Skoro mowa o rozmowach, nadal nie miałam tego za sobą. Nie było na to czasu albo ciągle kręciła się przy nim jego "dziewczyna". Z resztą, i tak nie był to temat na rozmowę przez komórkę, a twarzą w twarz. Liczyłam, że zrobimy to w niedzielę, kiedy znów się zobaczymy, ale podejrzewałam, że nie wytrzymam i już na imprezie zacznę temat... O ile w ogóle się pojawię.
Takie spotkanie wymagało stroju, albo chociaż garderoby która pomagała tak owe cacko stworzyć. Chyba, że chciałam przebrać się za biedaka lub zwykłego człowieka, nikt nie wpadłby na coś tak "szalonego". Jednak wolałam być "pospolita" i nie wyróżniać się na tle barwnych piór, odkrytych ciał i masy brokatu.
*u*
W pracowni Hansa praca szła wre! Koło każdej szwaczki stały dwa metalowe stojaki - na jednym z nich były ubrania pospinane szpilkami, w końcowym stadium poprawek, a na drugim gotowe już kreacje. Sekretarki zaś zajmowały się chowaniem skończonych prac do specjalnych pokrowców i oznaczanie ich tak, aby łatwo oddać je właścicielom. Nawet nie zwróciły uwagi na to, że jak gdyby nigdy nic przeszłam po pracowni i weszłam do gabinetu szefa szefów tego koncernu.
Mężczyzna nie obdarował mnie nawet jednym spojrzeniem. Zajmował się jakimiś zwierzęcymi kreacjami, których projekty bądź gotowe modele rozstawione były po całym gabinecie. Jak zwykle byłam zachwycona jego pracą. Zebry, koty, pantery i inne - każda kobieta która zamówiła u niego strój, miała zapewnionego partnera na dzisiejszą noc, bez dwóch zdań!
- Halo? - zaczęłam nieśmiało, zbliżając się do niego. Miał właśnie w ręku nożyczki, więc krzyki i wszelkie próby zaskoczenia go, mogłyby skończyć się dla mnie dosyć tragicznie. - - Halo Hans?
- Czy tak ciężko zrozumieć, że "nie wchodzić" znaczy "nie wchodzić"?! - Z ostatnim słowem podniósł wzrok znad swojej pracy. Zdecydowanie był zdziwiony moim widokiem, jednak minęło to szybko. - Ciebie też to dotyczy - dodał już spokojniej, wracając do krojenia czarnego materiału.
- Ale...
- Nie będziesz więcej korzystać z tej karty przetargowej! - warknął, odrzucając nożyczki na bok. Nie sądziłam, że mimo niechęci do mnie, tak szybko wyprowadzę go z równowagi... - Mam pracę do zrobienia, więc jeśli jakimś cudem, kto znowu do k**wy nędzy?! - Przerwał w tracie, żeby wydrzeć się na dzwoniący telefon.
Jak gdyby nigdy nic, usiadłam na wolnym fotelu czekając, aż skończy. BARDZO potrzebowałam jakiegoś kostiumu. W sklepach mogłam tylko znaleźć albo takie jak na maskaradę dla dzieci, albo sex-kostiumy o cenach z kosmosu. Reszta była wyprzedana i tylko własna szafa albo ludzie tacy jak Hans, "ratowali dzień".
Mężczyzna nagle zamilkł. Pocierał tylko skronie i nerwowo chodził po pokoju, nawet nie odważył się wciąć w słowo swojemu rozmówcy, więc rozmawiał albo z narzeczonym albo z jakąś grubą szychą, dla której robił zamówienia. Cokolwiek to było, była szansa że go to uspokoi, na co liczyłam, albo bardziej wkurzy.
- Spokojnie, mam już zastępstwo - powiedział poddenerwowanym głosem, zawieszając na mnie wzrok. Po kontekście i tonie, wiedziałam już że to szef. Nie podobało mi się jednak to spojrzenie.
Hans rzucił telefon na drugi koniec biurka i pochylił się w moim kierunku.
- Wiem po co tu przyszłaś, ale nie ma nic za darmo - zaczął. Nerwowy ton wrócił, a ręce zaczęły się trząść w poszukiwaniu nożyc krawieckich. - Szycha urządzająca dzisiaj przyjęcie zażyczyła sobie zwierzęce stroje dla kelnerek. Jedna zachorowała, a że ja zarządzam ewentualnymi zmianami panienek z cateringu, zastąpisz ją - w zamian dostaniesz strój. - Po jego tonie wnioskowałam, że nie ma co dyskutować, a jednak i tak zamierzałam spróbować.
- Ale...
- Nie ma żadnego "ale". - Jeśli chciałam strój, moja walka tutaj się kończyła. Jednak jeśli miałabym strój, nie mogłabym być na przyjęciu, więc co mi z niego? - Tutaj masz adres, zaczyna się o dziesiątej ale powinnaś się stawić co najmniej pół godziny wcześniej - powiedział, podsuwając mi kawałek papieru. Oczom nie mogłam uwierzyć w to, jak wielki przypadek-szczęście mnie spotykało po raz kolejny. - W między czasie leć mi jeszcze po materiały, bo halka mi się kończy...
*u*
Stałam przed wielkimi lustrami, obserwując swoją przedwczesną zapłatę. Mimo niewielkiego wzrostu, w tej kreacji moje nogi wydawały się długie i smukłe. Piersi wielkości dłoni zdawały się być rozmiar większe, a ramiona takie drobne. A mimo wszystko była w tym nutka... Nie, chochla sexapilu. Gdyby nie to, że już wiedziałam jakiego rodzaju była to impreza, na pewno bym pomyślała iż jest to party starych oblechów, którzy chcą pooglądać młode kobiety w skąpych ciuszkach.
- Jeszcze maska - powiedział Hans, podając mi czarny kawałek materiału na tekturze. Nie specjalnie mi się podobał, ale był częścią stroju oraz pracy. - Jeśli chcesz coś poprawić to za późno, musisz zdążyć na imprezę, w najlepszym wypadku i tak będziesz równo o czasie albo chwilę przed.
W pracowni od kilkunastu minut było coraz ciszej, aż zostaliśmy w niej sami. Ktoś już dawno był odebrać stroje dla kelnerek, więc Hans miał to już z głowy. Mój kostium trzeba było jednak szyć od podstaw, ponieważ moja poprzedniczka była sporo szersza.
- No już, uciekaj! - pośpieszył mnie, ubierając marynarkę. - Tak, zaskakujące, ale też mam plany na wieczór...
*u*
Kiedy zbliżyłam się do bocznego wejścia willi, przygotowanego specjalnie dla pracowników. Od frontu właśnie otwarto drzwi i tabuny gości zaczęły wlewać się do środka. Stroje od cudownych po cudaczne mieszały się między sobą, tworząc niesamowite kombinacje, za którymi ludzkie oko nie nadążało. Nie zabrakło również paparazzi, którzy oblegali to wydarzenie, chociaż bez możliwości wstępu do środka.
Na zapleczu panował chaos. Koordynatorka przedsięwzięcia pośpieszała krzykami każdego, kto się zbliżył, oraz wpychała mu tacę w rękę i odsyłała do kuchni.
- Hej ty! - krzyknęła, gdy przystanęłam na chwilę. - Przebieraj się i do roboty! Goście przyszli i nie ma czasu na opierdzielanie! - Jej wrzaski przeraziły mnie do tego stopnia, że szybko pobiegłam zrzucić swoją kurtkę. Pod spodem już miałam swoje "robocze" wdzianko, więc po chwili w rękach miałam tacę a na twarzy maskę. - Nie bierz więcej niż jesteś w stanie unieść, nie chcemy wypadków ze szkłem...
Z sześcioma kieliszkami na metalowej tacy ruszyłam wśród tłumy gości. Mogłabym wziąć więcej, ale przy takiej liczbie gości nie byłabym w stanie zagwarantować utrzymania ich na ręku.
Sala "balowa" była przeogromna. Białe ściany były pełne ozdób w klimacie Halloweenowym - duchy, dynie, czarne koty i inne pierdoły. Wielkie okna zajmujące jedną ze ścian prawie w całości, rzucała widok na ogród z altanką oraz labirynt z żywopłotu. Niebo jak na razie było spokojnie, ale już nie mogłam się doczekać tańców niebiańskich płomieni.
- Szampan! - krzyczałam zupełnie jak inne pracownice, wchodząc coraz głębiej w tłum. Większość gości miała już trunek, jednak jeszcze cztery kieliszki stały na mojej tacy.
Muzyka zapewne nie grała tylko dlatego, że gospodarz chciał rozpocząć imprezę jakimś krótki powitaniem czy coś... To by też wyjaśniało, dlaczego wszyscy wlepiali wzrok w jeden z dwóch szczytów schodów.
- Szampan! - Mój głos mógłby zaszkodzić kilku uszom gdyby nie to, że rozmowy takiej ilości ludzi były prawie tak głośne jak helikopter. - Szampan!
Moim priorytetem były napoje, jednak równie mocno próbowałam wypatrzeć gdzieś w tłumie Jake'a, albo chociaż Sheilę. Znalezienie jedno, gwarantowało znalezienie drugiego, co mogło być zarówno szczęściem jak i zawodem, zależy kogo najpierw bym znalazła. Maski co prawda skutecznie utrudniały mi zadanie, ale... Nie sądziłam też że będę pracować tego wieczoru, ani że będę miała zwierzęcy sexowny strój, a gdzie jestem i co noszę? No właśnie!

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz