środa, 12 kwietnia 2017

147 (11-01-2017)

        Uśmiechnąłem się pod nosem, opuszczając głowę. Opierałem dłonie na oparciu krzesła, a kiedy Jared wyszedł i skierował się wgłąb korytarza zostałem zupełnie sam, otoczony muzyką w niskim, przyjemnym dla ucha tonie. Słyszałem głosy w dalszej części mieszkania, ale mimo to podszedłem kilka kroków w kierunku okna rozciągającego się, podobnie jak w salonie i sypialniach, na całą ścianę. Oczywiście zostałem w odpowiednio bezpiecznej odległości. Tym razem wyjątkowo nie nawiedziły mnie wizje tego, jak szkło zamienia się nagle w drobny, szklany puch, a ktoś wypycha mnie przez pozostałą dziurę. Nie, teraz przypomniał mi się moment, w którym Spencer próbowała mnie nauczyć pokonać swój lęk.
        Na początku uważałem że to straszna głupota, a kiedy już przyciągnęła mnie do szyby, to nogi się pode mną prawie ugięły z wrażenia. Nigdy nie czułem się lepiej siadając na bezpiecznym gruncie niż wtedy, kiedy pozwoliła mi usiąść na fotelu. Prychnąłem cichym śmiechem, kręcąc lekko głową. Zamyśliłem się tak bardzo, że nie słyszałem, że nie jestem już w pomieszczeniu sam. Para, Lucy i Jared, stali chwilę w progu. I to dziewczyna pierwsza postanowiła złamać ciszę.
        - Mam nadzieję, że w niczym nie przeszkadzamy - rzuciła odrobinę jak na mój gust zbyt nachalnie. Gdybym się obrócił, zauważyłbym jak Jared lekko ją szturcha, a na jego twarzy maluje się niecodzienny grymas zakłopotania. - Wszyscy chyba umieramy z głodu. Dalej, siadajmy. Jared całą drogę marudził, jak bardzo jest głodny - rzuciła, luźno odrzucając głowę w tył i zarzucając włosami.
        Jej ton był raczej wyliczony na przekomarzanie się ze swoim chłopakiem, ale mnie ta uwaga zirytowała. Dlaczego? To nawet nie mój związek. Ale najwyraźniej szczęściem Jareda przejmowałem się bardziej niż swoim własnym nawet. On puścił tę uwagę mimo uszu, podszedł do swojego kieliszka i wypił odrobinę, najpierw unosząc go symbolicznie do góry.
        Oboje zajęli miejsce przy złożonym, niedużym stole, który spokojnie pomieścił naszą czwórkę... To mi przypomniało, że Spencer zniknęła gdzieś na odrobinę za długo. Zmarszczyłem lekko brwi.
        - Gdzie Spencer?
        - Na pewno zaraz będzie - powiedziała blondynka z nutą irytacji, jakby za często musiała to powtarzać. Może zirytowało mnie moje zainteresowanie kimś tak 'niewiele znaczącym'. Przyznałem sobie w duchu punkt za tę uwagę i humor mi się poprawił. To będzie miło spędzony wieczór bez żadnych kwasów, nie ważne, co tam też sobie Lucy w swojej pustej główce ułożyła.
        - W takim razie włączę grill, musi się nagrzać. Lucy, pijesz coś? Wino, whishey? Mam też piwo, jeśli jesteś zainteresowana, jakiś sok też się znajdzie - zaproponowałem. Wybrała whiskey, pewnie dlatego, żeby nie odstawać od towarzystwa. Ludzie tacy jak ona wiele robili dla reputacji, włączając to picie czegoś, czego nie cierpią.
        Na środku stołu stał dwupoziomowy elektryczny grill. Na nim leżały małe teflonowe tacki, każdy z nas miał jedną. Obok na talerzach leżały porozkłądane mięsa, warzywa i owoce, które każdy mógł sobie wybierać i smażyć na przeznaczonej dla niego tacce. Proste rozwiązanie oszczędzające dużo czasu. Oprócz tego na stole stało też kilka gotowych, parujących potraw. Jedzenia było tyle, że stół niemal uginał się pod jego ciężarem. Kiedy rozmowa zaczęła toczyć się płynniej, minęło dobre pięć minut, a Spencer dalej nie było w jadalni. Zerknąłem nerwowo na nowoczesny zegar, który wisiał na ściane. Moje spojrzenie podchwycił Jared, uśmiechając się w ten swój czarujący sposób; znałem go dobrze, żeby nazwać go tajemniczym.
        - Może idź zobacz, co z nią? Nie zaczniemy jeść bez was, chwilę możemy poczekać - zaproponował, tym samym wyciskając wyraz zdziwienia na mojej twarzy. Wiedział?... Zawsze widział więcej niż inni, więc to było całkiem możliwe.
        Lucy za to zareagowała zgoła inaczej. Wyglądała na co najmniej złą, że przyjaciel to zaproponował. Trochę było mi szkoda zostawiać go na pastwę jej losu, ale mimo wszystko odsunąłem krzesło i wstałem od stołu, podwijając rękawy koszuli, bo w pomieszczeniu od nagrzewającego się grilla robiło się corac cieplej.
        - Zaraz wrócę - powiedziałem, po czym opuściłem pomieszczenie.
        W kuchni jej nie było, w salonie na pewno też nie, bo z jadalni był na niego widok. Skierowałem się więc do łazienki, ale była pusta, pokój przeznaczony dla psów i jako gabinet dla nikogo zionął pustką. Bez chwili namysłu szarpnąłem za klamkę pokoju gościnnego. Jakoś nie przyszło mi na myśl żeby zapukać. Gdyby się przebierała albo rozmawiała przez telefon... Wolałem o tym nie myśleć.
        Spencer leżała na fotelu, jakby nad czymś długo rozmyślała.
        - Myślisz o losach świata? Masz taką poważną minę - wytknąłem ją palcem, nie złośliwie, raczej dla żartów, po czym zaśmiałem się krótko. Widocznie humor się mnie trzymał, jej za to... Nie bardzo. Spoważniałem. Była tutaj dobre dziesięć minut sam na sam z Lucy. Może coś się stało? - Boli cię coś? Co się stało? Czekaliśmy na ciebie... - dłonią zakreśliłem półkole w powietrzu, wskazując w kierunku jadalni.
        Podszedłem kilka kroków w stronę fotela, a później ostrożnie przy nim kucnąłem. Może po prostu za bardzo się zamyśliła? To chyba nie było do niej podobne. Czasem łaziła z głową w chmurach, ale chyba bez przesady. Ściągnąłem brwi i uniosłem głowę, żeby na nią popatrzeć.
        Myślałem że co? Że przyprowadzę tu Lucy i wszystko będzie w porządku? Czasem jestem takim egoistą... I chociaż broniłem się przed wpływem sławy i pieniędzy jak mogłem, to najwidoczniej nie wystarczająco dokładnie. Każę jej siedzieć w pomieszczeniu z kimś, kto jej nienawidzi, gorzej, kimś kto uważa ją za konkurencję. Cichy głosik podpowiedział, że z resztą słusznie, ale zignorowałem go skutecznie.
        - Chcesz iść do domu? Mogę im powiedzieć, że odwołuję kolację... - zaciąłem się, właściwie głos ugrzązł mi w gardle. - Przepraszam - po prostu. Jedno słowo, a czasem tak trudno było go wyartykułować. - Nie pomyślałem o tym, że to dla ciebie może być trudne - i to nie pierwszy raz nie pomyślałem o tym w przeciągu kilku dni naszej znajomości. Ugryzłem się w język, zanim kolejne nieproszone słowa opuściły moje usta.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER