środa, 12 kwietnia 2017

121 (22-12-2016)

        Dawno ostatnio byłem tak zdenerwowany jak teraz. Ba, nawet nie pamiętam kiedy. Od czasów, kiedy przesłuchania i występy przed dużą publicznością zupełnie przestały mnie tremować minęło dobrych kilka lat. Teraz jednak czułem rozsnące napięcie z każdą chwilą, kiedy Spencer nie otwierała oczu. A mogłem bardziej uważać na lekcjach biologii w szkole, zamiast marzyć o niebieskich migdałach, może wtedy wiedziałbym co zrobić.
        Mimo wszystko chyba nie spisałem się tak źle, bo dziewczyna zaraz otworzyła oczy, a wraz z jej pierwszymi słowami powoli zaczął ze mnie spływać stres. Parsknąłem nawet nerwowym śmiechem, kiedy zauważyła, że mogła mi powiedzieć o klaustrofobii. Ta reakcja była silniejsza ode mnie, nie zdołałem jej powstrzymać. Rozglądnąłem się teatralnie na boki, ale nikt nie wzracał już na nas najmniejszej uwagi. Ludzi ogarnęła w dzisiejszych czasach paskudna znieczulica, niemal słyszałem ich myśli. "Pewnie jest pijana", "pewnie razem coś brali, ćpuny jedne". Ludzie mieli skłonności do oceniania innych po pozorach i robili to zazwyczaj bardzo swobodnie. Rozprostowałem bolące od ciągłego kucania kolana i wyprostowałem się.
        - No cóż, nie zaprzeczę, że mogłaś mi o tym powiedzieć. Jeszcze jakieś inne zatajone lęki czy to już wszystko? - rzuciłem żartobliwym tonem, pomagając jej się podnieść do siadu i odchodząc o krok do tyłu. Powietrze śmierdziało spalinami produkowanymi przez duże drogi w pobliżu, a mimo wszystko wydawało mi się teraz być nagle odżywcze, życiodajne. - Hej, spokojnie jak na wojnie, nie ekscytuj się tak, bo zaraz znowu mi tutaj odlecisz - zawołałem, chcąc zatuszować fakt, że martwił mnie jej obecny stan.
        Złapałem ją za ramiona, kiedy poderwała się do góry i pomogłem ustać. Najwidoczniej organizm nie odzyskał jeszcze stu procent sił, przez co Spencer zatoczyła się lekko i gdybym jej nie przytrzymał, pewnie znów opadłaby na ławkę.
        Nagle Spencer jednak zbliżyła się nieoczekiwanie i zaskoczyło to bardziej ją samą niż mnie. Zamrugałem tylko dwukrotnie, po czym skinąłem głową. Miała rację. Powinniśmy się pospieszyć, bo rodzice z pewnością nie byliby zadowoleni z takiego spóźnienia. Powstrzymałem się przed powiedzeniem, że wszystko jest w porządku. Może powinienem trochę ją podnieść na duchu, ale coś przeszkadzało mi to zrobić. Chyba myśl, że w ostatnich dniach za bardzo się do siebie zbliżyliśmy. Że być może łączy nas więcej niż tylko chłodne stosunki w pracy. A raczej na pewno więcej.
        Droga nie była już daleka, ale przez wcześniejszą ucieczkę musieliśmy nadłożyć kilka przecznic, przez co na miejscu byliśmy spóźnieni o co najmniej dwadzieścia minut. Tym razem ostrożniej dobierałem miejsca, w których pokazywaliśmy się publicznie. Uniknąwszy większych dróg i skupisk ludzi do restauracji doszliśmy bez kolejnych komplikacji, co w gruncie rzeczy chyba obu nas bardzo cieszyło.
        W holu od razu powitał nas kelner i zaprowadził do stolika, przy którym siedzieli rodzice. Kiedy tylko zobaczyłem ich z daleka fala ciepła i silnej nostalgii wezbrała w moim sercu. Uśmiechałem się, chociaż nie zdawałem sobie z tego sprawy. Wydawało mi się, że całe pomieszczenie zniknęło poza tym jednym stolikiem, przy którym siedzieli moi rodziciele. Nie widzieliśmy się tak dawno... Podeszliśmy do nich, a matka pierwsza wstała, jak zwykle przejmując kontrolę nad całą sytuacją. Z łatwością i ufnością oddałem jej ster dowodzenia.
        - Jake, w końcu! Naczekaliśmy się na ciebie jak zwykle, zapracowany, hm? A to co za urocza dziewczyna? Ta menadżerka o której mówiłeś wcześniej? Spójrz Hank, jaka słodka. No, siadajcie, siadajcie - rzuciła w końcu, kiedy czułości dobiegłu końca i wszyscy się wszystkim przedstawili.
        Czułem, że Hastings jest nieco spięta, ale pomijałem ten temat. Nie chciałem naciskać i miałem nadzieję, że miła atmosfera sama odgoni od niej chmury stresu i zdenerwowania. Ojciec włączył się do rozmowy, którą na początku powstrzymywała matka. Opowiadali chwilę o wakacjach, przerywając sobie nawzajem jak zawsze, kiedy oboje chcieli powiedzieć o pewnych sprawach. Później pytali o pracę, o film, przesłuchanie. Nawet starali się włączyć do rozmowy Spencer.
        Wydawało mi się, że cała kolacja minęła bez żadnej wtopy. Zjedliśmy tyle, że miałem wrażenie, że zaraz wybuchnę, kiedy odezwała się matka.
        - To teraz deser! Mam tutaj coś specjalnego, zdecydowanie na taką okazję.
        - Mamo, daj spokój - odsunąłem od siebie talerz i porzyłożyłem białą serwetkę do ust, dając tym samym znak, że nic więcej nie dam rady już zjeść. - Jestem peły. Poza tym mamy jeszcze plany na ten wieczór, chociaż najchętniej zostałbym w domu i pooglądał telewizję - skrzywiłem się lekko. Nie uśmiechało mi się iść na imprezę do tej żmii, ale mus to mus. Trzymała wszystkich w garści, jak zwykle.
        - Nawet nie masz chwili odpoczynku. Musisz w końcu pojechać na jakieś wakacje, lato się skończyło, a ty tkwisz w tym Nowym Jorku - odezwał się ojciec, popijając wino i przegryzając resztki obiadu.
        Dzięki miłej, rodzinnej atmosferze czas płynął bardzo szybko. Impreza w willi u blond aniołka zaczęła się już dobrą godzinę temu i miałem wrażenie, że lada chwila zacznie do mnie wydzwaniać z groźbą, że jeśli się nie pojawię, to cośtam cośtam. Zawsze miała jakiś argument w rękawie. Skinąłem na Spencer na znak, że będziemy się zaraz zbierać. Rodzice też zrozumieli aluzję.
        - Pojadę na wakacje, kiedy tylko dostanę pierwszą szansę, tato - przechyliłem się lekko w jego stronę, żeby móc spojrzeć mu prosto w oczy. - Obiecuję.
        Wiedziałem, że rodzice po prostu się o mnie martwią. Gdybym mógł wybrać... Nie, nie wybrałbym innego życia. To jedno było stworzone dla mnie, posiedzieć na plaży będę mógł, kiedy będę miał siedemdziesiąt lat. Nie u szczytu swojej kariery, której nie zamierzam zmarnować przez chęć odpoczynku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER