Do moich uszu zaczęły w końcu docierać bardziej wyraźne dźwięki - ludzkie głosy, hałas samochodów, gwar muzyki. Na początku moje powieki odmawiały mi posłuszeństwa, odbierając mi jakiekolwiek możliwości korzystania z mojego zmysłu wzroku. Jednak jako pani i władca mojego ciała, wygrałam z nimi zacięty bój i w końcu mogłam widzieć.
Na początku wszystko było rozmazane i zdecydowanie za jasne. Odruchowo zakryłam oczy ręką, praktycznie zrzucając się z mojego posłania. O dziwo nie spotkałam się jednak z ziemią, a czyimiś ramionami - wierzyłam, że jest to Jake, co po chwili sam potwierdził odzywając się do mnie. Brzmiał na zmartwionego.
- Przepraszam, jeśli cię zmartwiłam - powiedziałam, podnosząc się z jego pomocą i siadając na ławce. Siedzisko było nieco wybrakowane, ale przy moich rozmiarach nie robiło to większych problemów. Aktor jednak nie zmieniał swojej pozycji, dalej stojąc tyłem do zapełnionych ludźmi chodnikiem. - Powinnam ci pewnie wcześniej wspomnieć, że mam klaustrofobię...
Nie potrafiłam wytrzymać ani chwili w ciasnych miejscach, a już najgorsze były windy - ta świadomość, że nawet jakbym chciała nie miałabym jak wyjść... Brrr, koszmary o tym męczą mnie nieustannie. Bałam się też wszelkich ciasnych i małych korytarzy, jakie czasem zdarzały się w zabytkowych budowlach, więc podczas wycieczek przechodziłam przez nie jak najszybciej z zamkniętymi oczami. A nie daj bóg zrobił się jakiś korek... Nie nadawałam się też do zabawy w chowanego, jeśli przychodziło do ukrywania się w szafie bądź innych niewielkich miejscach. Generalnie wszystko bo było małe, ciasne i w jakikolwiek sposób uniemożliwiało mi wydostanie się w trybie natychmiastowym, bądź miało daleką drogę do wyjścia, powodowało u mnie atak paniki, a nawet utratę przytomności.
Siedzieliśmy przez chwilę w milczeniu, potrzebowałam jeszcze chwili żeby dojść do siebie. Szybko jednak przypomniało mi się, czemu w ogóle byliśmy poza domem, a tym bardziej w takiej wystawnej dzielnicy.
W ułamku sekundy stanęłam na równe nogi. Co prawda znów potrzebowałam pomocy chłopaka, żeby nie wytrącić się z równowagi, ale nie to było teraz priorytetem.
- Już pewnie jesteśmy spóźnieni na kolację! - Nawet sobie nie wyobrażał, jak bardzo czułam się temu winna. Zwłaszcza, że nie mogłam nawet przejąć inicjatywy i po prostu ruszyć w tamtym kierunku, bo kompletnie nie wiedziałam gdzie jesteśmy, ani gdzie powinniśmy iść. - Prowadź no! Nie możemy marnować więcej czasu! - pośpieszałam go.
W głowie już miałam miny ich rodziców, gdy wyjaśniłby, że przez swoją menadżerkę spóźnił się na obiad z rodzicami, na który zapewne zazwyczaj nie ma czasu... Taka szara myszka, pracownica która powinna dopilnować, żeby wszystko poszło jak po maśle, odebrała im część cennego czasu, którego mogli spędzić z synem - nie ma to jak pokazać się z dobrej strony i odpowiednio zacząć znajomość, prawda?
Chłopak wyglądał tak, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie było już czasu na pogadanki, odpoczywanie czy cokolwiek innego. Musieliśmy ruszać tam, gdzie nas oczekiwali.
- Nic nie mów - powiedziałam, kładąc palec na jego ustach. Poczułam się jednak z tym chyba bardziej niekomfortowo, niż sądziłam, więc szybko zabrałam dłoń z dala od jego twarzy. - Po prostu chodźmy już, twoi rodzice czekają na ciebie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz