Nie było ich w salonie ani w mojej przestronnej sypialni. Znalazłem psy leżące w pokoju gościnnym, a przy biurku nad jakimiś papierami siedziała dwójka ludzi - weterynarzy, których tu zostawiłem rano. Od razu podnieśli na mnie wzrok, kiedy wszedłem do pokoju, pierwsza ze swojego miejsca wstała kobieta i wskazała dłonią na spokojnie leżące na swoich posłaniach psy.
- Gorączka spadła, panie Underwood, nie potrzebowaliśmy też kroplówki, bo zaczął pić i zjadł nawet odrobinę. Przypuszczamy jednak, że mógł połknąć coś małego...
- Co utknęło w jelicie, trzeba będzie zrobić prześwietlenie - dokończył za nią starszy mężczyzna, który takie przerywanie najwidoczniej miał we krwi i mocno tym zirytował młodą lekarkę. Profesjonalnie ta jednak już nie odezwała się, potulnie opadła na siedzenie. - Proszę się tym nie martwić, załatwimy usg i rentgena, wszystko będzie zrobione bez pańskiej obecności. Potrzebujemy tylko podpis, o tutaj.
Podpisałem, pobieżnie czytając papier, zgodę na wszystkie badania, po czym odłożyłem długopis. Zrobiłem się nagle bardziej zmęczony - wcześniej adrenalina po kłótni z Harrym utrzymywała mnie w stanie podniesionej czujności, teraz jednak patrząc na chorego psa opadły ze mnie resztki sił. Mogłem sobie na to pozwolić tu w mieszkaniu, ale przede mną jeszcze długi dzień. Przed wyjściem z pokoju wszedł do niego Dean.
- Pańska koleżanka prosi o tablet na którym ma pan zapisany plan dnia - szepnął w taki sposób, żebym tylko ja mógł to usłyszeć. Zmarszczyłem brwi, a po chwili konsternacji parsknąłem śmiechem.
- Możesz jej go dać.
Spędziłem jeszcze chwilę dowiadując się wszystkich szczegółów dotychczasowych badań, po czym opuściłem pokój. Nie skierowałem się do części salonu przy oknie, gdzie pewnie była Spencer - nie mogłem jej zobaczyć, bo ta część była osłonięta kawałkiem mlecznego szkła. Najpierw wziąłem wodę z lodówki, wypijając ją prawie całą jednym haustem. Zdjąłem też płaszcz i marynarkę, zostając w samym eleganckim T-shircie. Zabrałem tekst z blatu stołu w kuchni i skierowałem się w stronę, gdzie spodziewałem się mojej tymczasowej menedżerki.
Uniosłem lekko brwi ze zdziwienia na widok jej pozycji rozłożonej na ziemi na perskim dywanie. I grała w coś na moim tablecie. Opadłem na zawieszony u sufitu wygodny, wiklinowy fotel wyłożony poduszkami, po czym starałem się skupić na tekście, którego miałem się nauczyć.
- Nie lubię za bardzo siedzieć w tej części mieszkania. Przeraża mnie ten widok w dół, mam lęk wysokości - powiedziałem w końcu, spoglądając na nią znad książeczki z tekstem. - Czym zajmujesz się na co dzień, kiedy nie musisz sprzątać w biurze menedżerskim? - zapytałem z czystej właściwie tylko ciekawości. I wcale nie zaakcentowałem, że jej praca była zła, w końcu żadna praca nie hańbi. Ale chwilowo nie chciało mi się uczyć tekstu, wolałem nieco lepiej poznać tę dziewczynę. W końcu przyjdzie nam spędzić razem dzisiaj jeszcze dużo czasu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz