środa, 12 kwietnia 2017

162 (15-01-2017)

     W głowie próbowałam ułożyć jakiś plan działania na tą sytuację, jednak na zbyt wiele rzeczy musiałam wziąć poprawkę. Szkło, leki przeciwbólowe, Lucy, coś zimnego, psy, tamowanie krwi... Im więcej o tym myślałam, tym bardziej spanikowana byłam. Bałam się zostawiać go samego, mimo iż było tyle rzeczy do roboty. Martwiłam się, że jeszcze coś strzeli mu do łba i się podniesie - bardzo szybko skończyłby jako dywan w swojej własnej sypialni.
     Kiedy w końcu się odezwał, miałam ochotę położyć mu dłoń na ustach i kazać się zamknąć. Bałam się jednak zrobić mu krzywdę. No i założyłam, że skoro mimo obrażeń i tak się odzywa to moje upomnienie go nie powstrzyma - i to w sumie było całe zło sytuacji. Nie mogłam nic zrobić, żeby go uciszyć.
     - Nie, mnie nic, gorzej z tobą - skłamałam cichym głosem. Dokładanie do taczki przewinień jego przyjaciela w niczym nie pomoże, a ewentualnie sprawi, że Jake będzie na niego zły za obrażanie mnie i czuł się przez to głupio. Lepiej było zamieść to pod dywan, zwłaszcza że nie było to nic wielkiego. Założył tylko z góry, że dałam dupy dla swojej pracy, co pewnie zakładało jakieś dziewięćdziesiąt procent widzących nas ludzi.
     Nie sądziłam, że kiedykolwiek zobaczę go w takim stanie, nie na poważnie. Jeśli wyglądałby tak z powodu makijażu scenicznego to by mnie to nie ruszyło, w końcu to by była jego praca, grałby. Teraz jednak obrażenia były jak najbardziej poważne. Krew i ten grymas bólu... W odruchu miałam ochotę chociaż delikatnie pogłaskać go po włosach i powiedzieć, że niedługo wszystko będzie okej. Że ból minie, że krew przestanie lecieć i będzie mógł spokojnie położyć się spać... Byłoby to piękne, ale nie zakończyłoby wszystkich problemów. Zostawał jeszcze Jared, ale pomoc w tych tematach była poza moim zasięgiem - to był jego przyjaciel i tylko on mógł naprawić to, co dzisiaj zostało rozbite z hukiem.
     Mimo iż w kącikach oczu nadal miałam łzy, uśmiechnęłam się lekko. Musiał nieźle oberwać, skoro gadał takie głupoty. Szybko jednak dostał nauczkę i chyba odechciało mu się żartów. Nie cieszył mnie jego ból, ale dzięki temu rozsiadł się tak w fotelu, że zwątpiłam w to że sam mógłby się podnieść.
     - Wobec tego siedź tutaj grzecznie, niedługo wrócę - powiedziałam cicho, wycierając łzy z twarzy. Przede mną było teraz sporo pracy, jednak najtrudniejsze miało być chyba wyprowadzenie Lucy z mieszkania.
     Wstałam z podłokietnika fotela, na którym na chwilę przysiadłam. Psy potulnie ułożyły się na jego nogach, co dawało mi poczucie bezpieczeństwa, że nigdzie się nie ruszy. Oraz że nie postanowią iść do części mieszkania, na drodze do której nadal leżało rozbite szkło.
     W pierwszej kolejności musiałam zająć się Jake'iem - szkło uznałam za mniej ważne, najpierw chciałam uśmierzyć jego ból. Potrzebowałam więc chusteczek, wody, leków przeciwbólowych oraz czegoś zimnego żeby przyłożyć mu do szczęki. Wszystko znalazłam bez problemu, oprócz leków. Skoro nie było ich w kuchni, zapewne były w łazience, ale nie chciałam iść tam, gdzie nadal poniewierała się blondynka. Jednak na moje, i jego również, szczęście, zawsze nosiłam leki w portfelu a portfel w kurtce.
     Po tym jak już dwa razy przeszłam po szkle bez odniesienia obrażeń, wolałam się zabezpieczyć. Na nogi nałożyłam swoje obcasy i stukając po drewnianych panelach oraz małych odłamkach szkła, wróciłam do Jake'a.
     - Dwie tabletki Apapu powinny pomóc - powiedziałam, kładąc całe moje zapasy na szafce koło jego fotelu. - Nie od razu, ale... Lepsze coś niż nic.
     Wsunęłam tabletki do ust chłopaka i pomogłam mu je popić. Trochę go przy tym oblałam, ale zdawał się mieć na to grubo wywalone. W przeciwieństwie do mnie - na klacie miał sporą mokrą plamę. Miał już obitą szczękę, nie potrzebował jeszcze przeziębienia.
     Jake już otwierał usta, żeby coś powiedzieć, ale byłam szybsza.
     - Cisza, albo przestanę się tobą zajmować. - Tym razem uciszanie go było jak najbardziej możliwe, ponieważ jeszcze nie zaczął mówić. Jakby buzia mu się otworzyła, ciężej by było. - A teraz trzymaj to na twarzy i przekładaj jak się ogrzeje - poleciłam, kładąc mu paczkę mrożonych truskawek w paczce na szczęce. Zaczekałam chwilę, aż sam położy tam rękę, a potem zabrałam się za moje dwa ostatnie zadania.
     Wylałam trochę wody na chusteczkę i zaczęłam delikatnie wycierać krew spod jego nosa. Nie wyglądało na to, żeby nadal leciała, co było dobrym znakiem. Patrząc jednak na jego obolałą twarz czułam taki dziwny ciężar na sercu. Nie mogłam odjąć mu cierpienia, nawet jeśli chciałam. Na palcach też zauważyłam czerwoną ciecz, więc i nią się szybko zajęłam. Na koniec znów przysiadłam na podłokietniku fotela i zaczęłam rozpinać jego czarną koszulę.
     - Oblałam cię wodą, więc chcę cię wytrzeć - wyjaśniłam. Jeszcze by sobie nie daj Bóg pomyślał, że korzystam z jego słabego stanu, żeby go wykorzystać. - Skoro mam się teraz tobą zajmować, to ten widok będzie moim wynagrodzeniem - zażartowałam, wycierając jego klatę chusteczką. Na szczęście on to podłapał, chociaż znów skończyło się na śmiechach zmieniających się w jęki. - Apap zacznie pewnie działać za jakieś dwadzieścia minut, leż spokojnie, okej? - Nie oczekiwałam żadnej odpowiedzi tak naprawdę, wolałam żeby się nie ruszał ani nie kłapał paszczą.
     Teraz szło najtrudniejsze...

*u* bo nikogo nie obchodzi dokładny opis xd *u*

     Westchnęłam, ledwo powstrzymując się przed osunięciem po drzwiach. W końcu było po wszystkim. Wolałabym chyba zbierać szkło gołymi dłońmi, niż jeszcze raz pozbywać się stąd Lucy. Nie dlatego, że ciężko było ją stąd wyrzucić, bo była łatwa jak zawsze, ale po prostu machała tym swoim jęzorem na prawo i lewo. Zamiast siedzieć cicho po tym, ile zamieszania narobiła, mogłaby chociaż zachować twarz i wyjść w milczeniu, zamiast rzucać oskarżenia na prawo i lewo. Ale było już po wszystkim, szkła nie powinno już nigdzie być, tak jak dziewczyny. W mieszkaniu zostaliśmy tylko my i dobermany.
     - Jake? - zaczęłam cicho, podchodząc do fotela. Musiał przysnąć, bo paczka mrożonych owoców leżała na jego spodniach, a oczy miał przymrużone. Jednak pod wpływem mojego głosu, przebudził się, bo zaczął mrugać jak szalony i lekko się przeciągać. - Trzeba Cię przełożyć do łóżka - powiedziałam, pochylając się lekko nad nim.
     Kiedy w końcu podniósł się z fotela, znów wsunęłam się pod jego ramię i pomogłam mu przejść te kilka kroków do łóżka. Mimo iż leki powinny już od dawna działać, wyglądał tak jakby każdy ruch go bolał. Z nerwów zaczęłam przygryzać wargę - czułam się bezradna. Zrobiłam wszystko co mogłam, a jednak dopiero nowy dzień mógł nam pokazać, czy będzie lepiej.
     Już miałam go przykrywać ciekną kołdrą, która leżała na łóżku, kiedy kolejna mokra plama zwróciła moją uwagę - tym razem na spodniach. Wiedziałam, że to od paczki owoców, którą upuścił, jednak nie powinien spać w mokrych ubraniach, które nie służą do spania.
     - Tylko nie wyobrażaj sobie niewiadomoczego - powiedziałam lekko zmieszana, z nadzieją że nie zauważy iż na samą myśl oblałam się czerwonym rumieńcem. On na pewno nie był w stanie się sam rozebrać, a skoro miałam się nim zajmować, to i to powinnam zrobić, prawda?
     Do końca rozpięłam jego koszulę i szybko ją z niego zdjęłam, łatwizna. Problemem za to były spodnie. Przy pasku jeszcze obyło się bez zbędnych problemów, jednak to nie był koniec. Rozpięcie guzika i rozporka wiązało się ze zbyt dużą bliskością.
     - Dasz radę sam? - spytałam cicho.
     Siedziałam na brzegu łóżka, mając koło siebie pół-nagie bóstwo kobiet w rozległym wachlarzu wieku. Kuszące widoki, jednak po dzisiejszym wieczorze miałam po prostu ochotę, żeby ktoś mnie przytulił, a prędzej mogłam oczekiwać tego od niego niż od matki w domu. Głupio może to brzmiało, ale tego naprawdę właśnie chciałam, mimo iż lada chwila miał być prawie nagi - chciałam móc się przytulić. Żeby ktoś pogłaskał mnie po głowie i powiedział, że już po wszystkim.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER