środa, 12 kwietnia 2017

117 (14-12-2016)

        Nie mogłem powstrzymać delikatnego uśmiechu, który pojawił się niespodziewanie na mojej twarzy. Był wręcz dobrotliwy, rzadko udaje się komukolwiek wywołać we mnie takie emocje. Stres i denerwowanie się czymś to mój chleb powszedni, wręcz spowszedniał mi tak, że nie staje się już dla mnie wielkim problemem. Mimo wszystko bardzo dobrze znałem to uczucie i trochę współczułem Spencer. Szukałem jakichś słów pocieszenia, ale nic nie wydawało się być na miejscu, cokolwiek powiem, wcale nie zmniejszy to napięcia nerwów. Zamiast tego patrzyłem na nią ze spokojnym wyrazem szczęścia na twarzy, jakby właśnie stało się coś niesamowitego.
        Spojrzenie odwróciłem dopiero, kiedy dziewczyna zjechała na podłogę. To było tak nieoczekiwane, że pierwsze kilka sekund patrzyłem na nią, chcąc ocenić, czy nic się nie stało, ale kiedy sama o tym zapewniła nie mogłem powstrzymać się od wybuchnięcia śmiechem. Nikt inny chyba na ziemi nie potrafiłby zrobić tego w tak uroczy sposób.
        - Przepraszam - wydusiłem, pomagając jej podnieść się z ziemi i starając opanować swoje rozbawienie. Na szczęście nic faktycznie się jej nie stało, włosy odrobinę się jedynie zmierzwiły, co szybko poprawiłem kilkoma ruchami dłoni. Gotowe, jak nowa.
        Czar sytuacji zupełnie jednak prysnął, kiedy Steven odezwał się do nas, pierwszy raz z resztą od dawna.
        Westchnąłem, chwilę rozważając czy w ogóle mamy jakieś inne opcje. Skoro droga była zablokowana, z pewnością tak że nawet mucha by się między samochody nie wcisnęła, nie widziałem innej opcji. Z mojej twarzy zniknęło rozbawienie, ale gdzieś wewnątrz nadal dusiłem się ze śmiechu, przypominając sobie rozmarzoną minę Hastings i moment, kiedy dosłownie leciała przez kabinę, chyba nawet nie orientując się w tym, co się dzieje. Zachowanie kamiennej maski na twarzy w tym momencie było bardzo trudne, ale nie jestem w końcu aktorem tylko z nazwy.
        - Przejdziemy się, nie powinno być problemów, na wszelki wypadek będę do ciebie dzwonił. Gdyby coś się stało - rzuciłem tylko, kiwając głową w stronę drzwi na znak do dziewczyny, że wychodzimy. - Dzięki, Steven - dodałem na odchodnym, stojąc już na chodniku i zatrzasnąłem za sobą drzwi.
        Samochody stojące w długim korku w zapadającej coraz szybciej ciemności tworzyły czerwony i biały sznur świateł. Wyglądnąłem ponad drogę, żeby sprawdzić jak się sprawa ma i rzeczywiście, była zupełnie nieprzejezdna. Zamiast jego czeka nas miły spacer. Razem ze Spencer skierowaliśmy się do schodów, które zaprwadziły nas pod wiadukt, na którym stał nasz samochód.
        - Nie przjmuj się moimi rodzicami, są bardzo mili. Poza tym wcale nie dzieli nas tak dużo, jak myślisz - uśmiechnąłem się krzywo. Przecież sam kiedyś byłem zwykłym Jakiem, ze zwykłego liceum w zwykłym mieście... Ta myśl dodała mi dziwnego poczucia lekkości. - Czuję się trochę jakbym w ogóle nie był znany, jakbym był zwykłym, szarym...
        Nie dane mi było jednak skończyć. Kiedy tylko odrobinę odeszliśmy od głównej drogi i skierowaliśmy się w stronę centrum Manhattanu, pomiędzy ogromne, gęsto usiane wieżowce zaczęliśmy spotykać coraz więcej ludzi. W ogóle nie myślałem o tym, że to kwestia kilku chwil zanim ktoś nas rozpozna. Pierwsza była grupka dziewczyn stojąca pod jednym z luksusowych hoteli patrząca na mapę.
        - W lewo, w tamtą ulicę - popchnąłem lekko Spencer, każąc jej się ruszyć szybciej, na wypadek gdyby nie zauważyła "zagrożenia". Było jednak zdecydowanie za późno, bo zanim zdążyliśmy zejść z widoku rozległ się przeciągły pisk i ktoś wykrzyknął moje imię. - Wspaniale - złapałem dłoń Hastings, nie zamierzając czekać aż cała zgraja psychofanek siądzie nam na plecach.
        W sytuacjach takich jak ta przydawały się godziny spędzone na treningach i siłowni. Zapomniałem, że dziewczyna jest na obcasach. Wydawało mi się, że gonią nas wrzaski ludzi, na szczęście znałem tę dzielnicę jak własną kieszeń. Wiedziałem, gdzie się udać, żeby zgubić "pościg".
        - Jeszcze kilkanaście metrów - rzuciłem przez ramię, nie odrwacając się.
        Starałem się wyglądać normalnie, żeby dodatkowi ludzie nie zwracali na nas zbytniej uwagi. Nie biegliśmy już, ale za naszymi plecami nadal roznosiły się krzyki dziewczyn.
        - Tutaj - nagle skręciłem w boczną uliczkę od głównej przecznicy. Była tak wąska, że można było dotknąć obu jej ścian na raz. Przylgnąłem do muru i położyłem palec na ustach, patrząc na menadżerkę. W zaułku było ciemno, nie był dobrze oświetlony, więc miałem nadzieję, że nikt nas tu nie zauważy. Moja klatka piersiowa unosiła się i opadała szybko, jakbym właśnie przebiegł maraton a nie zaledwie kilkaset metrów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER