- Nie, nie, NIE. Nie tak. Wyprostuj się, nie napinaj tych mięśni - poczułem jak kościsty palec wbija się w przypadkowy, z pozoru jedynie, mięsień w moich plecach - kiedy ich nie potrzebujesz. Jeszcze raz, ćwiczymy to samo już któryś dzień z kolei, w końcu powinno ci się udać.
Nie musisz mi tego mówić, pomyślałem, cudem opanowania jedynie nie wypowiadając tych słów na głos. W jego głosie słyszałem gorzką nutę niecierpliwości. Z drugiej strony miałem ochotę zapytać, z jakiej racji to ja jestem tutaj winny, ale wtedy ugryzłem się w język ponownie. Wiedziałem, jaka byłaby odpowiedż. "Nie starasz się wystarczająco".
To było gówno prawdą, ale zmieliłem wszystkie swoje wątpliwości. Starałem się jak mogłem, po prostu nigdy nie szło mi wystarczająco dobrze. Rozluźniłem mięsień, w który przed chwilą został brutalnie wciśnięty palec i uniosłem lekko bark. Wyprostowałem się zgodnie z instrukcją. Ćwiczyłem to godzinami, a dalej szło tak samo źle. Słaba część mnie miała ochotę walnąć tym i odejść, ale jestem profesjonalistą. Nie pokonają mnie tak drobne przeszkody. Podniosłem łuk. Przyłożyłem cięciwę do policzka. Wypuściłem strzałę.
- Pudło - usłyszałem ten sam ton głosu zza moich pleców.
Ukłucie irytacji rosło, ale nie mogłem dać powolić się stłamsić. Wiedziałem, że robi to specjalnie, żeby pokazać mi że jestem "tylko aktorem" i nigdy mi nie wyjdzie dobry strzał. Nie zamierzałem udzielić staremu takiej satysfakcji. Obróciłem się na pięcie z przylepionym do ust uśmiechem.
Miałem na sobie kostium, który był prawie ostateczną wersją tego, co będzie oficjalnym outfitem mojej postaci. Chociaż był uszyty z miękkiej pianki, to posiadał stalowe elementy i był ciężki. Cięższy niż zwykłe ubranie, w którym strzały szybciej trafiały do celu.
- Mam codziennie inny środek ciężkości przez zmiany strojów. Potrzebuję trochę więcej... Ćwiczeń - dodałem z przekąsem, unosząc brwi. Siwiejącemu na skroniach mężczyźnie chyba nie spodobała się ta odpowiedź.
- Jeszcze raz - rozkazał sucho i dłonią wskazał, żebym się obrócił przodem do tarczy.
Wyprostować się. Łuk do góry. Cięciwa do policzka.
W momencie, kiedy wypuszczałem salę ktoś z impetem otworzył drzwi, zatrzymały się z hukiem dopiero na ścianie. Zerknąłem w tamtym kierunku, a strzała wbiła się w podłogę o kilka kroków przed tarczą. Do pomieszczenia treningowego weszła pewnym krokiem Sheila. Szpilki miała chyba dwudziestocentymetrowe. Minęła nauczyciela łucznictwa, który jej nie lubił jeszcze bardziej niż mnie i pomachała mi telefonem przed nosem. Na wyświetlaczu podświetlało się "S" i jedno nieodebrane połączenie.
- Dzwonił chyba twój menadżer od siedmiu boleści - rzuciła wrednie, uśmiechając się krzywo. Ten uśmiech w ogóle nie pasował do jej uroczego kształtu twarzy. Wyciągnąłem telefon z jej ręki, nie mając ochoty na dyskusje w tym samym temacie co zwykle i wybrałem numer do Spencer. - Ale nie przyszłam tu robić ci za kuriera. Skup się i posłuchaj: mam tera przerwę, ale zaraz wracam kręcić to ostatnie ujęcie, które było zaplanowane na dzisiaj, a później nie marnuj czasu, jak cię proszę, bo chyba pamiętasz że...
Sheila nadal coś mówiła, przez co nie zauważyłem, że ktoś podniósł słuchawkę. A blondynki też przestałem już słuchać. Dopiero po kolejnych słowach Spencer zorientowałem się, że to już ten czas kiedy się mówi.
- Nie odbierałaś wcześniej. Nie możemy się coś zdzwonić... W każdym razie, zaraz kończę pracę na dzisiaj. - Zatrzymałem się, niepewny czy Sheila naprawdę będzie stak stać i przysłuchiwać się naszej rozmowie ale niewyglądała jakby się gdzieś wybierała. - No i... Dzisiaj jest Halloween. - Odłożyłem łuk na swoje miejsce na stojaku i odszedłem kilka kroków. Nie byłem pewny, jak ugryźć ten temat, więc zaśmiałem się nierwowo. - Wyślę ci później adres. Jeśli, umm... Nie masz planów albo jakiegoś spotkania z chłopakiem - to miał być żart, ale uśmiech wcale mi się nie pojawił na ustach. Zrozumiałem, że zrobiło się trochę niezręcznie. Sheila prychnęła jak niezadowolona kotka i kilkakrotnie stuknęła obcasem o drewnianą posadzkę, jakbym tą rozmową marnował jej czas. - W każdym razie, nieważne. To wszystko, do zobaczenia - uciąłem i rozłączyłem się.
Nie pamiętałem, o czym mówiła blondynka, a to chyba było coś ważnego. Co my mieliśmy... A, stroje na dzisiejszą imprezę! Faktycznie, mieliśmy pojechać po nie razem, bo na przyjęciu mamy pojawić się wspólne i Sheila uparła się, że chce mieć kontrolę nad moim wyborem. Jak prawdziwa dziewczyna...
- Skoro pogaduszki skończone, to do widzenia panno Richie. Panie Underwood, nie wyjdzie pan dopóki nie uda się panu chociaż jeden strzał - stary mężczyzna uniósł swoje brwi wysoko na czoło. Miałem ochotę powiedzieć, żeby tego nie robił, bo gotowe są odlecieć, ale się powstrzymałem.
Wyśmienicie. W tym tempie spędzę tutaj całą noc.
Kiedy wychodziliśmy z salonu, w którym wybieraliśmy kostiumy z Sheilą na zewnątrz było już zupełnie ciemno. Przystanęliśmy na chodniku. Dziewczyna szczelniej otuliła się swoim płaszczem i futrzanym szalem, który miała zarzucony na ramiona. Zrywały się coraz chłodniejsze podmuchy wiatru, które nie traktowały Nowego Jorku wcale polubownie. W dłoni ściskałem torbę ze swoim strojem, a drugą miałem wciśniętą do kieszeni. Przez chwilę żadne z nas nie wiedziało co zrobić, ale chyba oboje stwierdziliśmy, że nie jesteśmy obserwowani, bo odsunęliśmy się oboje w kierunku swoich limuzyn.
- Aha, Jake - Sheila odwróciła się w moją stronę. Jak dla mnie to, że nie zabiła się jeszcze w tych butach należało do cudów świata. Zatrzymałem się i uniosłem lekko brwi. - Nie spóźnij się dzisiaj. Odbierzesz mnie z mojej willi... Prawda?
- Tak. Nie spóźnię się - zapewniłem, po czym oboje udaliśmy się do swoich samochodów.
Kiedy wszedłem do mieszkania miałem zaledwie pół godziny, żeby się przygotować. Powitanie z psami było szybkie. Mieszkanie było puste, niesamowicie niemiła odmiana po wydarzeniach zeszłego tygodnia. Wydawało mi się, że brakuje czegoś w każdym rogu, jakbym oczekiwał, że nagle zobaczę Spencer wychodzącą z łazienki albo krzątającą się po kuchni.
Po dzisiejszym treningu prysznic dobrze mi zrobił. Wyszuszyłem pobieżnie włosy i bez zbytniego cackania się przebrałem się w kostium. Był wyjątkowo wygodny, a przede wszystkim elegancki. Sheila miała mimo wszystko niezłe oko do mody i krojów, bo trzeba było jej przyznać, że popisała się tym wyborem. Być może to jej jedyna zaleta pośród wszystkich tych wad, które w niej dostrzegam.
Moje ubranie składało się z wiktoriańskiej kamizelki, pod którą ubrałem czarną koszulę ze srebrnymi szyciami i zdobieniami na końcach rękawów. Koszula miała na ramionach doczepiane grube pęki czarnych piór, które efektownie falowały przy każdym ruchu, a w dodatku uwydatniały umięśnioną sylwetkę. Sheila dopasowała do tego stylowe, czarne, proste spodnie i frak, który zakładałem na to wszystko. Zakładanie maski zostawiłem sobie na później. Wyszedłem z mieszkania, już w samej drodze do limuzyny budząc niecodzienne zainteresowanie. Cóż, przynajmniej mogłem chyba spokojnie uznać, że wyglądam zjawiskowo. Uśmiechnąłem się sam do siebie i kazałem Stevenowi jechać.
Miałem tylko nadzieję, że Spencer się pojawi.
Sheila czekała punktualnie o umówionej godzinie. Jej strój (tylko w kolorystyce czerwono-czarnej, sam biustonosz został złoty) nie zrobił już na mnie wielkiego wrażenia, bo widziałem go wcześniej. Ona też miała maskę pasującą stylem do mojej. I wcale te wszystkie ubrania nie należały do tanich. Trzeba było jej przyznać, że prezentowała się bosko, ale mimo tego nie przyciągała mojego spojrzenia.
- Jedźmy - zarządziła chłodno.
Willa, w której odbywało się przyjęcie była ogromna, a na czas imprezy podświetlono ją milionami świateł. Na bramie wejściowej umieszczono dynie i inne ozdoby okazjonalne. Wszystko prezentowało się na najwyższym poziomie, poczułem nawet coś na kształt ekscytacji. Dawno nie przejęła mnie żadna impreza, a teraz jednak nie mogłem się doczekać, kiedy w końcu będziemy na miejscu. Może dlatego, że miałem niezłomnąnadzieję, że Spencer tam będzie. Chociaż starałem się sam temu zaprzeczyć.
Limuzyna zatrzymała się pod wejściem do budynku. Wysiadłem pierwszy i oślepiły mnie błyski fleszy. Oczywiście, oficjalne przyjęcie równało się z nieskończoną ilością fotoreporterów. Otworzyłem drzwi Sheili, a kiedy złapała moje ramię udaliśmy się razem do wnętrza budynku. Oboje uśmiechaliśmy się uroczo, jakby samo to, że jesteśmy w swoim towarzystwie było najlepszą rzeczą na świecie. Oboje graliśmy swoje role tak przekonująco, że mało kto pozostałby sceptyczny.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz