Wydawało mi się, że od opuszczenia restauracji (a może nawet przez całą kolację, na co wcześniej nie zwróciłem uwagi zbyt zajęty obecnością rodziców) Spencer lata myślami po innym wszechświecie. Chwilę zajęło jej znalezienie odpowiedzi na moje pytanie, zdążyliśmy dotrzeć do samochodu Stevena, kiedy zabrała w końcu głos. Wydawało mi się, że spotkanie minęło w przyjaznej atmosferze, ale i tak chciałem usłyszeć opinię dziewczyny na ten temat.
- W sumie - zacząłem, żeby chwilę później schylić się i zanurkować w drzwiach samochodu. Poczekałem, aż Spencer też wejdzie do środka swoimi drzwiami, rzuciłem Stevenowi jeszcze raz dla upewnienia adres, po czym znów spojrzałem na dziewczynę, kontynuując jakby nigdy nic - to tęskniłem za chwilą oderwania od swojej pracy. Rzadko kiedy mam czas na obiad który nie jest służbowy, nie mówiąc już o wieczorze spędzonym na oglądanie ulubionych filmów. Czasem fajnie się wyrwać, to chyba oczywiste. Jedźmy, Steven, nie ma czasu do stracenia - ponagliłem mężczyznę nerwowo. Jeśli go to zirytowało, nie okazał tego w żadnym calu, po prostu zerknął na mnie w lusterku.
Samochód włączył się do ruchu na głównej ulicy i po chwili już jechaliśmy do sławnej dzielnicy willi należących do wielu gwiazd. Po drodze opowiadałem pobieżnie, jak to wygląda, kto tam mieszka, jak w ogóle prezentują się takie imprezy. Wolałem, żeby Hastings nie nadziała się na coś, zupełnie nie uświadamiając sobie jak wygląda takie przyjęcie. Nawet od wystawnej urodzinowej imprezy różni się jak dzień od nocy i niebo od ziemi.
- Będzie pewnie kilku fotografów i ludzi, którzy chcą sobie dorobić na plotkach, ale w gruncie rzeczy - przyłożyłem butelkę wody do ust i upiłem kilka łyków, robiąc przerwę w obszernym monologu - nie zawracaj sobie nimi głowy. Nie ma raczej niczego, za co mogliby zdobyć fortunę - puściłem jej oczko i znów podjąłem temat.
Przez tą żywą rozmowę, którą prowadziliśmy w samochodzie nawet nie zauważyłem, kiedy znaleźliśmy się na miejscu. Dało się to oczywiście zauważyć - muzyka dudniła głośno i wszędzie było pełnych ludzi, w więkdzości bez zaproszeń na imprezę, ale nie zwracałem zbytniej uwagi na otoczenie. Dopiero kiedy się zatrzymaliśmy dotarło do mnie, gdzie jesteśmy. Kierowca zaproponował, że będzie nam towarzyszył i zgodziłem się; ochroniarz na takim przyjęciu zawsze może się przydać, bo w końcu nie wiadomo kto mógł się prześlizgnąć do wnętrza domu. Widziałem, że ogrodzenie pilnowane jest przez kilku uzbrojonych ludzi, sprawdzali nasz samochód też przy bramie. Można więc było liczyć na podstawy bezpieczeństwa.
Kiedy tylko wyszedłem z samochodu, oślepił mnie błysk fleszy. Uśmiechnąłem się, a później zaśmiałem, całkiem naturalnie. Nie zawsze irytowało mnie stawianie na piedestale niemal jak jakiegoś boga. Teraz nawet to pomogło, bo szybko po posesji rozeszła się wiadomość, kto właśnie zawitał. Lepiej, żeby Sheila wiedziała, że się pojawiliśmy.
- Jake! - krzyknął ktoś, nieznajoma mi dziewczyna. Na moment straciłem Spencer z oczu, ale Steven pojawił się obok, gotowy do interwencji w razie problemów. Uspokoiłem go gestem dłoni. - Proszę, zabiłabym za autograf na moim ramieniu! - dodała desperacko przedzierając się przez tłum.
- Naprawdę ci zależy, hm? Okej, daj marker - rzuciłem luźno, śmiejąc się zupełnie tak, jak przed kamerami. Nawet nie była to gra aktorska, udzieliła mi się atmosfera imprezy. Ludzie zagęszczali przestrzeń dookoła mnie, a chociaż informacja o moim przybyciu rozeszła się z prędkością światła, to Sheili nadal nie było.
Autograf na ramieniu dziewczyny tak ją ucieszył, że zdecydowała że krótki pocaunek prosto w usta będzie wystarczającą nagrodą. Zakręciło mi się w głowie i panowanie nade mną przez chwilę objęła niesamowita atmosfera tego miejsca. Ludzie krzyczeli, pokazywali na mnie palcami. Co chwila ktoś robił mi zdjęcia i czułem się jak lew na wybiegu, podziwiany przez wszystkich. Kto sądzi, że to nie uzależnia nigdy chyba tak naprawdę tego nie poczuł. Rausz przerwał stukot szpilek i w drzwiach frontowych pojawił się gospodarz.
Skinąłem na Stevena, każąc mu iść za mną. Czułem jego bliską obecność i to dawało poczucie bezpieczeństwa. Obróciłem się tylko przez ramię, nie ściągając wzroku z blondynki w wyzywającym stroju, błyszczącą się, jakby założyła na siebie żyrandol z diamentów.
- Gdzie Spencer? - zapytałem, czując że tłum ludzi podąża za mną, z ogromnego dziedzińca po schodach na taras, gdzie stała Sheila i czekała na moje przybycie. Nie było mowy o tym, żeby odnaleźć menadżerkę w tym tłumie i miałem tylko nadzieję, że ona sama podąża za nami, a kiedy to szaleństwo się odrobinę uspokoi będę mógł ją znaleźć.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz