Wiedziałem, że to było złe, a jednak to nie przyczyniło się do zabrania dłoni. Nie, do tego niejako zmusił mnie dzwonek wciskany w drzwi, który pokazywał jak bardzo goście zaczęli się niecierpliwić. No i oczywiście lepiej nie dawać im powodów do myślenia, że byliśmy zbyt zajęci, żeby otworzyć drzwi. Jedzenie przyniesione wcześniej pachniało ładnie, a talerze parowały, wszystko czekało gotowe. Jakimś cudem zebrałem resztkę sił i minąłem dziewczynę, żeby otworzyć drzwi. Słyszałem jej ciche kroki za swoimi plecami.
Położyłem dłoń na klamce i przymknąłem na chwilę oczy. Żeby uspokoić serce i żeby przygotować się na to, co za nimi czeka. Odliczyłem do trzech wspak i w końcu otworzyłem drzwi. Za nimi stała uśmiechnięta para, Jared trzymał coś w dłoni. Na mój widok rozpromienili się oboje jeszcze bardziej, jakby to był teatr, w którym trzeba było grać. Ale na takiej scenie to ja jestem mistrzem, więc szybko poszedłem w ich kroki i otworzyłem szeroko drzwi robiąc im miejsce do przejścia.
Wraz z Lucy do wnętrza wgryzł się silny zapach perfum. Jej strój nielekko mnie zaskoczył, zwłaszcza, że byłem przekonany, że to tylko nieoficjalna kolacja, sposób, żeby miło spędzić wieczór. Uśmiechnąłem się krzywo, kiedy objęła mnie ramionami, uścisnąłem lekko jej szczupłe ciało i odsunąłem się, patrząc na przyjaciela.
- W samą porę, wszystko jest już przygotowane - kiwnąłem lekko głową, uścisnąwszy silnie jego dłoń.
Odsunąłem się z przestronnego holu do szerokiego korytarza, po czym z małej komody pod ścianą chwyciłem pilota do głośników i wieży. Szybko otoczyła nas i wypełniła powietrze przyjemnym, niskim brzmieniem jazzowa muzyka. Nie byłem fanem, ale pasowała do klimatu. Światła w mieszkaniu były ustawione w trybie przyciemnienia, stół wyglądał zapraszająco, zastawiony jedzeniem, talerzami i świecami. Nieprzesadnie, to nie był romantyczny wieczór we dwoje. Obserwowałem, jak para zdejmuje buty, a kiedy to zrobili podszedł do mnie Jared.
- Drobny prezent, podziękowanie za zaproszenie - puścił mi oczko i nie czekając na dziewczyny skierowaliśmy się we dwójkę do wnętrza mieszkania. Miałem nadzieję, że Lucy nie wydrapie oczy Spencer.
Przyjaciel znał moje mieszkanie jak własną kieszeń i nic dziwnego. Mieszkałem tu stosunkowo od dawna, dlatego pewnie czuł się jak u siebie w domu. Bez problemu odnalazł jadalnię, a ja wszedłem do pomieszczenia odgrodzonego od salonu jedynie dwiema sklanymi ścianami, które można było rozsunąć i złożyć. Teraz były zamknięte, co dawało poczucie przytulniejszego komfortu. Spojrzałem na butelkę drogiego rumu, po czym postawiłem go na stole. Obok każdego talerza stały szklanki wykonane z cienkiego szkła na wysokiej nóżce.
- Jak idzie ci na uczelni? - zapytałem, orientując się że dawna swoboda międzynami teraz gdzieś zniknęła i nie wiedziałem, od czego zacząć rozmowę. Na szczęście Jared nie wydawał się ani spięty ani zdystansowany. Kiwnął głową, jakby wdzięczny za to pytanie.
- Coraz gorzej, tylko gorzej - zaśmiał się, podchodząc do samego okna i spojrzał na dół. Przeszył mnie nieprzyjemny dreszcz. - Ostatnio zastanawiam się czy bycie prawnikiem to coś, czego chcę. Okłamywanie ludzi i lawirowanie między paragrafami dla klientów, nie patrząc na własną moralność... - zawahał się widocznie i obrócił się w moją stronę. W jego oczach czaił się nieznany mi blask. Żachnął się, jakby przyłapał się na czymś, o czym nie chce teraz rozmawiać. - Nieprzyjemny temat na sam początek spotkania. Gdzie dziewczyny?
Wyjrzałem na korytarz, ale nie było ich tam. Skinąłem więc głową, sądząc że pewnie są w kuchni albo o czymś rozmawiają. Miałem nadzieję, że Lucy będzie potrafiła zachować się jak człowiek.
- Masz jeszcze czas, żeby się rozmyślić. Ale chyba twoi rodzice umarliby na zawał słysząc co mówisz o ich ukochanym zawodzie - uśmiechnąłem się krzywo. Jared za to wybuchł szczerym, niekontrolowanym śmiechem i zaskoczył mnie nim pozytywnie. A więc nie stracił wcale swojej pogody ducha. To była całkiem duża ulga.
- Lepiej poczęstuj mnie jakimś dobrym whiskey, stary, wiem że masz całą kolekcję, nie oszukasz mnie.
Tym razem zaśmialiśmy się oboje. Wcześniejsze skrępowanie i niepewność, a może nawet dystans z mojej strony zniknęły. Podszedłem do stołu, na którym stało kilka ciemnych butelek wypełnionych złocistym płynem i zająłem się swoim zajęciem. Jared w międzyczasie opowiadał o rodzicach i siostrze, była kilka lat młodsza od niego i nie widziałem jej wieki. Zawsze wydawała mi się rozpieszczoną gówniarą, nawet Jared nie raz ją tak nazywał.
- Nadal chodzi do tego prestiżowego liceum?
- No, chłopie - skrzywił się, starając się przełknąć alkohol i na raz nie zaksztusić się podczas mówienia. - Jeszcze jej nie wywalili, rodzice mówią, że wcale to się nie stanie, ale jak obstawiam przy swoim. Lucy? Luuuucy? - zawołał, odstawiając szklankę na stół. Spojrzał na mnie pytająco, ale ja tylko pokręciłem głową. - Idę sprawdzić, gdzie są. Jezu, żołądek przyssał mi się do trzustki.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz