środa, 12 kwietnia 2017

140 (06-01-2017)

     Zawstydziłam się, kiedy przyznał że wczoraj jednak nie spał. Znaczy podejrzewałam, że tak może być, ale nie sądziłam, że serio by tak zrobił... Pozwoliłam być sobie wtedy szczera i stan kilku rzeczy zmienił się od tego czasu, albo raczej moje podejście do nich. On jednak sprawiał wrażenie... Że nie chce o tym słuchać i pewnie dlatego się przyznał. Postanowiłam więc zachować to wszystko, co miałam do powiedzenia dla siebie. W końcu nie mogę go do niczego zmuszać, prawda? Jednak słysząc jakie słowa dalej padły z jego ust...
     - Więc pocałowanie mnie było głupim narażeniem twojej kariery? – wyrwało mi się. Przeklnęłam się za to w myślach, szybko próbując odciągnąć rozmowę od tego tematu. Nie mnie oceniać, co jest dla niego dobre i jego kariery a co nie, nawet jako jego menadżer. Odchrząknęłam nerwowo, rzucając inne pytanie, chyba równie złe co poprzednie: - To nie mogłeś wczoraj od razu powiedzieć, że nic nie możesz do mnie poczuć?
     Miałam ochotę się uderzyć. Dopiero co obiecywałam sobie, że zacznę myśleć co mówię i robię, a tym czasem tylko sprawiałam, że sytuacja między nami się pogarszała. A jeśli nie to, to na pewno była bardziej krępująca. Nie wiedziałam jednak, co innego mówić, a bałam dać się mu czas na jakąkolwiek odpowiedź, więc musiałam myśleć szybko.
     Jedno było pewne – było mi przykro. Nie powiedział, że mu się nie podobam i dlatego mnie nie chce, a zasłaniał się karierą. Przyznał się, że go poniosło, czyli dostałam szczerość której chciałam. Jednak fakt, że uważał mnie za takie zagrożenie dla swojej kariery było dla mnie... Niezrozumiałe. Nie znałam co prawda praw rządzących jego światem i dlatego taka jego argumentacja wydawała mi się głupia. Tak jakby mówił, że nie może iść ze mną na spacer, bo nie może się narażać się na przeziębienie się – takie no... Jakby w jakimś małym stopniu logiczne, ale jak dla mnie bardzo przesadzone.
     - Zdecydowałeś już co podasz na dzisiejszej kolacji? - Za to akurat mogłam sobie podziękować. Bardzo szybko ten temat wpadł mi do głowy i elegancko przyblokował chłopakowi powrót do moim poprzednich, bezmyślnych pytań. A jeśli by zaczął próbować, zamierzałam zagadać go na śmierć - nie wiedziałam jeszcze jak, ale ten plan nie wydawał się taki zły.
     Zrobiłam kilka kroków w stronę sofy i przysiadłam na jej oparcie. Schodząc spod centralnego widoku Jake'a, poczułam swego rodzaju ulgę. Stojąc centralnie przed nim byłam "złotym punktem" w jego zasięgu, co myślę że i jego i mnie krępowało podczas rozmowy. A teraz, kiedy przysiadłam sobie gdzieś tam z brzegu, może nawet trochę poza jego widokiem...
     Oparłam łokieć o udo i zaczęłam bawić się a la kokardą, która znajdowała się przy najwyższych guzikach mojej koszuli. To kolejny tik nerwowy, z tym że normalnie bawiłam się tak łańcuszkiem. Jednak minął już dobry ponad miesiąc, jak w pracy zerwał mi się i gdzieś spadł... Przykro było mi z tego powodu, przywiązałam się już do mojego srebrnego cacuszka, a fundusze nie specjalnie pozwalały mi na odkupienie czegoś na jego miejsce.
     W mojej głowie działa się istna burza. Nowe fakty wywracały wszystko do góry nogami, a przynajmniej tak mi się wydawało. Nawet nie obchodziło mnie to, że przyznał się do unikania mnie dzisiaj, bo wcale nie czułam że jest temu winny - chodzi o to wszystko, co powiedział później. Pierwszym moim wnioskiem jest to, że naprawdę musiał tego żałować, skoro chciał to zostawić w przeszłości i do tego nie wracać. Wniosek kolejny, poniosło go, a ludzi nie ponosi bez powodu. Gdyby podeszła do niego fanka i go pocałowała, tak jak wczoraj na imprezie, raczej tak daleko by się nie posunął... Tak przynajmniej mi się wydawało. Wniosek trzeci, uważał że tak bliskie kontakty ze mną, są głupim narażeniem jego kariery. Nie umiałam tego zrozumieć, ale chociażby z tego powodu, ze był to nasz trzeci dzień znajomości powinnam rozumieć, że przy tak krótkim "związku" ludzie zazwyczaj sobie ne ufają, więc on nie ufał mnie jak widać. W sumie jakby nie patrzeć, to jak najbardziej wystarczyło, by powiedział coś takiego. I wniosek ostatni, który bardzo prawdopodobnie może być wnioskiem źle wyciągniętym - skoro ludzi nie ponosi bez powodu, nie do ludzi którzy im się nie podobają a tego argumentu nie podał, mogłam założyć, że albo wprost nie chciał mówić że mu się nie podobam albo mu się podobałam. I tu w sumie też jakaś iskra zrozumienia do mnie docierała. Może nie chciał się zakochiwać i tyle? Wolał być wolny i tyle.
     Moja postawa również wymagała skarcenia, tak mi się przynajmniej wydawało. Bo co ja sobie w sumie myślałam? Zamotał mnie tymi swoimi boskimi oczami, cholernie seksownym uśmiechem i niewiarygodnie przystojnymi rysami... I-i mnie też poniosło. Dogadywaliśmy się dobrze i miałam takie głupie wrażenie, że znamy się dłużej niż dwa dni. Pchnęło mnie to do bardzo głupiej decyzji, która sprawiła, że uświadomiłam sobie, że chodzi o coś, czego jeszcze nie rozumiem. Nie podobał mi się w nim tylko wygląd, ale też jego charakter, którego nawet jeszcze dobrze nie znałam. Dzięki niemu poznałam wiele nowych rzeczy i przeżyłam wiele nowych doświadczeń, dobrze się z nim bawiłam... Ale zakochanie nie wchodziło w grę. Nie z powodu pracy, nie z powodu wieku, a z powodu... Którego nawet nie umiałam dokładnie określić. Łatwiej było sobie mówić "nie bo nie, wiesz o co chodzi" i tyle.
     I nawet mimo świadomości tego wszystkiego, gdzieś w środku to było jak taka mała, cienka igła wbija w serce. Mój pierwszy kosz, nieprzyjemne uczucie. Z drugiej strony jednak, czy wyobrażałam sobie że mogłoby być inaczej? Nie, nie potrafiłam. I tak właśnie się sprawa rozstrzygała.
     Nie potrafiłam jednak zaprzeczyć, że ten wybuch namiętności w limuzynie obudził we mnie coś jeszcze - taki płomyk... Pragnienia? Chciałam więcej tych ust i tej bliskości. Ale może wariowałam tak tylko dlatego, że był to mój "pierwszy raz".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER