają na dworze, nie każ mi i martwić się o twoje wyprowadzanie - zaśmiał się Dean.

** fast forward kilka minutek **

     - Sama nie wiem...
     Nie przekonywał mnie ten pomysł, raczej wręcz powodowało to konflikt z tym, co faktycznie mieliśmy robić, a tak mi się przynajmniej zdawało. No i słabo szło mi wywijanie solo, co dopiero z miotłą u boku?
     - Nie przejmuj się, to nie pierwsza i nie ostatnia taka rzecz - stwierdził, podchodząc do wierzy stereo. - Teraz musisz się tylko wczuć i... - Reszty nie usłyszałam, ponieważ muzyka skutecznie zgubiła jego głos wśród skocznych dźwięków.
     Nie był to początek piosenki, jednak Deanowi nie robiło to różnicy. Ostatnią rzeczą która nam została, żeby móc w końcu wybrać się do kina, było zmycie i wytarcie podłogi. Po wszystkim mieliśmy również wrócić wyprowadzić psy Jake'a, bo o ile do mieszkania nie wchodziłam odkąd przestałam z nim pracować, prawie codziennie towarzyszyłam Deanowi w wieczornych spacerach ze zwierzętami.
     Chłopak od razu przeszedł do energicznych ruchów mopem po podłodze. Jego kocie ruchy zawstydziłyby nie jedną lasencję z klubu, a już na pewno zawstydziły mnie. NIGDY nie będę umiała ruszać się tak dobrze, ale to NIGDY... Chyba że wypracował to sprzątając mopem to wtedy mógł mieć pewność, że w naszym mieszkaniu podłoga będzie czyszczona kilka razy dziennie.
     Próbowałam podążać jego ruchami ze swoją szczotką, na którą nałożyliśmy szmatę, żeby od razu wycierać podłogę. Początkowo szło mi ok.rop.nie. Miałam ochotę wyłączyć tą muzykę i zrobić to normalnie, jednak Dean nie przewidywał takiego planu. Widząc moje zniechęcenie złapał mnie za rękę i wciągnął na mokrą jeszcze podłogę. Lata doświadczenia pozwoliły mi łapać równowagę prawie tak dobrze jak on, jednak i tak musiał mnie mocno trzymać w pasie, żebym się nie wywróciła.
     Zaczęliśmy tańczyć bardziej chyba ze sobą, niż sprzątać, jednak ciężko było nie przyznać, że... Bawiłam się świetnie. Bujałam się na boki, dzierżąc w jednej dłoni różową miotłę,  a w drugiej jego dłoń. Wtedy zaczął nami kręcić. Dostałam lekkich zawrotów, śmiejąc się przy tym znów jak szalona, ponieważ od upadku dzieliły nas, albo przynajmniej mnie, krótkie chwile.
     Szesnaście, siedemnaście, osiemnaście, dziewiętnaście...
     - Boże Jake! - wykrzyknęłam nagle, kiedy w końcu go dostrzegłam. 
     Stos papierów i kawa, które właśnie stawały się jedną kupą śmieci, zapewne przed chwilą były w jego rękach. Czyżby mój widok aż tak go zszokował, że wszystko upadło mu z rąk? Wiedziałam, że nie powinnam była przychodzić, nie chciał mnie widzieć...
     Wyślizgnęłam się z objęcia Deana i zaczęłam ślizgać się w stronę Jake'ka. Chłopak od razu poleciał wyłączyć muzykę i tłumaczyć moją obecność, podczas gdy ja zaliczyłam przed aktorem, nie pierwszą, spektakularną glebę - nawet nie drgnął.
     - Przepraszam, Panie Underwood. Poprosiłem ją dzisiaj o pomoc, żeby móc szybciej...
     - Przestań - przerwałam mu. - Wiedziałam jaka jest sytuacja, a i tak... Przepraszam. - Patrząc na Jake'a z poziomu podłogi, nie wiedziałam nawet, jak się do niego odnieść. Po imieniu? Po nazwisku? Per Pan? - J-ja nie powinnam była przychodzić... 
      Uciekając wzorkiem od jego twarzy, z powrotem kawa i listy zwróciły moją uwagę. Nie powinnam się tym przejmować, powinnam podnieść się, ubrać buty, kurtkę i wyjść... Ale mimo całego wyparcia i tego jak zareagował na moją obecność, cieszyłam się jego widokiem. W jakiś sposób koiło mnie zobaczenie go w końcu twarzą w twarz, a nie tylko w telewizji, kiedy wychodził nowy odcinek serialu.
     Dobrze Cię widzieć Jake, mimo tego jak nagle mnie wyrzuciłeś. Akurat wtedy i moja matka zdecydowała się pozbyć mnie z domu, a do szkoły nie mogłam wrócić, ale hej! Zdałam maturę, mam dach nad głową i całkiem porządną pracę dzięki swojemu wachlarzowi doświadczeń. Czy coś poza tym? Pewnie nie pamiętasz, ale byłam w tobie zakochana... Byłam - fajnie by było, gdyby to słowo nadal pasowało, prawda? Ale patrząc na ciebie nabieram wątpliwości, czy kiedyś się wyleczę z mojej pierwszej miłości.
     Odchrząknęłam cicho, próbując odgonić od siebie te potoki myśli, które aż cisnęły się do ust.
     Dean wrócił do tłumaczenia się Jake'owi i zbierania zalanych papierów, podczas gdy ja dalej tak siedziałam, pocierając obolałą kostkę.
     Proszę, tylko nie skręcona...
     Gdzieś między słowami odchodzącego Deana wyłapałam coś, co chyba było skierowane do mnie. Mówił coś o lodzie czy czymś zimnym... Nie byłam w stanie się wsłuchać, zbyt głośno i zbyt wiele Spencer na raz gadało w mojej głowie, zachęcając mnie do najróżniejszych decyzji.
     - Nie trzeba! - odkrzyknęłam do niego. - Zaraz sobie pójdę, tylko się jakoś... - Nie dokończyłam sentencji, próbując podnieść się z pomocą kanapy, przy której kilka minut temu zalewałam się łzami ze śmiechu. Wzięłam wdech, podwinęłam nogę i... - Auć! - Yup, jednak skręcona. Nie byłam w stanie oprzeć na niej ciężaru ciała, ani chociaż postawić poprawnie stopy na płaskim.
     A jak do tej pory wszystko szło pięknie. Pracownik miesiąca, przyjaźń z Deanem, ta wyprzedaż w środę, cudowna nowa knajpka. I nawet miałam jechać pierwszy raz w góry na ten staż, chciałam się nauczyć jeździć na snowboardzie albo nartach, wypróbować łyżwy... A teraz to zostaną mi chyba tylko atrakcje hotelowe.

217






        Dobrze. Tak jest przecież dobrze. Tak miało być.
        Powtarzałem to sobie, kiedy Spencer drgnęła po raz pierwszy. Nawet nie otworzyła ust. Może nie zamierzała do tego nic dodać? Jakaś część mnie oczekiwała, że będzie się z tym kłócić, że wyrzuci z siebie swoje zdanie, jak zawsze. Nic się nie stało. Tylko drgnięcie. Ani kawałka emocji na jej twarzy, w ruchach, w niczym. Mrugnąłem w momencie, kiedy drzwi się zatrzasnęły i miałem wrażenie, że to jedno mrugnięcie sprawiło, że coś przegapiłem. Że stało się coś ważnego, czego nie udało mi się zanotować.
        Przecież jest tak, jak powinno być. Teraz będzie lepiej. Będzie dobrze.
        Kłamstwo powtórzone odpowiednią ilość razy miało obowiązek stać się w końcu prawdą. Powtarzałem to jedno słowo, oszukując się i nawet nie starając się tego ukryć. Zaciskane na kanapie palce wcale nie sprawiły, że poczułem się lepiej. Ból paznokci wbijanych w wewnętrzną część dłoni, w zaciśniętej pięści nieco mnie otrzeźwił.
        A czego się spodziewałem? Że mi podziękuje? Przynajmniej udało mi się osiągnąć jeden cel. Skończyć to całe gówno szybko, bez przeciągania. I bez scen.
        Podniosłem się z miejsca i oparłem pokusie, żeby rozbić wielkie lustro, w którym odbijała się cała reszta pokoju. Ostatkiem sił woli odwróciłem się i odszedłem, na korytarzu kierując się do swojej garderoby, żeby resztę przerwy spożytkować na przebranie się i poprawienie wizerunku.

        Podciągnąłem nogi z podłogi na kanapę i skupiłem się na swoim miejscu. Ogromny, płaski ekran telewizora wiszącego na ścianie był wyciszony, a obrazy skakały na nim, tworząc w ciemnym wnętrzu różnokolorowe, migające mozaiki świateł i cieni, na które nie zwracałem większej uwagi. Monotonne przyciskanie tego samego przycisku do przełączania kanałów sprawiało mi jedyną przyjemność, jakiej mogłem tego wieczora oczekiwać. Kiedy szukałem czegoś do oglądania – i o zgrozo, wiedziałem, że na żadnym z pięciuset kanałów nie ma niczego, na co naprawdę mam ochotę patrzeć – nie musiałem zbyt wiele myśleć o wszystkim innym.  O rzeczach, które czekały tylko na uchylenie furtki i dostanie się do mojej świadomości. Blokowałem je z nieznaną sobie samemu siłą, patrząc na kolejne ruchome klatki na ekranie i nie starając się zrozumieć ich złożonego sensu. Nie patrzyłem świadomie na to, co oglądały moje oczy, dlatego skakanie z programu na program nie było niczym trudnym. Otwarta butelka z whisky kołysała się powoli w mojej drugiej ręce, a poziom napoju w niej niebezpiecznie zbliżał się do połowy. Kto by pomyślał, że kiedy wchodziłem do domu była jeszcze pełna?
        Klik. Klik. Klik.
        Nie obchodziło mnie nic. Ani widok na ruchliwą nawet o tej porze ulicę ani wspomnienia, które wiązały się z każdym kątem tego apartamentu. W każdym, gdybym się rozejrzał, udałoby mi się znaleźć Spencer. Chyba dlatego właśnie uparcie wpatrywałem się w telewizor.
        Nie umiałem sobie nawet przypomnieć, jak się rozstaliśmy. Kiedy sesja się skończyła, po prostu odsunęliśmy się od siebie, a kiedy światła kierowane na nas zgasły, wszystko się skończyło. I niestety, ale brzmiało to tak samo ostentacyjnie, jak i sprawiało, że się czułem. Zniknęła gdzieś za drzwiami garderoby i już więcej jej nie zobaczyłem. Musiała uciec zanim skończyłem albo czekała, aż wyjdę i odjadę. Przycisnąłem chłodną szyjkę butelki do ust i pociągnąłem kilka łyków. Przynajmniej ta pieprzona sesja się udała… Przynajmniej tyle dzisiaj z tego.
        Czy się w niej zakochałem? Teraz przyznałem przed samym sobą, że tak. Teraz, kiedy było już za późno. Ale może to i lepiej. Może oszczędziłem nam czegoś jeszcze gorszego.
        Tyle przeżyłeś, przeżyjesz i to… — mruknąłem, przełączając w międzyczasie kolejny program.
        Nie pamiętam, kiedy zasnąłem, z głową odrzuconą do tyłu, włączonym telewizorem, butelką alkoholu w jednej dłoni i pilotem w drugiej. Być może wykończyły mnie wypite procenty, zmęczenie tego dnia albo jeszcze coś innego. Pamiętałem tylko tyle, że rano obudziłem się w paskudnym nastroju.

        — Będę po pana wieczorem, panie Underwood, proszę dobrze wykorzystać swoją przerwę. — Steven odwrócił się lekko w stronę środkowego lusterka, zatrzymując samochód przed budynkiem. Telefon dzwonił natrętnie już piąty raz z rzędu, a ja zbierałem wszystkie papiery i ubrania przygotowane na plan, jednocześnie starając się nie rozlać kawy, która przyjemnie pachniała. Parowała, nadal była gorąca. — Pomóc?
        Zawahałem się, ale tylko krótko, oceniając swoje możliwości.
        Nie. Zaparkuj gdzieś samochód, widzimy się za dwie godziny.
        Nie czekając na jego odpowiedź otworzyłem drzwi od strony chodnika i ze wszystkim, co znajdowało się na tylnej kanapie, wyszedłem z pojazdu. Steve patrzył jak znikam w holu wieżowca, a później skręcił w lewo i włączył się do ruchu samochodowego.
        Akurat przecinałem hol na przestrzał, kiedy zatrzymało mnie czyjeś nawoływanie. Odwróciłem się do kobiety, która prawie biegła w moim kierunku z naręczem listów w dłoniach. Zdążyłem tylko unieść brwi, musiała już rozpoznawać ten gest, bo zaczęła wymachiwać rękami jak szalona. Przystanąłem i odwróciłem się na pięcie w jej kierunku.
        O co chodzi? Nie przyjmuję tutaj listów od fanów, tylko prywatna poczta — zastrzegłem, zanim zdążyła chociaż zaczerpnąć tchu.
       Jak ona w ogóle mogła biegać na takich cieniutkich obcasach i w tak obcisłej, choć eleganckiej spódnicy? Obsługa w recepcji tego wieżowca naprawdę potrafiła mnie zaszokować.
        — To nie to, panie Underwood — zaczerpnęła tchu. Tylko po to, żeby jeszcze bardziej energicznie kręcić głową. — To nie to. Same prywatne listy, tak jak pan sobie zażyczył. Żadnych fanów. Przeselekcjonowane. Naprawdę.
        Nie mogłem powstrzymać lekkiego uśmiechu. Zdradziecki wyraz twarzy, sam wkradł się na moje usta.
        Chyba jesteś tu nowa, bo cię nie kojarzę — rzuciłem, rozbawiony. — W każdym razie, dzięki. Dobra robota.
        Cudem jedynie udało mi się wygospodarować odrobinę wolnego miejsca między kciukiem i palcem wskazującym, w które złapałem pocztę i udałem się prosto do windy, nie czekając aż recepcjonistka jakkolwiek skomentuje moje słowa. Gdybym się chociaż odwrócił, zauważyłbym, jak oblewa się pąsowym rumieńcem i powoli kręci głową, układając dłonie na biodrach. Skąd miałem właściwie wiedzieć, że pracuje tu już od trzech miesięcy?
        Wchodząc do holu czułem, jak ogarnia mnie zmęczenie. Klucze szczęknęły w zamku, to był przyjemny, znajomy odgłos. Uspokajający wręcz. Wszedłem do przestronnego holu, ale nie pomyślałem o odłożeniu listów, ubrań i innych szpargałów na komodę. W pierwszej chwili usłyszałem śmiech. Damski śmiech, przyciszone głosy, skoczną muzykę. Co do jasnej cholery? Zmarszczyłem brwi, przechodząc przez próg do korytarza. O tej porze powinien tu być jedynie…
        Zatrzymałem się na wysokości wyspy kuchennej, z twarzą skierowaną w stronę salonu.
        Czy to sen? A może kolejny koszmar? Opuściłem powoli dłonie, zapominając zupełnie o wszystkim, co w nich trzymałem. Naręcze listów wysunęło się powoli z moich palców i rozsypało po podłodze, a gorąca kawa trzymana w tej samej ręce przechyliła się nieznacznie. Wystarczająco, żeby wolnym strumieniem lać się spokojnie na białe koperty i moczyć wszystko, co znalazło się na podłodze.
        Ale mnie to nie interesowało. Patrzyłem na ducha Spencer, który wyglądał… Zupełnie jak ona. Tak, jak ją zapamiętałem. A jednak było w niej coś innego. Niepodobnie do wszystkich snów z jej udziałem, przed moimi oczami śmiała się i promieniała wręcz od wesołości, trzymana w objęciach Deana. Do tej pory zawsze w mojej głowie była zła lub smutna. Jęknąłem przeciągle, mrugając oczami, żeby pozbyć się tego widoku z pamięci i z głowy.
      Scena jednak nie chciała zniknąć mi sprzed oczu.

niedziela, 17 września 2017

216 (17.09.2017)

     Przez chwilę myślałam, że żartuje, że miała to być słaba część komediowa dzisiejszej rozmowy, tak w ramach rozluźnienia całego tego... Dziwnego napięcia między nami. Jednak po chwili ciszy on kontynuował. Wtedy przestałam słuchać, próbując znaleźć jakieś racjonalne wyjaśnienie. Nie wchodziłam mu przecież w drogę, nie zbliżałam się do niego w znaczeniu cielesnym bardziej niż trzeba było, no po prostu oddaliłam się najdalej jak mogłam od niego. Jednak najwyraźniej to nie było wystarczające...
     Fine. Fuck. You.
     Mógł mi to powiedzieć rano jak u niego byłam, albo chociaż zaczekać z tym do końca tygodnia zanim jego menadżerka nie wyzdrowieje, ale skoro wierzy, że sam sobie ze wszystkim poradzi, to nie moja już w tym głowa. Ma i tak większe pojęcie o tej robocie niż ja kiedykolwiek miałam...
     Czy byłam zła? Tak, jednak nie z powodu samej decyzji, a tego, jaki wybrał sobie moment. Byłam zła, że przyszło to z dnia na dzień. Byłam zła, że tym samym teraz właśnie był ostatni moment, żeby z nim pomówić... Ale nie potrafiłam. Bo oprócz złości, przepełniał mnie również smutek, a te dwie emocje razem zmieszane, odbierały mi możliwość logicznego myślenia i poprawnego składania zdań.
     This accualy is... The end.
     Ciszę jaka zapadła między nami, przerwało dopiero trzaśnięcie drzwiami. Moje trzaśnięcie drzwiami.
     Fuck. This. Fake. Shit. 
     Nie myślałam wtedy o tym, że mogę go tym wpędzić w kłopoty, ani że zniszczę cały misterny plan tej sesji. Nie miałam po prostu siły, żeby tam wrócić i udawać, że wszystko jest okej, bo... Ja wiem, idiotyzm, ale wierzyłam, że jest jakieś drugie dno, że może jakimś cudem poczuł to co ja i tylko chciał mnie od siebie odsunąć... Ale straciłam już wszystkie nadzieje. Od incydentu w sypialni barona nie dał mi nic, żeby myśleć o nim inaczej niż jak o kobieciarzu, inaczej niż o tym, że rzeczywiście zależało mu tylko na przespaniu się ze mną...
     Szybkim krokiem zmierzałam w stronę drzwi, nie chciałam zostać tutaj ani chwili dłużej, nie z... Tym wszystkim we mnie. Chciałam to gdzieś wyrzucić, wyzbyć się tych wszystkich negatywnych emocji, żeby znów zacząć myśleć racjonalnie o tym, jak głupia byłam.
     Can't stop won't stop!
     Już tylko kilka metrów dzieliło mnie od drzwi na korytarz, z którego z kolei tylko kilka pięter było przeszkodą do wolności. Nie słyszałam nic innego, tylko głośne i przyspieszone bicie mojego serca.
     Nagle coś jakby mnie szarpnęło do tyłu, albo może tylko przytrzymało, ale przy mojej prędkości, wyzerowanie jej było mocnym trzepnięciem. Prawie straciłam równowagę, jednak osoba odpowiedzialna za ten wypadek pomogła mi zostać w obcasach.
     - Wiem, że przerwa się jeszcze nie skończyła, ale Bianca chciała byś przymierzyła inne stroje. - Dziewczyna miała dosyć chłodny ton i nieprzyjemne spojrzenie, jak z resztą wiele innych anorektyczek na tym piętrze. Jednak w jakiś sposób chyba mnie to obudziło i powstrzymało od wielkiego błędu. Nie mogłam zostawić go tak w środku tego wszystkiego... Dokończymy to a potem każde pójdzie w swoją stronę.
     - Okej - odpowiedziałam cicho i podążyłam za nią.
     Z każdym krokiem moja złość zmieniała się w zażenowanie i rozczarowanie samą sobą. Prawie dałam się ponieść emocjom do stopnia, w którym w mniejszym bądź większym stopniu, zaszkodziłabym jego karierze i roli w serialu. Zrobił dla mnie wiele, a uciekając okazałabym brak szacunku do tego jak mnie przyjął te kilka miesięcy temu i ile mi dał... A ja chciałam się zachować jak ostatnia świnia. W głowie cicho dziękowałam Biance i tej dziewczynie, bo dzięki nim nie popełniłam ogromnego błędu.

* * *

     - Wow - powiedziałam cicho, widząc w końcu finalny efekt.
     Przeciwieństwo swojego poprzedniego wyglądu, jakim się stałam w tak krótkim przedziale czasu, było dla mnie niesamowite. Z makijażu co prawda zmieniła się tylko szminka na ciemniejszą, ale cała reszta... Większego kontrastu się chyba nie dało.
     Moją białą, zwiewną sukienkę zastąpiła czarna wielowarstwowa suknia, w której czułam się jak jakaś mroczna królewna. Mimo swojej złożoności, była lekka i delikatna, jakbym ubrała chmurkę. Co prawda taką ciemną i burzową... Ale nadal chmurkę. Włosy również przeszły gruntowne zmiany. Z "swawolnie" wiszących kosmyków włosów, upięto moją perukę w jakieś... Misterne kokoniewiadomo podtrzymywane przez spinkę, but oh boy, wyglądało przecudnie. Czułam się nawet piękniejsza niż przed pierwszą przemianą. Jednak w końcu dostrzegając w odbiciu Jake'a to wszystko znikło. Bardzo szybko zostałam sprowadzona na ziemię.
     Przecież i tak to wszystko było fałszem, pięknym kłamstwem, które po kilku błyskach fleszy miało się skończyć, bym z motyla znów zmieniła się w gąsienicę.
     - Wiesz czemu węgiel jest taki cudowny? - spytała Bianca, krążąc wokół mnie. Tak naprawdę jednak nie czekała na jakąkolwiek odpowiedź, ciągnąc swój krótki monolog. - Bo może zmienić się w diament. Ze zwykłej brudzącej skały, w najbardziej pożądany przez kobiety kamień.... Dobra ludzie, koniec przerwy, do roboty! - Bardzo szybko jej cichy głos zmienił się w krzyk, aż zadzwoniło mi w uszach.

215



        Nawet, jeśli nie zdawałem sobie z tego do końca sprawy, decyzję podjąłem już dawno temu. Nieświadomie wiedziałem, co jest rozwiązaniem tej sytuacji. Moje serce i rozum stanęły jednak w konflikcie, którego nie można było rozwiązać z korzyścią dla ich obu. Teraz, wchodząc do pomieszczenia, które prowizorycznie zamieniono na garderobę Spencer, wszystko wydawało mi się na raz bardziej oczywiste i coraz cięższe.
        W pomieszczeniu nadal było kilka dziewczyn. Rozmawiały cicho między sobą, ale kiedy wszedłem do pomieszczenia wszystkie zamilkły i utkwiły we mnie swoje spojrzenie. Zaskakujące, jak normalna już do tej pory stała się dla mnie taka reakcja ludzi na moją obecność. Odchrząknąłem i poprawiłem mankiety garnituru, który założono mi wcześniej specjalnie na tą sesję. Był elegancki, ale zupełnie nie w moim stylu. Dodatkowo był uzupełniony futrem przy kołnierzu, złotymi zapinkami mankietów i innymi ekstrawaganckimi ozdobami. Zupełnie nie w moim prywatnym stylu. Głodne spojrzenia dziewczyn od makijażu mówiły jednak wyraźnie, że wyglądam w nim co najmniej dobrze.
        Kiedyś uznałbym coś takiego za komplement. Może odpowiedziałbym uśmiechem. Ale teraz nie chciałem nawet tego widzieć, łatwiej było udać, że nic nie dostrzegam.
        Możecie wyjść, potrzebuję chwili dla siebie — rzuciłem chłodno, omijając je i nie racząc nawet pojedynczym spojrzeniem.
        Wszystkie opuściły pomieszczenie. Po raz kolejny zaskoczyło mnie, jak wiele władzy posiadam nad ludźmi tylko przez wzgląd na swoje nazwisko i jak wiele szacunku – prawdziwego i wymuszonego – ono wywiera. Tym razem też to była tylko płytka emocja. Zostałem sam przed wielkimi taflami luster oświetlonymi z każdej strony, żeby wywołać optymalne światło do makijażu. Przejechałem dłonią po oparciu skórzanej kanapy, obszedłem ją dookoła i opadłem na miękkie poduszki na samym jej środku.
        Nie musiałem czekać długo, aż Spencer pojawiła się we wnętrzu. Widok jej twarzy w lustrze, tak niepodobnej do niej samej, sprawił, że poczułem nieznajomy ciężar na sercu. Coś ukuło mnie w bok. Nie ma innego wyjścia. Postępuję dobrze. Mogłem wmawiać sobie to przez całe wieki, ale podświadomie wiedziałem, że przyjdzie mi tego żałować. I to niedługo.
        Bez słowa patrzyłem na dziewczynę w lustrze, nawet nie drgnąwszy. Zamknęła za sobą drzwi i zapadło między nami pytanie, a ja zdałem sobie sprawę z tego, że nie mogę już tego dłużej odciągać.
        Wydawało mi się, że muszę wstrzymywać oddech, jakby dostarczenie zbyt dużej ilości tlenu do płuc miałoby sprawić, że zmienię zdanie. Powoli pokręciłem głową, ale nie ruszyłem się poza tym nawet o centymetr. Łatwiej było mi patrzeć na Spencer w lustrze, śledzić wyraz jej twarzy w tafli szkła. Jakby odbicie rzeczywistości sprawiało, że można ją ugiąć, zakrzywić, zmienić.
        Powinnaś odejść.
        Dwa proste słowa uniosły się w powietrzu, zawirowały w mojej głowie. Co właściwie znaczyły? Do tej pory nie byłem pewny. Odbijały się w mojej głowie i wydawały mi się tak płaskie, pozbawione znaczenia. Zapadła cisza, a ja nie mogłem się przemóc, żeby powiedzieć coś więcej. W głowie wiele razy powtarzałem to wszystko, co chciałem jej powiedzieć. Układałem odpowiednie słowa w zdania, ale kiedy teraz przyszło do rzeczy, nie potrafiłem po nie ponownie sięgnąć. Wszystkie tłumaczenia i wyjaśnienia wydawały mi się zbędne, puste, zbytkowe.
        Wrócisz do swojej szkoły i swojego życia, znajdziesz normalną pracę, zaczniesz żyć takie życie, jakie powinnaś… Dokończymy teraz tę sesję, a później nasze drogi się rozejdą. — Nie potrafiłem zdobyć się na nic innego.
        Świadomość, że podejmuję dobrą decyzję była silna, ale nie silniejsza, niż emocje, które rozpętały się burzą w moim wnętrzu. To najprawdopodobniej znaczyłoby, że już więcej się nie spotkamy. Przymknąłem oczy, rozłożyłem powoli rękę w bok, opierając łokieć na oparciu kanapy i zaciskając na niej swoje palce, nie odwracając spojrzenie od twarzy Spencer.
        Swoją jednocześnie starałem się zachować bez żadnego wyrazu. Bez nostalgii i smutku za tym, co być może właśnie odtrącam. Z myślą, że właśnie tak musi być. Mój pokazowy związek z Sheilą i cały ten teatr, który przyszło mi grać nie mógł zostać zagrożony. Nie mogłem poświęcić swojej kariery dla tak… Błahego powodu, jak dziewczyna. Stary, dobry Jake złapałby się za głowę, gdyby chociażby widział, jak długo zwlekałem z odcięciem się od Hastings. Odchyliłem głowę nieco do tyłu, a na mojej twarzy nie malował się zupełnie żaden wyraz.
        Była zupełnie pusta, zupełnie jak moje serce w tym momencie.
SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER