W mieszkaniu było chłodno, wszystko przez to że całkiem zapomniałem włączyć centralne ogrzewanie tego poranka. Najwidoczniej bardzo mi się spieszyło... A to był bardzo długi i męczący dzień. Zauważyłem szybko, gdzieś między łapą jednego psa a językiem drugiego, że łazienka zostaje zajęta zupełnie bez pytania. Cóż, kiedy kupowałem to mieszkanie nie myślałem, ze kiedykolwiek będę musiał go z kimś dzielić, nie w najbliższej przyszłości przynajmniej, więc posiadanie tylko jednej łazienki nie było problemem. Aż do teraz, najwidoczniej.
Podniosłem się z podłogi, każąc psom wrócić na miejsce. Nie było mnie cały dzień, ale jak zwykle ktoś był tutaj je nakarmić, po prostu czasem chyba brakowało im towarzystwa. Powlokłem się do kuchni, czując się wyczerpany psychicznie i fizycznie: mokre ubrania ciążyły mi coraz bardziej, w dodatku przeszywał mnie niemiły chłód. Szybka analiza sytuacji. Po chwili ściągnąłem ociekającą wręcz wodą marynarkę i rzuciłem ją na podłogę, a później ten sam los spotkał koszulę. Spodnie były mokre tylko do jednej trzeciej nogawek, więc postanowiłem je zostawić na sobie... Poza tym po tym, co stało się w samochodzie traktowanie Spencer jakby jej tu wcale nie było nie jest najrozsądniejszym wyjściem.
W przeszklonym barku lśniła niemała kolekcja kosztownych alkoholi, wybrałem jedno z pięciu whiskey, wziąłem grubą szklankę i zapełniłem ją do połowy. Pierwsze kilka łyków było łapczywych. Niemal od razu poczułem, jak procenty dają ułudę poczucia rozgrzania, jak uderzają do głowy i przyjemnie oszałamiają wszystkie inne zmysły. Nawet nie poszedłem po nic do ubrania, po prostu usiadłem na jednej z drogich sof w pokoju dziennym i z daleka obserwowałem, jak miasto tonie w mroku i jak ten mrok rozświetlany jest milionem świateł. Jasna łuna spowijała całą wschodnią część Manhattanu. Lubiłem ten widok, jak długo oczywiście nie musiałem za blisko podejść do szyby i zorientować się, jak naprawdę wysoko jestem. Oparłem głowę o kanapę i rozluźniłem się. Alkohol sprawiał, że wszystko zaczynało mi być jedno, więc wypiłem jeszcze trochę. Słyszałem, że ktoś chodzi po domu, ale nie wydawałem z siebie żadnego dźwięku.
Przynajmniej nie dopóki Spencer nie stanęła naprzeciw mnie, w bezpiecznej odległości. Chwilę zajęło mi zrozumienie, co się właściwie stało. Była ubrana w coś dziwnego, a jednocześnie coś, co wydawało mi się bardzo znajome. Podniosłem głowę i zmierzyłem ją prosto wzrokiem, starając się przypomnieć sobie, co to właściwie za kreacja, ale jak na złość nic nie przychodziło mi do głowy. Wesołe skutki procentów sprawiły, że nieco głupi uśmiech zakwitł mi na twarzy.
Teraz wydawało mi się, że wszystkie wydarzenia z limuzyny są odległe o kilka dobrych dni, a może nawet tygodni.
- Co robisz? - uniosłem lekko brwi. Kurde, z kimś... Z czymś mi się to kojarzy... Wydawało mi się, że miałem to dokładnie na końcu świadomości, więc żeby pozbyć się tego irytującego uczucia przyłożyłem szklankę do ust i wypiłem kilka łyków ognistego napoju, który zapiekł mnie przyjemnie w gardło i zostawiał po sobie specyficzny posmak. - Szukasz czegoś?
Kolejną chwilę zajęło mi połączenie kolejnych faktów. Tym razem uśmiech zmazał się z mojej twarzy i zmarszczyłem lekko brwi. Psy leżały grzecznie na swoich posłaniach niedaleko kanapy i obserwowały nas dokładnie, opierając swoje głowy na miękkich poduszkach. Nie zwróciłem na to większej uwagi.
- Czy to przypadkiem nie są moje koszule? Wyglądają znajomo... - to chyba była chwila otrzeźwienia. Odstawiłem szklankę na stolik obok i pochyliłem się do przodu, oparłem łokcie na kolanach. - Co to ma znaczyć?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz