Powinnam była zapewne zająć się szkłem, które bardzo łatwo mogło spowodować zaraz kolejny wypadek, ale nie umiałam ruszyć się z miejsca. Wbijałam spojrzenie w plecy Jareda, którego krzyki roznosiły się po mieszkaniu niczym piasek w majtkach na plaży. Jak się czuł? Chyba nikt nie mógł odpowiedzieć źle - wkurzony do potęgi, zawiedziony, zdradzony, porzucony... Nawet nie widząc jego twarzy doskonale znałam oraz rozpoznawałam te uczucia, i choć nie był dla mnie tak naprawdę nikim, świadomość tego co przeżywał sprawiała mi ból. Chłopak przesiąkał nieszczęściem, jednak była jeszcze jednak osoba, która dzieliła jego uczucia - Jake. Obserwowanie przyjaciela w takim stanie musiało być bolesne, zwłaszcza jeśli do otworzenia jego oczu musiał sprawić, że ten będzie czuł się zdradzony przez najlepszego funfla i dziewczynę.
W całym tym huraganie złości padło coś, co i mnie w jakiś sposób dotknęło. Przez chwilę uciekłam z mieszkania myślami, zastanawiając się o co mogło chodzić. "Nie mam pojęcia, jak ktoś mógłby cię znieść wraz z tą całą otoczką", "Ale nigdy, n i g d y nie znajdziesz nikogo wartościowego, kto będzie cię akceptował z tym wszystkim!". Nie wiedziałam, co przez to miał na myśli. Pracowałam dla niego zaledwie trzy dni i nie znałam wszystkich niuansów jego życia, które było jedną wielką karierą, jednak w jego ustach brzmiało to tak poważnie, że aż przeszedł mnie dreszczyk niepokoju. Bo w końcu jak ciężko może być?
Na ziemię wróciłam, kiedy inny głos wskoczył na głośne tony. Jake również wywalił to, co mu leżało, jednak nie było tego tak wiele jak miał Jared do powiedzenia. Kiedy skończył, przez chwilę zapanowała cisza, którą co raz przerywało tylko postękiwanie Lucy - zadziwiające, że ktoś kto narobił tyle problemów, teraz siedział pod ścianą i łkał, jakby był karany za nic.
W końcu wykonałam ruch. Ostrożnie minęłam większe kawałki szkła, które dostrzegałam bez problemu, modląc się cicho o to by stopami nie znaleźć mniejszych. Kiedy minęłam już przeszkodę, zatrzymałam się przy drzwiach do jednej z sypialni - nie potrzeba było więcej osób w łazience, i tak było ich tam za wiele.
- O Boże! - krzyknęłam, kiedy Jared wymierzył cios. Oprócz mojego głosu, cało się również słyszeć pisk Lucy.
Cios wymierzony przez Jareda musiał być naprawdę porządny, bo aż zaczął machać ręką, jakby próbował strzepać ból. Widziałam jak kostki na rękach mu się zaczerwieniły, jednak nie on mnie obchodził. Martwiłam się raczej stanem poszkodowanego fizycznie, nie emocjonalnie mężczyzny. Zamartwianie jednak niczego by nie zmieniło, a ja nie wiedziałam co robić. Ręce zaczęły mi drżeć ze strachu, a nogi zaczęły robić się wiotkie. W kącikach ust pojawiły się nawet pierwsze łzy - przywiewało to zbyt wiele wspomnień. I mimo lęku, jaki odczuwałam, zawsze i tak ingerowałam. Stąd jako dziecko miałam wiele siniaków, bo mimo iż moja matka nie specjalnie się mną przejmowała, kiedy słyszałam jej krzyk i płacz, kiedy wiedziałam że ktoś podnosił na nią rękę... Nie mogłam udawać, że nic się nie dzieje, chociaż tak naprawdę byłam bezradna... Zupełnie jak teraz.
- Przestań! - Krzyknęłam, łapiąc od tyłu rękę. Nie chciałam widzieć, jak wymierza kolejny cios. Z moją wagą i chudymi rączkami nie byłam w stanie nic zrobić. Dla kogoś z jego masą mięśniową i siłą, byłam pewnie jak obciążenie, z którego nic się nie robił.
Chłopak próbował mnie odepchnąć, ale uczepiłam się go tak, jak Lucy Jake'a. Przeklinał mnie i próbował odczepić, aż w końcu mu się udało. Pchnął mnie, ale na szczęście nie uderzyłam we framugę, a zostałam odepchnięta w głąb korytarza.
- Kolejna udana się znalazła! - warknął, piorunując mnie wzrokiem. Bałam się, że zaraz mu piana z pyska pocieknie jeśli poziom złości nie zacznie opadać. - Myślisz, że nie wiem, co się tu odpierd**a?! - rzucił spojrzeniem na Jake'a, ale było to chwilowe, szybko powrócił do mnie. - Ile razy dałaś mu dupy, żeby dostać tą pracę? No ile?! - Jego wrzaski niosły się po mieszkaniu. - Lucy pewnie miała właśnie rozmowę kwalifikacyjną, bo ta Ci się już znudziła?!
Wtedy zauważyłam, że Jake się podniósł się do pionu i stał w progu łazienki, co i tak wydawało się być szczytem jego wytrzymałości. Gdyby nie opierał się o framugę, pewnie by nie ustał - a przynajmniej tak bym zakładała po tym, jak mocno oberwał i po tej cienkiej stróżce krwi z jego nosa. Widząc to, Jared złapał go za kołnierz. Nim jednak zdążył go pchnąć czy znów uderzyć, nowi gracze wkroczyli do gry. Jeden z dobermanów zaczął warczeć tak, że aż sama się przestraszyłam, a drugi wściekle szczekać. Chłopak również musiał się przestraszyć, bo puścił właściciela psów i zaczął powoli się cofać.
- J**ać was wszystkich! - krzyknął na koniec i zaczął iść w kierunku wyjścia.
W jednej chwili ruszyłam w stronę Jake'a. Dobermany nie opuściły gardy, dalej warcząc na każdego, kto śmiałby się zbliżyć do ich pana. Jednak kiedy chłopak sam ruszył się w moim kierunku, praktycznie wpadając w moje ramiona, psy się uspokoiły.
Wcisnęłam się pod ramię aktora, próbując utrzymać go w pionie. Jedyne co musiałam zrobić, to zaprowadzić go do sypialni i posadzić - najlepiej na fotelu, bo jeśli nie przestanie krwawić, nie może odchylać głowy do tyłu, bo by się nią zachłysnął. Trzeba też było zadbać o to, by ocenić jak bardzo oberwał i schłodzić szczenę, bo na pewno nie obejdzie się bez problemów z wyjaśnianiem, jak główna gwiazda serialu zarobiła siniaka na twarzy i ma problemy z mówieniem.
Z trudem udało się dobrnąć do naszego, albo raczej, mojego celu. Zrzucając ciężar ze swoich barków, poczułam ulgę, choć było to chwilowe. Usadzenie go w jego sypialni na fotelu to dopiero niewielka część sukcesu.
Ten wieczór nawet nie próbował zbliżać się do końca...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz