środa, 12 kwietnia 2017

141 (10-01-2017)

        Tak więc teraz będzie między nami.
        I dobrze. I dobrze, mówiła uparta część duszy. Tak będzie najlepiej, to przecież oczywiste. Każdy poczuje się w ten sposób lepiej.
        A jednak nic nie jest dobrze, bo miałem wrażenie że wszystko, na czym mi zależało zaczęło rozpadać się na drobne kawałki, na miliony małych części. To, na czym zaczynało mi zależeć zostało przekreślone zaledwie kilka minut temu dwoma czy trzema słowami. Byłem zraniony. I dlatego też chciałem sobie wmówić, że wszystko będzie dobrze, że tak właśnie powinno między nami być.
        Z ulgą przyjąłem zmianę tematu, bo atakujące pytania nie zostawiały złudzeń, że to właśnie koniec. Nie wiedziałbym nawet, jak na nie odpowiedzieć, jak zdobyć się na jakąkolwiek szczerość, skoro czułem, że nie mam o niczym pojęcia.
        Tak, zmiana tematu zdecydowanie działała na korzyść. Wciągnąłem dużo świeżego powietrza do płuc i powoli odliczyłem do trzech. Tak tylko, żeby mieć pewność, że mój głos będzie spokojny i nie zdradzi żadnej niechcianej smocji.
        - Nie umiem gotować, więc razem z Jaredem ustaliliśmy, że zamawiamy catering. Dzięki temu bejdzie się bez spalonej kuchni - wzruszyłem ramionami, jakby przyznanie się do swoich braków było dla mnie najprostszą rzeczą pod słońem. Podniosłem się z kanapy, zostawiając na niej skrypt. Czasu zostało niewiele, zdawałem sobie z tego sprawę. Ale teraz sytuacja między nami wydawała się zbyt napięta, żeby w niej wytrzymać.
        Milczenie przedłużało się okropnie. Spencer wydawała się zatopiona we własnych myślach, miałem wątpliwości, czy w ogóle mnie usłyszała. Przeszedłem do kuchni i kiedy odkryłem, że w głowie mam ziejącą pustkę i brak odpowiedzi na pytanie stare jak świat "co teraz", uratowało mnie pojawienie się Deana. Jak zwykle o nic nie pytał, nawet jeśli wszystko słyszał. Potrafił być dyskretny, a ja ogromnie to sobie w nim ceniłem. Wszedł do kuchni cicho, bezszelestnie jak cień. Odchrząknął.
        - Przed drzwiami czeka już dostawa. Nakryję do stołu i przygotuję wszystko, za dwadzieścia minut mnie nie będzie - zawahał się, zerknął na Spencer. I obniżył ton głosu. - Proszę się niczym nie martwić, panie Jake.
        Jego głos był miły dla ucha, przyjemny wręcz. Poza tym pomimo, że był o kilka lat starszy ode mnie, ciągle i nie zwracając uwagi na moje napomnienia nazywał mnie 'panem'. Odetchnąłem głębiej, poprosiłem go o zrobienie mi kawy i wróciłem na kanapę, gdzie zostawiłem wcześniej scenariusz. Dziewczyna niemal nie ruszyła się ze swojej pozycji, więc postanowiłem udawać, że zupełnie nic się nie zmieniło. Ale w głębi duszy wiedziałem, że zmieniło się wszystko i przeczuwałem, że przyjdzie mi pożałować rozwiązania sprawy w ten sposób.
        - Powinni tu być za pół godziny - poinformowałem, opierając się wygodnie o miękką kanapę. Chciałem się skupić na tekście, ale po raz kolejny mi to nie szło, bo wzrok co chwilę uciekał w kienunku dziewczyny. I poczułem coś jeszcze, nieprzyjemne, śliskie uczucie które ściskało mi trzewia. - Nie stresujesz się, co nie?
        Mój głos był gładki, pytanie rzucone luźno, a postura zrelaksowana. Nic nie mogło zdradzać tego, że pytanie zadane mimochodem było przykrywką dla mojego własnego zdenerwowania. A przecież to tylko Jared i jego dziewczyna. Co mogłoby pójść źle? Wszystko. I właśnie to mnie stresowało najbardziej.
        Dean jak zwykle uwijał się ze wszystkim szybko. Rozłożył talerze, słyszałem brzdęk sztućców w jadalni. Kiedy on zajmował się wystrojem, ja starałem się opanować nerwy. Dzisiaj nic nie szło, jak powinno. Może chociaż wieczór zmieni ten bieg rzeczy. Zacisnąłem dłonie na trzymanym scenariuszu i zamiast mierzyć spojrzeniem Hastings, wyjrzałem za okno. Które rzecz jasna stało w odpowiedniej odległości, żeby nie przyparwić mnie o mdłości.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER