środa, 12 kwietnia 2017

151 (12-01-2017)

        W jednym momencie wszyscy przenieśli spojrzenie na szatynkę. Ja też oparłem na niej ciężki wzrok, bo mimo wszystko nie zamierzałem odpowiadać w jej imieniu. Pozastała dwójka wyraźnie zwracała się do niej. I nawet, jeśli temat był ciężki, ba, niebezpiecznie zbliżał się pod tematy tabu, to Jared na pewno nie znalazłby powodów, żeby się z niej śmiać, ja też nie. W tym starciu wygralibyśmy z Lucy dwa do jednego. Miło było, że oboje - z różnymi co prawda motywami, ale jednak - starają się wciągnąć Spencer do rozmowy. Milczałem więc wyczekująco, zastanawiając się z drobną dozą rozbawienia, czy przypadkiem teraz mnie nie wyzywa do wszystkich diabłów za to, że po prostu na nią patrzę zamiast próbować znaleźć wyjście z sytuacji.
        Próbowałem dać jej poczucie, że to nie wywiad z reporterami, tylko po prostu przyjacielskie spotkanie, ale wydawała się spięta zdecydowaniem się na jakąkolwiek odpowiedź, więc... Milczała uparcie. Zapadła na chwilę głucha cisza, przerywana skwierczeniem jedzenia na rozgrzanej do dwustu stopni teflonowej powierzchni grilla.
        Takiej odpowiedzi, a raczej takiej reakcji nikt chyba z siedzących przy stole nie oczekiwał. Przekręciłem lekko głowę na bok, zauważając że nagle Spencer robi się cała czerwona, a potem niemal fioletowa. Krzyk zamarł mi na ustach, bo zanim zdążyłem o coś zapytać, jej już nie było. W gwałtownym odruchu wstałem tylko tak szybko z krzesła, wyciągając dłoń przed siebie, że mebel wywrócił się i oparciem głośno trzasnął o ziemię.
        Jednocześnie w powieszczeniu stało się jeszcze kilka innych rzeczy na raz. Lucy piszczała albo krzyczała, ciężko stwierdzić. Odsuwała krzesło jak najdalej miejsca, w którym siedziała Spencer, jakby coś w jej krześle mogło za chwilę co najmniej zaatakować. Jared wyglądał dosyć blado, ale nie poruszył się nawet. Nie zdążył. Hastings była szybsza od nas wszystkich razem wziętych. Pod kątem widziałem jedynie część kuchni i lustro, które odbijało dziewczynę pochylającą się nad zlewem.
        Kiedy to wszystko stało się w jednym czasie, naraz później zapadła po raz kolejny głucha cisza. Nikt nie otworzył nawet ust, zamarliśmy w swoich pozach jak sparaliżowani. Pierwszy otrząsnął się Jared.
        - Najwidoczniej nie był to odpowiedni temat rozmowy - rzucił luźno, poprawiając ostatni guzik koszuli i opierając się na krześle, jakby przed chwilą nic się takiego nie stało.
        Opadłem na krzesło, nie potrafiąc opanować ataku śmiechu. Jarde szybko się dołączył i po chwili w oczach oboje mieliśmy już łzy szczęścia. Co jak co, ale on zawsze wiedział, co powiedzieć żeby rozluźnić atmosferę. Tylko Lucy ze zdegustowaną miną odsunęła się od stołu i obserwowała podłogę na wypadek chyba, gdyby Spencer mogła tam coś zostawić.
        - Fuj! Oboje jesteście obrzydliwi - burknęła, chyba całkiem nieźle obrażona.
        - Skarbie, mogłaś nie zakładać takiej długiej sukienki, która zamiata wszystko... Z podłogi, całkiem dosłownie - wydusił Jared w przerwie między jednym chichotem a drugim. To sprawiło, że blondynka zawrzała, ale ani ja ani mój przyjaciel nie zwróciliśmy na to zbytniej uwagi.
        Minęła dobra chwila, zanim się uspokoiliśmy i z Lucy opadły emocje. Musiała się chyba przekonać, że jej kreacja jest nietknięta, bo długimi, wymalowanymi na bordowo pazurami odgarnęła luźne kosmyki włosów z twarzy, a brzydki grymas zniesmaczenia znikął z jej twarzy. Długo poza tym nie zamierzała rozpamiętywać sytuacji i postanowiła postawić znowu siebie w centrum uwagi.
        - No dobrze, proponuję zająć się jakimś bardziej kulturalnym zajęciem niż - dłonią wskazała na miejsce, w którym chwilę temu zniknęła szatynka.
        Złapała pilota do wieży, który leżał na komodzie za jej plecami i kliknęła kilka guzików. Muzyka zmieniła się diametralnie. Z głośników popłynęły tony rodem z lat osiemdziesiątych, a Lucy wyglądała na zadowoloną z siebie, klasnęła w ręce, uśmiechając się wesoło. Zaryzykowałbym, mówiąc że drapieżnie.
        - Perfekcyjnie. Panowie, który z was zaprosi mnie do tańca? - zapytała, opierając obie dłonie na stole i podnosząc się powoli ze swojego miejsca. Zatrzepotała rzęsami, na których spoczywała tona makijażu. - Jake? - dodała niewinnie, nie dając nikomu czasu na odpowiedź.
        Zerknąłem na Jareda. Skinął głową, jakby nie miał nic przeciwko. Z resztą nawet gdyby miał wszystko przeciwko, do czego miał niezłe powody, nie zdradziłby się z tym. Czułem jego wzrok na swoich plecach, kiedy odprowadzał nas za szklane drzwi do salonu. Lucy jednak nie dała mi myśleć za długo. Oj nie, ona chyba lubiła się upewnić, że wszystko, o czym się myśli w danej chwili to ona.
        Miejsca było pośrodku salonu sporo, a chociaż muzyka była żywa - charakterystyka muzyki lat 80. w jednym słowie - to ona lubiła ściśle do mnie przylegać. Właściwie niemal się przyklejała, po każdym obrocie i każdej figurze, w której wymuszałem odrobinę dystansu ona bez żenady go skracała do nieistniejącego minimum. Unosiła na mnie spojrzenie, a jej twarz znajdowała się tak blisko, że czułem zapach jej szminki, który mieszał się z mocną wonią perfum. Wiedziałem już, że po tym jednym tańcu nie spiorę go kilka dobrych prań.
        Postanowiłem się rozluźnić. W końcu, co złego może się stać? To tylko przyjacielskie spotkanie, a poza tym odrobina wypitego alkoholu znacznie mi ułatwiała odpuszczenie wszelkich myśli. Nie zamierzałem łamać żadnych barier, oczywiście. Ani jej na to nie pozwolić. Lucy miała zgrabne ciało, a poza tym całkiem miękko poddawała się mojemu prowadzeniu w tańcu. Po setkach lekcji, które potrzebowałem do wielu ról poruszanie się do muzyki nie sprawiało mi żadnych problemów. Widocznie podobał jej się każdy kolejny obrót, każdy krok i delikatne wygięcie, bo nieustannie się uśmiechała. Wycięcie w sukience, które sięgało do połowy uda a może i wyżej służyło jej za całkiem niezły obiekt skupiający uwagę.
        Blondynka, choć pusta jak dziurawiona cegła, miała ogromną świadomość swojego ciała i potrafiła go wykorzystać. Minęły co najmniej dwa utwory, kiedy zorientowałem się, że nie jesteśmy sami. Widok Spencer z Jaredem wcale mnie jednak nie ucieszył. Spowodował, że coś w piersi boleśnie mnie zakuło. Nigdy jeszcze nie tańczyliśmy razem, ale z drugiej strony...
        Ach, z resztą chrzanić wszystkie "drugie strony". Miałem trochę dość nachalności Lucy, a biorąc pod uwagę, że wszystkiemu przypatrywał się Jared w ogóle zamiana partnerek była bardzo dobrą opcją. Wykorzystałem moment, kiedy druga para była blisko nas, na wyciągnięcie ręki. Rozluźniłem uścisk wokół talii blondynki i wypuściłem ją ze swoich ramion, z uśmiechem patrząc na Jareda.
        - Oddaję ci dziewczynę - rzuciłem, popychając Lucy w jego kierunku. Nie dbałem o to, czy jej się ten fakt spodobał czy nie.
        Chwyciłem dłonie Spencer i przyciągnąłem ją do siebie, kładąc jedną dłoń na jej talii, a drugą łapiąc jej rękę. Kilka pierwszych kroków pozwoliło nam oddalić się od pozostałej dwójki, a ja natychmiast poczułem się zupełnie inaczej. Szatynka nie narzucała się ani ze swoim ciałem, ani wolą. A poza tym... Wiedziałem, że coś, co czuję nie jest codziennością. Stłumiłem jednak wszelkie głosy rozsądku i obróciłem ją kilkakrotnie, uważając żebynie trafiła na szklany stolik stojący obok.
        - Jak cię czujesz? - zapytałem, kiedy znów byliśmy blisko siebie i kiedy moja dłoń przyciągnęła ją do mnie tak, że nie było między nami żadnej przerwy.
        Blisko siebie, zdecydowanie za blisko. Ale było w tym coś elektryzującego, coś pociągającego. Element, który sprawiał, że chciało się w to tylko brnąć coraz dalej i nie przestawać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER