środa, 12 kwietnia 2017

129 (30-12-2016)

        Jedyne, czego nie chciałem zrobić w tej sytuacji to jej zranić. Wiedziałem, że odnalazłem osobę, która daje mi namiastkę normalności i codzienności... Nie rozumiałem, dlaczego pierwszą reakcją, na jaką się zdobyłem w takiej sytuacji to odepchnięcie od siebie tego wszystkiego. Nie, nie byłem jak jeden z granych przeze mnie nie raz bohaterów tragicznych, który wmawiał sobie, że nie zasługuje na miłość czy szczęście. Po prostu czułem że teraz to jedyna reakcja, która może mieć miejsce. Jak mielibyśmy niby być razem? To w ogóle nie było możliwe, nie teraz, kiedy nie potrafiłem jeszcze właściwie pojąć tego, co się stało i przede wszystkim tego, co to zdarzenie zmieniło we mnie.
        Często miałem wrażenie, że życie bohaterów fikcyjnych jest łatwiejsze. Im przynajmniej od początku do końca ktoś napisał scenariusz, za którym muszą podążać, żeby dotrzeć do wielkiego finału, a ja w tym momencie ani nie potrafiłem nic odczytać z twarzy Spencer, która do tej pory na mnie nie patrzyła ani nie wiedziałem, co powiedzieć.
        Nie skomentowałem jej słów. Nie było niczego, co mógłbym jej powiedzieć. Nic nie wydawało się być odpowiednie, a na dodatek byłem chyba nadal tak skołowany jak i ona. Między nami... Być może już nigdy nie bęzie tak samo. I właśnie dlatego postawiłem na jedyną rozsądną w moim rozumowaniu decyzję: to nie może się powtórzyć. Spencer przepracuje należyty czas, a później rozejdziemy się swoimi drogami. Nie zamierzam zostawiać jej na lodzie, ale przecież to jest jedyne rozsądne wyjście. Mój otępiały mózg uznał to za jedyną odpowiednią opcję.
        - Wracaj do środka, na litość boską - w końcu, po kilku długich minutach milczenia między nami nie wytrzymałem.
        Widziałem, jak deszcz strumieniem leje się po sukience dziewczyny, jak ona zupełnie to ignoruje. Być może musiałem się w jej obecności kontrolować, nie zrobić czegoś nieodpowiedniego, ale to nie znaczyło, że nagle przestanie mnie zupełnie obchodzić jej los. Nie. To tak nie działało. Złapałem jej przedramię i właściwie wciągnąłem do środka, każąc zamykać za sobą drzwi. Wewnątrz było zimno, ale Steven już siedział za kierownicą, najpewniej wystraszony deszczem i niechętny do moknięcia.
        - Włącz grzanie. Wracam za piętnaście minut i jedziemy do mojego apartamentu - powiedziałem chłodno, odwracając się przez ramię do małego okienka do szoferki.  - Podjedź wtedy pod drzwi, i tak cholernie zmoknę. - Mężczyzna kiwnął głową, podał mi parasol, który przyjąłem z milczącą wdzięcznością. Nie odezwałem się do Spencer. Nie miałem serca, żeby cokolwiek więcej do niej powiedzieć.
        Rozłożyłem czarną płachtę, ale mimo wszystko czułem, jak kilka pierwszych kropel po otworzeniu drzwi wpada mi za kołnierz. Zrobiło się nagle cholernie zimno. Zamknąłem drzwi limuzyny i najszybciej, zarazem najgodniej jak potrafiłem udałem się do wnętrza willi należącej do aktorki. Czułem doskonale, że moje buty przemokły w conajmniej dwóch miejscach. Musiałem mieś wyjątkowo naburmuszoną minę, bo nikt nie zachodził mi drogi i nie próbował ze mną rozmawiać.
        Sheila była w salonie, oparta o gzyms kominka i otoczona jak zwykle swoją świtą. Kiedy mnie zauważyła odłożyła trzymany w dłoni drink na marmurową płytę i wyprostowała się. Wokół niej także zapadła cisza. Rozglądnąłem się. Co najmniej dwie osoby z aparatami w ręce były w pomieszczeniu. Złapałem ją za ramię i lekko przyciągnąłem do siebie. Na szczęście stała bokiem do tłumu, więc nachyliłem się nad jej uchem od strony ściany, żeby mieć pewność, że nikt nie zrozumie, co do niej mówię. Błysnął flesz, ale teraz to nie zrobiło na mnie wrażenia.
        - Widzimy się na planie. Zmywam się, skoro odstawiłem już swoją scenę - puściłem jej rękę i nie czekałem na odpowiedź. Jej koleżanki odprowadziły mnie wzrokiem, kiedy wychodziłem z pomieszczenia pod wielkim portykiem w klasycystycznym stylu.
        Kilka kolejnych minut spędziłem w łazience, starając się doprowadzić do stanu używalności. I podziałało chyba, po kiedy stałem na podjeździe w gasnących już strugach deszczu wyglądałem zupełnie normalnie, jakby przed chwilą nie wydarzyło się wcale coś, co tak bardzo mną wstrząsnęło. Steven podjechał dokładnie o umówionej porze i wsiadłem do limuzyny, przygotowując się na podróż w zupełnym milczeniu.
        Otworzyłem oczy, kiedy samochód zahamował gwałtownie i zamrugałem kilkakrotnie, starając się zorientować, gdzie właściwie jestem. Wyglądało na to, że przysnąłem, bo właśnie zjeżdżaliśmy na parking podziemny pod moim apartamentowcem. Przetarłem oczy dłonią. W samochodzie było ciepło i przyjemnie ciemno, ale mimo wszystko ramiona garnitutu, buty i włosy miałem przemoczone niemal do samej skóry. Czułem, że jest mi przez to zimno, wstrząsnął mną lekki dreszcz. Marzyłem wręcz o ciepłej kompieli i czymś mocniejszym do picia przed snem, bo u Sheili nie zdążyłem właściwie nic wypić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER