Krzyki Lucy szybko odpędziły nas od siebie - dzięki temu moje serce mogło w końcu wrócić do normalnego rytmu. Wolałam jak na razie unikać wszelkich ponownych zbliżeń z Jake'iem, chyba że chciałam nabawić się arytmii. Takie skoki prędkości na prawdę mogły mi zaszkodzić na dłuższą metę. Szybki, wolno, szybko, wolno... Niczym góra-dół na kolejce górskiej, i w sumie tak się czułam. Moje serce po prostu zwariowało na punkcie Jake'a i po tym tańcu nie było już cienia wątpliwości, że to dziwne uczucie to nie było zawstydzenie czy żenua, a zakochanie. W porównaniu do innych opcji, ta była najgorsza, ale co się stało to się nie odstanie - serce nie sługa. Mimo to wydawało mi się, że nie będę czuła się aż tak niezręcznie, jeśli mu powiem... Albo zostawię wiadomość, cokolwiek. Świadomy będzie pewnie trzymał dystans fizyczny, bo w sumie szansa na to że będzie chciał mi pomóc wybadać te nieznane mi tereny, równała się zeru. "Po prostu nie mogę... Nie chcę narażać swojej kariery zrobieniem czegoś głupiego" - te słowa znów zaczęły rozchodzić się echem po mojej głowie. Powiedział "nie", ale jego zachowania mówiły "nie jestem pewien".
Niechętnie zbliżyłam się do Lucy, więc jak tylko Jake wziął rękę z moich pleców, odsunęłam się kawałek i usiadłam na dywanie. Psy od razu położyły pyski na moich kolanach, a ja zaczęłam je tyrtolić. Ich pan był zajęty jakąś szatańską intrygą ze swoim przyjacielem, Lucy wyraźnie ich nie lubiła, więc chyba tylko ja im zostałam. Fajerwerki po mału kończyły tańce na niebie, jednak nie czułam zawodu. Na halloween, które miało być za mniej więcej tydzień, czasem coś puszczali, a jak nie to za miesiąc Sylwester... Czyli podsumowując, niebawem miałam szansę podziwiać kolejny pokaz.
- Głupie kundle - warczała pod nosem dziewczyna, szukając na sukience innych zniszczeń. Z jednej strony było mi szkoda tak ładnej sukienki, ale z drugiej... Sama się o to w sumie prosiła. Jeśli materiał stroju ciągnie się po ziemi, a nie kończy tuż nad nią, stosunkowo jest ponad osiemdziesiąt procent szans, że ją zniszczysz - nauczyłam się tego pracując u Hansa.
Nie trzeba było długo czekać na powrót panów, którzy dzielnie dzierżyli w dłoniach duże nożyczki kuchenne. Złowieszcze uśmiechy malowały się na ich twarzach, co było ogromnym kontrastem dla przerażenia, jakie zalało jej wymalowaną buzię. Od razu jej przesłodzony głosik wskoczył na wysokie tony o treści "zabierajcie to ode mnie!" czy "nawet nie próbujcie!" oraz "powaliło was?!", ale w największej mierze słychać było "wiesz ile kosztowała ta sukienka?!". Wszystkim było do śmiechu, nawet psom które poszczekiwały w odpowiedzi na jej wrzaski. Za żadne skarby świata nie chciała dać obciąć tej sukienki, chociaż i tak z tą dziurą się do niczego nie nadawała. Zaszycie szpary na takim materiale nie wiązało się z naprawieniem go - wręcz nawet przeciwnie, pogorszyłoby sprawę.
Operacja sukienkowa przebiegła jednak pomyślnie. Kreacja wyglądała... Cóż, na pewno bliżej było jej teraz do mojego pospolitego wyglądu, niż do boskiego kociaka jakim była jeszcze kilka minut temu. Gdyby dziewczyna się przy tym rzucała, mogłoby być ciężko, jednak ona tylko krzyczała i próbowała bić ich po głowach tymi szponiastymi dłoniami z przesadnie dużą ilością złotej biżuterii - albo może ja po prostu nie rozumiałam obecnej mody.
- I jak ja teraz wyglądam?! Ugh! - warczała wściekle na Jareda. Ten jednak nie ściągał uśmiechu ze swojej twarzy, ale pewnie tylko dlatego, że i Jake się śmiał - w innym wypadku chyba by podkulił ogon. Lucy wyglądała na taką, co trzyma wszystkich w ryzach.
Dziewczyna postanowiła chyba wziąć sprawy we własne ręce, bo zgarnęła nożyczki ze szklanego stolika i w trybie natychmiastowym wręcz poleciała do łazienki.
- Oj przestań kochanie, wyglądasz świetnie! - Jared oczywiście poszedł za nią.
Cała ta kolacja przeradzała się coraz bardziej w jakąś clown fiestę... Ale przynajmniej się nie nudziłam. To było nawet jak taki bardzo dobry film, jakby patrzeć na to ile emocji wywołało u mnie to spotkanie i ile zabawy z tego miałam. Te taniec, fajerwerki i teraz Lucy, wynagrodziły mi wszystko co działo się na początku, WSZYSTKO.
Psy chyba przestały się już bać albo znudziło im się moje tyrtolenie, bo podniosły się i zniknęły gdzieś w głębi mieszkania. Lucy nie podniosła ponownie alarmu, więc można było chyba śmiało założyć, że poszły do siebie. A skoro tym samym moim nogom została zwrócona wolność, podniosłam się do pionu. Co prawda pożegnanie z dywanem było bolesne i pełne łez, ale prędzej czy później i tak zaraz pewnie musiałabym z niego wstać. Dopiero wtedy też zauważyłam, że zostałam w salonie całkiem sama, co oznaczało tylko tyle, że Jake pewnie poszedł oglądać szopkę. Ja natomiast nie miałam zamiaru zbliżać się do kobiety, która mnie nie cierpi, i ma w ręku ostre nożyczki. Nawet w towarzystwie dwóch świadków, "wypadki" się zdarzają, a po tym jak Jake wymienił ją na mnie z własnej inicjatywy... Byłam dla niej skreślona. W końcu jednak słysząc kolejną salwę śmiechu, ruszyłam w stronę śmieszkującego zgromadzenia.
W drzwiach do łazienki stał Jake, opierając się nonszalancko o framugę. W środku zaś przed lustrem paradowała Lucy, a wokół niej leżało mnóstwo skrawków czerwonego materiału sukienki - próbowała nadać jej lepszy kształt niż zwykłe proste cięcie. Jared zaś siedział na wannie i z tak zwanym bananem na ustach obserwował starania swojej kobiety.
- Nic by się nie stało, gdybym została w szpilkach! - warczała, machając ostrzami nożyczek na prawo i lewo. Nie wiedziałam jak oni, ale ja bałam się, że lada chwila wypadną jej z ręki.
- Nic by się nie stało, gdybyś wybrała jakąś skromniejszą sukienkę - stwierdził na głos, jednak szybko pożałował tej decyzji.
- To było mi kupić skromniejszą sukienkę - powiedziała o śmiertelnie poważnym i spokojnym tonie, w porównaniu do tego co dopiero prezentowała. Nożyczki skierowała w kierunku swojego partnera i w wiszącej przez chwilę ciszy, nadal miała go na celowniku.
W końcu jednak wróciła do swojej roboty, jednak tak jak zmyła uśmieszek z twarzy Jareda, tak już nie wrócił. Szkoda mi go było, całą swoją złość wyładowywała na nim i tylko na nim, bo nawet mnie zaczepiała tylko na osobności, a jego cały czas.
- Może powinniśmy się wycofać? - wspięłam się na palce i wyszeptałam Jake'owi do ucha. Chyba usłyszał kiedy przyszłam, bo aż przeszedł go dreszcz.
Nie byłam pewna czy po prostu powinniśmy dalej tutaj stać, skoro dziewczyna postanowiła zabijać każdy promyk śmiechu czy radości wywołany zdarzeniem z jej sukienką. Zwłaszcza, że tak obcinając, i obcinając, i obcinając, coraz wyżej podciągała materiał kiecy, a ewentualna obserwacja bielizny dziewczyny w towarzystwie jej chłopaka chyba nie była dobrym ani grzecznym pomysłem.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz