Sytuacja była niezręczna i nie mogłem oprzeć się wrażeniu albo raczej przeczuciu, że coś nie gra, jakiś element nie pasuje do reszty. Ale w końcu usta dziewczyny wyciągnęły się w trochę sztucznym uśmiechu. Ostatecznie stwierdziłem, że nie mam prawa więcej go kwestionować ani pytać o nic więcej. Zmusiłem mięśnie do skurczu i podniosłem się powoli, czując jak kolana nieprzyjemnie przy tym przeskakują na swoje miejsce.
Przez moment znów pojawiła się ta dziwna atmosfera, a Spencer podobnie do mnie złamała bariery przestrzeni prywatnej. Miała szczupłą dłoń, wyjątkowo chłodną. Przez koszulę promieniowała jej temperatura, ale nie miałem ochoty jej odtrącić. Przeciwnie, była przyjemna, zwłaszcza że mi wsześniej już było gorąco. Zmrużyłem oczy, chcąc odczytać jej zamiary albo kolejny krok, ale nic takiego się nie stało. Odpowiedziałem na jej blady uśmiech tym samym, a później wszystko prysnęło jak bańka mydlana.
Tylko przez chwilę trzymaliśmy się za ręce, ale łatwiej to było mi uznać raczej za błąd niż za objaw zainteresowania. Spencer po wcześniejszych słowach pewnie uważała mnie za skończonego idiotę, który ją wykorzystał... Ta świadomość odrobinę bolała, bo nigdy nie byłem takim facetem, ale jeśli miało to nam pomóc w czymkolwiek, musiałem się ostatecznie na to zgodzić.
W pomieszczeniu pachniało jedzeniem. Zapachy były intensywne i mieszały się ze sobą, a kiedy zajęliśmy miejsca i Spencer przeprosiła pozostałą dwójkę, Jared rzucił zwykłe, luźne "daj spokój", po czym wiedziałem, że zapomniał o sprawie. Nic nie wkazywało też na to, żeby pokłócił się z Lucy; ta była w wyjątkowo dobrym humorze. Zaczęła pytać zanim wzięliśmy się za jedzenie. Uniosłem lekko brwi, zastanawiając się czy tak szybko rozeszła się wieść po mediach. Możliwe. Nigdy nie wątpiłem w siłę masowego przekazu, działała niezawodnie. Uśmiechnąłem się lekko. Spencer grała w jakąś grę. Wczoraj wydawało mi się, że była okropnie zazdrosna o Sheilę, a dzisiaj używa jej jako tarczy. Ciekawe.
- Jasne, czemu nie - powiedziałem, krzyżując spojrzenie ze Spencer. Wydawało mi się, czy w jej oczach tańczyły bezkarnie jakieś złośliwe ogniki? Pierwszy położyłem mięso na rozgrzanej powierzchni. W powietrze buchnęła para wodna i kolejny do całej gamy zapachów. - O ile uda nam się ułożyć jakiś wieczór tak, żeby wszyscy mogli się pojawić - uniosłem lekko brwi.
Uderzyła mnie myśl, że Spencer pewnie już wtedy tu nie będzie. Co robiłaby na kolacji dwóch par, nawet nieprawdziwych? Ta myśl mnie sparaliżowała i dała przewagę Lucy.
- Hihi! Bardzo chętnie byśmy się na to zgodzili! - zapiszczała, używając formy mnogiej. Mina Jareda nie wyrażała niczego negatywnego, nawet oburzenia za mówienie w nieswoim imieniu. - To znaczy, pewnie masz teraz dużo pracy. Jak idzie nad serialem? Często jesteś zajęty? To niesamowity zaszczyt cię spotkać twarzą w twarz - blondynka paplała niezrażona zupełnie niczym. Wszyscy zaczęli też przygotowywać jedzenie. Zerknąłem na Spencer; to było silniejsze ode mnie.
- Daj spokój, jaki zaszczyt. Jake to mój przyjaciel - wtrącił się Jared, pierwszy raz naprostowując jej słowa.
Mężczyzna wydawał się być trochę zmieszany albo nawet zażenowany. Dla niego w mojej osobie pomimo całej otoczki sławy i bogactwa nic się nie zmieniło od dziecięcych lat. Cenna znajomość. Takie niemal się nie trafiają. Poczułem, że rozmowa schodzi na złe tematy. Myślenie o Sheili i pracy w wolny wieczór nie było dla mnie zbyt wielką przyjemnością, bo przypominało o nadchodzącej codzienności. Dniach spędzonych na planie, długich godzinach ćwiczeń i spaniu po kilka godzin. Uwielbiałem to, ale nie na kolacji.
- Sprawy z Sheilą, jak to określiłaś, są na razie niczym pewnym - uciąłem temat, podnosząc kieliszek do ust. - Jak to było z wami? Ile czasu się znacie? - uniosłem brwi, uśmiechając się przy tym.
Odpowiedział Jared i to nie od razu. Krótko streścił, jak poznali się w klubie kilka tygodni temu. Wiedziałem, że o czymś nie mówi, ale nikt nie naciskał. Lucy chyba była zadowolona, bo nawet nie bawiła się w dogryzanie Spencer. Ale podchwyciła temat, ciekawość zapaliła się w jej oczach jak mała żarówka.
- A ty, Spencer, jak długo szkoliłaś się na bycie menadżerem? To musi być ciężki kawałek chleba...
- Nigdy nie widziałem na tej posadzie kogoś tak młodego - podchwycił Jared, śmiejąc się cicho jak zawsze, kiedy nie traktował czegoś na poważnie. Dla niego większość życia to był żart, miał naprawdę niespotykane poczucie humoru i taki luz w obyciu, którego nie raz mu zazdrościłem. Teraz tylko wydawało się, że działało to na jego niekorzyść, bo nie potrafiłem sobie wyobrazić, żeby blondynka naprawdę coś do niego czuła...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz