Zacząłem niebezpiecznie pogrążać się w morzu rozpaczy, obserwując Jareda, który nie odzywał się nawet słowem i im głębiej się w niej zatapiałem, tym bardziej rosło we mnie poczucie że muszę coś z tym zrobić. Oczywistym było, że nie chciał o tym rozmawiać. Pewnie próbował sobie wmówić, znając jego naturę, że wszystko jest w porządku i że nie warto się denerwować. Zabawne, jak w tym momencie moje serce powoli pękało. Uświadomiłem sobie, że jest dla mnie jak brat, którego nigdy nie miałem. Przełknąłem ślinę. Gotowy byłem powiedzieć cokolwiek, chwycić się brzytwy, wyrzucić całą prawdę, nie myśląco tym, jak bezsensowne i głupie to by było. Przed skokiem na tą wodę powstrzymała mnie Spencer.
Drgnąłem lekko, czując jej niespodziewany dotyk i obserwowałem, jak wychodzi z pomieszczenia. Chwilę się wahałem, co zrobić, Jared jednak nie wyglądał, jakby obchodziło go czy ktoś z nim jest w jednym pokoju czy też nie. Łatwo było zauważyć, jak zmaga się z własnym gniewem. Nie podejrzewałem tylko, że skupia go na nieodpowiedniej osobie; na mnie, nie na Lucy.
Przeszedłem przez szklaną fasadę i podszedłem do kanapy, o którą oparła się Spencer. Salon wyglądał przyjemnie kojąco, jakby za moimi plecami nie rozgrywał się żaden dramat. Nabrałem powietrza w płuca, żeby zapytać o co chodzi, ale dziewczyna była szybsza. I jej słowa przyniosły mi niespodziewaną ulgę, bo wydawało mi się, że idealnie odczytała moje zmartwienie. Kiedy patrzyła w punkt za moimi plecami sam odwróciłem się przez ramię, żeby chwilę obserwować Jareda. Nerwowo chodził po jadalni, to siadał, to wstawał.
Kiwnąłem wolno głową, znów patrząc na Spencer. Zamierzałem wszystko, co czuję odsunąć na bok i zająć się tylko sprawą przyjaciela, ale to nie było do końca możliwe. Zwłaszcza, kiedy ona uśmiechała się w ten delikatny sposób. Zamrugałem kilkakrotnie, żeby przepędzić ten obraz sprzed oczu, ale nie chciał zniknąć.
- Właściwie to chcę cię prosić o pomoc - zauważyłem, sam chyba zaskoczony tymi słowami. Nieczęsto się one pojawiały w moich ustach. - Mam pomysł, ale ci się nie spodoba - zacisnąłem usta w wąską linię. Przeczuwałem, że nikomu by się nie spodobał, bo pomysł był wyjątkowo podły, ale miałem nadzieję, że chociaż zadziała i pozbędziemy się tego gówna raz na zawsze.
Mimo niezachęcającego wstępu Spencer wyglądała na zdeterminowaną i gotową, żeby zrobić, o co proszę. Kiedy skinęła głową podszedłem do kanapy i usiadłem na niej, blisko dziewczyny, żeby nie musieć mówić głośno i opowiedziałem jej w skrócie swój pomysł.
Kiedy skończyłem mówić, uparcie wpatrywałem się w sylwetkę Jareda, który coraz więcej pił. Nie chciałem widzieć reakcji Spencer, nie chciałem, żeby patrzyła na mnie z odrazą albo pogardą. Nie zależało mi na tym, żeby usłyszeć pytanie "jak możesz to zrobić swojemu przyjacielowi?". Liczyłem na wyrozumiałość, chociaż raczej nie było na nią tutaj miejsca.
Plan był prosty: zamierzałem sprawić Jaredowi terapię szokową, żeby mógł wreszcie przejrzeć na oczy i zobaczyć, na czym jego dziewczynie naprawdę zależy. Nie sądziłem, że trzeba będzie wiele, żeby uwieść Lucy. Raczej sądziłem, że sama się na mnie rzuci, kiedy wyczuje okazję, nie szukając nawet podstępu w moim zachowaniu. Zadaniem Spencer było przyprowadzenie Jareda i "przypadkowe nakrycie nas" w raczej niewybrednej i jednoznacznej sytuacji. Miałem nadzieję, że to przynajmniej uświadomi mu, co się dookoła dzieje... Nawet jeśli nadzieja jest matką głupców. Wstałem z kanapy, nie mogąc znieść milczenia trwającego dłużej niż kilka sekund i strzepałem niewidoczny kurz z koszuli. Podwinięte rękawy i kołnierzyk, który nie leżał do końca jak powinien nadawały m nonszalancki wygląd.
Jedno pytanie tylko pulsowało mi pod czaską: do czego zdolny będzie posunąć się Jared?
- Liczę na ciebię - powiedziałem, nie oglądając się na szatynkę. - Musisz wyczuć odpowiedni moment, żeby Jared zobaczył, że to nie ja... Że to... - głos uwiązł mi w gardle. Przeklęta słabość! Weź się w garść, Jake! - Żeby zobaczył, że to Lucy.
Minąłem jadalnię i wszedłem do korytarza, który prowadził do łazienki. Wystarczyło polegać na swoich umiejętnościach aktorskich i każda dziewczyna mogłaby uwierzyć, że jestem jej. A jednak chwilę przed naciśnięciem klamki stresowałem się okropnie. Nacisnąłem ją dopiero, kiedy byłem pewien że głos mi się nie załamie w gardle jak wcześniej.
Lucy automatycznie zadarła głowę, włosy zafalowały w powietrzu i przez chwilę widziałem piętno złości na jej twarzy, które ją oszpecało prawie tak jak zbyt silny makijaż. Ale kiedy zorientowała się, że to ja, poczuła ulgę że nie wypowiedziała słów, które zastygły jej na języku i wyprostowała się. Wcześniej była zgarbiona nad sukienką, starając się równo przyciąć jej kraniec. Nie wyglądała na szarganą wyrzutami sumienia, co tylko mnie zdenerwowało. Nie dałem po sobie tego poznać.
- Ach, to ty - rzuciła, starając się przybrać nonszalancką pozę.
- Przyszedłem sprawdzić, jak się ma twoja sukienka - skróciłem dystans między nami o kilka kroków. To sprawiło, że wyprostowała się niczym struna. - Słuchaj, naprawdę mi przykro za te psy. Nie wiedziałem, że nie są zamknięte, powinienem był sprawdzić - przyłożyłem dłoń do skroni i opuściłem spojrzenie na strzępy kreacji leżące u jej stóp niczym puchaty dywan. Czysta gra, podziałała od razu.
- To nie twoja wina - odpowiedziała od razu, pospiesznie, podchodząc o krok.
Teraz między nami nie było już wielkiej odległości. Wyciągnąłem dłoń, żeby odgarnąć kosmyk jej włosów z policzka, na który opadł niesfornie. I wiedziałem już, że jest moja. Wiedziałem, że mam ją w garści, bo uwierzyła mi zupełnie jak każda inna. Tylko nie Spencer, ona była inna. Przed nią przecież nie grałem. Co czuła?
- Przyszedłem przeprosić - powtórzyłem, opuszczając dłoń. Jej spojrzenie zmiękło jak masło w mikrofalówce i czułem, że była gotowa zrobić wszystko na tylko jedno moje skinienie.
- Bardzo miło... Z twojej strony - podniosła dłoń i bez żanady ułożyła ją na mojej klatce piersiowej, przybliżając się do mnie zupełnie.
Teraz! Spencer, teraz, zanim zrobi się za późno, zanim za dużo się zdarzy!, krzyczałem rozpaczliwie w myślach, ale za drzwiami do łazienki było cicho. Nie zdradził jej nawet najmniejszy szmer. Może ciężko jej było oderwać Jareda od stołu? Jeszcze nie panikowałem, ale kiedy blondynka objęła swoją nagą nogą moje udo poczułem się... odrobibę niezręcznie. Była blisko, właściwie przylepiła się do mojego torsu, jakby od dawna pragnęła takiej bliskości. Uśmiechała się zalotnie, nożyczki spadły na podłogę, jakby zupełnie zapomniała już o poszarganej kreacji. Ba, jakbym właśnie wynagrodził zniszczoną sukienkę.
- Jesteś zupełnie inny od facetów, których znałam do tej pory - mruknęła wystarczająco głośno, żebym nie mógł udać, że tego nie usłyszałem. Poczułem gorzkie uczucie. Tak jej się wydawało, bo grałem w kilku filmach, miałem karierę i świetlaną przyszłość. Czym różniłem się niby od innych? - To dlatego każda dziewczyna tak za tobą szaleje. Nikt mi nie uwierzy, że to właśnie mnie wybrałeś spośród wszystkich innych - pisnęła radośnie.
Dlaczego byłem pewny, że to zostanie między nami? Dlaczego nie bałem się, że to zniszczy zaplanowany romans ze Sheilą? Chyba głównie dlatego, że Lucy czeka zaraz ogromne upokorzenie, kiedy okaże się, że to wszystko jest na pokaz, że to gra. Spadnie z wysokiego piedestału, na który się sama wyniosła z ogromnym hukiem i na pewno zostaną jej po tym upadku siniaki. Nikt nie lubi się chwalić swoimi porażkami, wiedziałem o tym dobrze. I byłem pewny, że nawet ktoś tak zepsuty i pusty jak Lucy zrozumie, że nie ma się czym chwalić. No bo co? "Zostałam oszukana przez sławnego aktora"? "Uwierzyłam, że mnie chciał"? Nie, ta mała gierka zostanie na zawsze tajemnicą naszej czwórki. O ile Spencer w ogóle uda się przyjść do tej cholernej łazienki zanim cała szminka z ust blondynki zostanie wtarta w moje ubrania albo wargi.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz