Największy minus mieszkania w takim wieżowcu? Brak balkonu. Potrzebowałam teraz wyjść i odetchnąć świeżym powietrzem, jednak jego villa w bloku nie miała wyjścia na ogród tak, jak widziałam na broszurkach dla bogatych snobów. Jednak przy kimś z lękiem wysokości czego miałam się spodziewać? Że będzie mieć tutaj Wiszące Ogrody, jeden z siedmiu cudów świata? Oczywiście, że nie! Dziwne, że taki ktoś w ogóle odsłaniał okna w domu - chyba, że zasłony miał na pilota, bo gdyby musiał dzień w dzień sam je ruszać to chyba by zwariował. Albo oduczył się swojego lęku, kto wie? Nikt jednak nie był w stanie mi wmówić, że brak możliwości wyjścia sprawiał, że... Czułam, że w moim sercu jest takie malutkie serduszko i to malutkie serduszko jest w takim wielkim, nieprzyjemnym dołku. Nie wiedziałam jak to inaczej odpisać. Malutkie serduszko zdawało się zwiększać mi poziom grawitacji i ciągnąć mnie na ziemię na miękki dywan, gdzie miałam ochotę leżeć i już nie wstawać.
- Ja umiem gotować - powiedziałam mechanicznie, pogrążona we własnych myślach. Odchrząknęłam jednak szybko i odwróciłam wzrok. Nie chciałam się chwalić, nie chciałam sugerować zmian żadnych, to się tak jakoś wyrwało... Jake chyba jednak nic nie słyszał, bo nie zareagował. Dopiero po kilku minutach wstał i gdzieś poszedł.
Nie ruszyłam się z miejsca, jakoś nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Wgapiałam się tępo w cudowne widoki miasta. Co mogły mi zaoferować oprócz swojego uroku? Nic, kompletnie nic. A mimo to liczyłam, że wśród nieba zapadającego w sen i barwnego pokazu świateł miasta, które nigdy nie śpi, znajdę rozwiązanie tego problemu. Nawet takie głupie zakochania jak te musi dać się przygasić... Nie chciałam korzystać znów z mojego głupiego planu z limuzyny, ale jeśli nic nie wymyślę, może tak będzie lepiej? Jeśli się wkurzy pewnie od razu mnie zwolni, płacąc mi w przód za miesiąc pracy czy tydzień... I wszyscy będą szczęśliwi, prawda?
- Przepraszam. - Poczułam, jak ktoś delikatnie puka mnie w ramię. Po raz kolejny zostałam wyrwana z moich słodkich ramion przemyśleń i cudownego ubolewania nad swoją mierną sytuacją. - Dzwonił Pan Henry, jednak odwołuje dwa pozostałe spotkania. - Przez chwilę jakby nie docierało do mnie to, co właśnie Dean powiedział. Jakby... Uszy mi działały, ale głowa była daleko daleko jeszcze przy rozmowie z aktorem.
- Okej, dziękuję za informację - odpowiedziałam beznamiętnie, nie odrywając wzroku od kaskady świateł, która świeciła jaśniej od gwiazd, które niebawem miały pojawić się na niebie.
Zastanawiałam się, ile pieniędzy w sumie będę miała po tym wszystkim? Wystarczająco żeby kupić mieszkanie dwupokojowe? Jedno na salon i jedno na sypialnię, zawsze tak chciałam. Ale jeden pokój też może być. Łazienka nie musiałaby być duża, ale bez wanny by się nie liczyła. Ale za to kuchnia... Ta to musiała być większa. Chciałam mieć miejsce na gotowanie - ciasta, ciasteczka, mięsa, sałatki i inne. Na samą myśl było mi tak jakoś lepiej, że mogłabym żyć inaczej niż teraz. Bez matki, bez dymu papierosowego, bez fagasów. Wolna i szczęśliwa, w końcu.
I ponownie mój spokój zakłóciła czyjaś próba dialogu.
- Nie specjalnie z tym stresem - odpowiedziałam, wstając w końcu z oparcia kanapy. W pierwszej chwili myślałam, że nogi się pode mną załamią - zaczynały już drętwieć. Ale odpowiedź była jak najbardziej szczera. Nie stresowałam się tą kolacją, ale bałam się co wywinie Lucy tym razem... Przy pierwszym spotkaniu odstawiła taką szopkę w restauracji, to co dopiero teraz, kiedy miała być nas w sumie tylko czwórka w tak wielkim mieszkaniu? - A co z Tobą? Myślisz, że dziewczyna twojego przyjaciela znów coś wymyśli?
Moja ręka zetknęła się z zimną powierzchnią szyby. Na zewnątrz zrobiło się już całkiem ciemno. Nie niebie nie było ani jednej gwiazdy, wszystkie przygasły w blasku metropolii.
I nagle jakby mój umysł wrócił na swoje miejsce. Wszystkie rzeczy dotarły na swoje miejsce i oh boi!
- Wiem! - wykrzyknęłam nagle. Miałam plan... - Henry odwołał resztę spotkań, a ja idę się szykować. Ćwicz sobie dalej! - Momentalnie zrobiłam się rozpromieniona i chwytając moją torbę po drodze, popędziłam do łazienki.
Przebranie się w kolacyjny strój zajęło mi tylko chwilę. Prawdziwym wyzwaniem była fryzura, ponieważ miałam dylemat. Kucyk, kok czy rozpuszczone? Ostatecznie zdecydowałam się na te ostatnie. Czemu? Bo dawało mi to pole do ratowania Jake'a w razie awarii - zapewne do tej pory nie zauważył, że mam tylko jedno ucho przekute. Pewnie dlatego, że nie nosiłam kolczyków, ale... Jeśli teraz bym jeden założyła, zawsze mogę potrzebować pomocy w znalezieniu drugiego, którego na wszelki wypadek schowałam do kieszeni spódnicy.
Dotarło do mnie też w końcu to, jak bardzo Henry miał przewalone w tej chwili... Nie dość, że raz praktycznie załatwił mi prace swoim chamstwem i prostactwem, to teraz jeszcze odwołał spotkania w i tak bardzo napiętym grafiku Jake'a. Na pewno doceni czas wolny, ale z drugiej strony kiedyś te spotkania muszą się odbyć, a on od jutra nie będzie miał prawie za grosz czasu. Cudem będzie jak między porankiem a wieczorem znajdzie czas na kupę...
I mój plan... Oh mój cudowny plan! Jednak zamierzałam jak na razie trzymać go w awarii i doszlifowywać na bieżąco. Kolczyk był planem, który na pewno zamierzałam wykorzystać, jednak to... Tylko w naprawdę awaryjnej sytuacji.
- I jak wyglądam? - spytałam, wychodząc z łazienki. Obróciłam się kilka razy wokół własnej osi, czekając na opinię chłopaka. W końcu to była jego kolacja i musiałam wiedzieć, czy taki strój nie sprawiał mu problemu. No i zastanawiałam się oczywiście, czy skojarzy, że to ta sama koszula co w dniu naszego poznania...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz