środa, 12 kwietnia 2017

161 (15-01-2017)

        Ktoś chyba wrzeszczał, ale nie potrafiłem zrozumieć z tego ani słowa. Tylko ta pieprzona Lucy darła się, jakby nagle przestała musieć w ogóle oddychać. Miałem ochotę powiedzieć jej, żeby się zamknęła, ale ciało i głos odmawiały mi posłuszeństwa. Czułem, że usta spierzchły mi nieprzyjemnie. Nie mogłem nimi poruszyć. Ból rozlewał się falami po całej prawej stronie mojej czaszki, nie potrafiłem powiedzieć które miejsce oberwało najmocniej. Miałem poczucie, jakby po mojej głowie właśnie przejechał czołg. A przy tym wszystkim starałem się zachować obojętną minę, żeby za żadną cenę nie dać Jaredowi poczucia satysfakcji z odniesionego właśnie obrażenia.
        Powoli obraz ustabilizował się przed moimi oczami i miałem wrażenie, że wszystko zaczyna wracać do normalności. Ale to była zła wiadomość, bo im więcej bodźców odbierał mój mózg, tym gorzej się czuułem. Zachciało mi się nawet wymiotować. Kiedy rzeczywistość wyostrzyła się w końcu w moich oczach, co trwało wieki, spojrzałem na Lucy. O dziwo, miała zamknięte usta, a krzyk nieustannie wdzierał się do moich uszu. Szybki rekonesans sprawy; musiałem porządnie oberwać w też w ucho i błędnik, bo ustanie na nogach wydawało mi się niemal niewykonalnym zadaniem. Jared coś mówił; nie potrafiłem zrozumieć co. Jego głos docierał do mnie jakbym był pod powierzchnią wody. Przeraźliwy pisk cichnął jednak powoli, a wraz z tym zaczynałem powoli rozumieć, co się dzieje dookoła.
        Co to, psy? Miałem przez chwilę wrażenie, że szczekają, a później poczułem, jak łapią mnie czyjeś ręce. Przyjemnie było się w nie osunąć i oprzeć się na kimś, kto wyprowadził mnie z łazienki. Ostre światło żarówki niezbyt pomagało.
        Sam nie wiem jakim cudem znaleźliśmy się w pokoju, ale rozpoznałem chociaż osobę, która mnie tutaj przyprowadziła. Powoli, bardzo powoli świat nabierał znanych kształtów i kolorów, ale szczęka przypominała o sobie palącym bólem. Uśmiechnięcie się do zatroskanej Spencer było wysiłkiem niemal ponad moje siły, ale chciałem jej pokazać, że nie jest tak źle. Bo nie było, prawda? Podniosłem dłoń do twarzy, czując pod palcami stróżkę krwi. Westchnąłem przeciągle. Prawa część głowy pod dotykiem moich palców wydawała się nie należeć do mnie. Jakbym dotykał styropianu.
        - Nie jest tak źle - mruknąłem, kiedy udało mi się w końcu dobyć głosu. - Mam nadzieję że jego też tak to boli jak i mnie - dodałem ironicznie, opierając się wygodniej w fotelu. Krwią zajmę się kiedyś, później. Nie miałem siły wstawać. - Ech... Gdybym wiedział, że tak się to skończy, to chyba nie próbowałbym swoich sił. Sorry, nie chciałem cię w to mieszać... - zawahałem się na moment, niemal kładąc się na fotelu. Tak było całkiem wygodnie, dopóki nic nie dotykało mojej skóry na twarzy. - Powiedział ci coś niemiłego?
        Prawda, wcześniej w ogóle nie brałem pod uwagę tego, że Spencer też może ucierpieć w tym zamieszaniu. W ogóle nie myślałem o niczym, a już na pewno nie rozsądnie, zaślepiony swoim celem: pokazaniem mu dosadnie, że pakuje się w bardzo głębokie szambo i że lepiej w nim nie nurkować. Świadomość, że coś się stało dziewczynie jednak była niemiła. Strach ścisnął mi żołądek, który uspokoił się dopiero chwilę temu, a teraz znów przypominał o zjedzonym obiedzie. Na szczęście nie wyglądało na to, żeby coś ją bolało. Mimo wszystko patrzyłem na nią uważnie, starając się zignorować natężający się ból głowy.
        Na korytarzu szczekał jeden z psów. Trzasnęły drzwi wejściowe, a z łazienki nadal dobiegał szloch blondynki. Żałowałem, że jeszcze się stąd nie wyniosła. Nie zostało mi do niej ani jedno pozytywne uczucie po tym wszystkim.
        - To nie był mój najlepszy pomysł... Ale skoro ty się teraz będziesz mną opiekować, to wcale nie skończyłem tak źle. Dałem się poturbować nie całkiem na darmo - zaśmiałem się ponuro, a śmiech zamienił się w jęk, kiedy moja szczęka dosadnie przypomniała, że nie lubi obecnie tego typu ruchów.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER