Drobne ciało szatynki miękko ulegało każdemu mojemu ruchowi. Muzyka jakby na zawołanie zwolniła znacznie tepma, więc taniec teraz już w niczym nie przypominał tego z Lucy. To było tak naturalne i samoistne, a Spencer była tak niewymuszona, że nie potrafiłem powstrzymać drobnego uśmiechu, który wepchnął mi się na usta po jednym jej geście. Czułem jej ciepło na całym torsie i miałem wrażenie, że teraz z łatwością mnie będzie mogła przejrzeć. Że poczuje, jak szybko wali moje serce i wszystko stanie się dla niej jasne, nawet to czego sam jeszcze nie rozumiem.
Oczywiście, to było niemożliwe, podobnie jak czytanie w myślach. Bezpieczniej i mniej boleśnie dla nas obojga było pominąć wszystko co, co się rodziło między nami. Pozwalałem jej zostać tak blisko, jak tylko tego chciała. W jej ruchach czułem obezwładniającą uległość. Pójdziesz ze mną w sam środek piekła?, zapytałem jej bez słowa, nie oczekując żadnej odpowiedzi nawet od samego siebie. W samo centrum, żeby tylko zostać tak blisko mnie jak teraz? Moje myśli, takie intensywne i niespodziewane sprawiały, że miałem wrażenie że mój rozsądek został sparaliżowany. Nie liczyło się nic, co było w przeszłości ani to, co mogła przynieść przyszłość. Dlaczego miałoby? Skoro teraźniejszość była tak niespodziewanie przyjemna...
Skinąłem głową, czego nie mogła zobaczyć, po czym pochyliłem się nad nią odrobinę. Pachniała tak, jak to zapamiętałem już wcześniej. Szamponem i mydłem różanym, którym musiała chwilę temu myć ręce w kuchni albo łazience. Chwilę później rozległ się niesamowity hałas i Spencer poderwała głowę z mojej klatki piersiowej. Podążyłem wzrokiem na niebo, ale zatrzymałem go na fajerwerkach tylko na niedługą chwilę.
Staliśmy bliżej okna, więc Lucy i Jared, którzy skierowali wzrok w tę stronę z łatwością mogli nas zobaczyć. Nie wiem, czy to włączyło we mnie jakieś hamulce, ciężko było stwierdzić. Pojawił się taki rodzaj magii, który ciężko odeprzeć. Strach pomyśleć, że to za sprawą 'jedynie' takiej Spencer. Obdarzyłem ją powłóczystym spojrzeniem, zachwyt który malował się na jej twarzy na widok wybuchów kolorów i dźwięków. Słyszałem szczępki rozmowy pomiędzy przyjacielem i jego dziewczyną, ale nie wyłapywałem dokładnych słów.
Nasze spojrzenia skrzyżowały się niespodziewanie, a w oczach szatynki dostrzegłem coś, co wydawało mi się znajome. Mimo tego, że nie zakochałem się nigdy wcześniej, miałem całkiem sporo doświadczeń z kobietami i nie trudno przychodziło mi rozpoznać pożądanie w ich wzroku, rozchylone lekko usta, które nieświadomie prosiły, żeby rozchylić je jeszcze bardziej, zapraszały do gorących pocałunków. Przełknąłem ślinę, nagle zaschnęło mi w gardle. Jakbym od tygodni nic nie pił.
Odsunąłem się lekko, chcąc nadal napawać się widokiem tego rozpalonego spojrzenia, które mówiło samo za siebie. Jeszcze chwilę obserwować przymrużone lekko oczy, zarumienione policzki na linii kości policzkowych.
Wszystko skończyło się nienaturalnie szybko.
Z początku mój otumaniony umysł podsunął, że Lucy odstawia jakąś dramę, widząc co dzieje się na jej oczach. Odskoczyliśmy od siebie, jakby jej krzyk nas przestraszył - nawet pomimo głośnego pokazu fajerwerków za oknem. Nie miałem wiele czasu na ocenę sytuacji. Drake mignął mi przed oczami, a później jedyne co dostrzegłem, to czerwoną sukienkę... Zsuwającą się chyba odrobinę niżej, niż powinna.
Wytrzeszczyłbym oczy z niedowierzania i szoku, gdyby tylko nie to, że widok został mizaraz przesłoniony. Głos Spencer był odrobinę bardziej piskliwy niż zwykle. Wszystko wydarzyło się zbyt szybko, żebym mógł zdać sobie sprawę z powagi sytuacji, więc po prostu tkwiłem blisko szatynki, mrugając kilkakrotnie, kiedy w końcu zdecydowała się zabrać dłonie z moich oczu. Nie zdążyłem o nic zapytać.
Nie mogłem widzieć, że Lucy leży na dywanie, starając się usilnie zrozumieć swoje położenie. Dwa dobermany obeszły ją łukiem, zbliżając się do mnie i - co zauważyłem dość szybko - trzęsąc się ze strachu. Nienawidziły wybuchów, jak każde inne psy i szukały u mnie pomocy w tej sytuacji. Lucy natomiast... Chyba zorientowała się, co właśnie się stało.
- JARED!! - ton głosu blondynki, kiedy krzyczała śmiało mógł równać się ze śpiewaczką operową, która chce żeby wszystkie szklanki w pokoju popękały. Tylko miał jeszcze w sobie ton paniki. Skrzywiłem się lekko, kiedy się wydarła. - Jared nie stój tak! Pomóż mi! MASZ MI POMÓC!
Usłyszałem kilka kroków, zapewne Jared do niej podszedł i postawił ją na nogi, być może naciągając sukienkę na jej piersi. Dopiero teraz ja też doszedłem do siebie i zamiast jakoś to skomentować prychnąłem cichym śmiechem, który usłyszeć mogła chyba tylko Spencer. Opanowałem się jednak szybko, bo śmieszna ta sytuacja nie była. Wyprostowałem się. Uderzyło mnie nagle to wszystko, o czym myślałem, co c z u ł e m podczas tańca. Dziewczyna nadal była blisko mnie.
- Trochę szalona sytuacja... Nie sądzisz? - Miałem nadzieję, że zrozumie to w odniesieniu do ogółu, nie do tego, co między nami się wydarzyło. A co właściwie się wydarzyło? Ostatecznie do niczego nie doszło, ale obraz jej twarzy, którą łatwo było rozszyfrować wydrukował się pod moimi powiekami i czułem, że długo go nie zapomnę. - Lubię, kiedy twoje oczy błyszczą w ten sposób - powiedziałem, pochylając się nad nią lekko. Co to właściwie znaczy?
Odwróciłem się w kierunku pozostałem pary. Wyglądało na to, że sytuacja, przynajmniej pozornie, została rozwiązana. Blond włosy Lucy zupełnie wymknęły się spod upięcia, w którym tu przyszła i teraz prezentowały się w efekciarskim nieładzie. Jaredowi chyba nie było do śmiechu. Położyłem dłoń na plecach Spencer i poprowadziłem nas bliżej gości. Dało się łatwo wyczuć, że blondynka jest wściekła.
- Nienawidzę zwierząt! - syknęła, ale zorientowała się chyba, że to moje psy. Wyprostowała się, poprawiając sukienkę na biuście. Nie potrafiłem na niego nie spojrzeć, zwłaszcza... Odchrząknąłem, spoglądając na Jareda.
- Jakieś szkody?
Przyjaciel tylko skinął głową na sukienkę. Na długości połowy uda prezentowała się ładna, nierówna dziura. Naprałem powietrza w płuca z cichym świstem i kucnąłem przed blondynką.
- Przepraszam za psy - zmarszczyłem lekko brwi. - Upewnię się, że dostaniesz pieniądze za szkody. A tymczasem... - popatrzyłem na Jareda, wstając. - Myślisz o tym samym? - Przyjaciel pierwszy raz od dawna się uśmiechnął. Był to całkiem złowieszczy uśmiech. Czasem rozumieliśmy się bez słów.
- Co? Co to znaczy? Co to za uśmiech? - Lucy chyba spanikowała, bo jej głos podskoczył o kilka tonów; zapomniała już i o pieniądzach i o psach. W jej oczach pojawiło się przerażenie.
- Trzeba ją uciąć. Będziesz mieć ładną mini, kochanie - rzucił Jared, odsuwając się o krok i wzdychając ciężko. Zerknąłem na Spencer, żeby sprawdzić jej reakcję.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz