Z każdej strony atakowały nas flesze, powitania, okrzyki radości. Każdy chciał uścisnąć dłoń, pogratulować, zapytać o coś, jak zwykle nawet na takiej uroczystości okazywało się, że jesteśmy w pracy. A może zwłaszcza na takim przyjęciu musieliśmy się pilnować bardziej niż gdziekolwiek indziej. Kiedy weszliśmy do budynku, od razu przed nami pojawił się grubszy jegomość z godnym pozazdroszczenia wąsem, a pewnością pozostałością po tytule szlacheckim. Brzuch i willę też miał iście szlaceckie, był to baron Heattway, właściciel tej rezydencji i organizator i gospodarz dzisiejszej uroczystości. Wszystkie inne pytania umilkły, kiedy zastąpił nam drogę z uroczystym uśmiechem.
- To zaszczyt powitać dziś u mnie w domu zakochaną parę waszego pokroju - zaśmiał się, a jego brzuch zatrząsł się razem z głosem. Puścił nam oczko, nachylając się nad Sheilą. Ta miała na ustach szeroki uśmiech. - Ale, ale! Chodźcie, to ma być przyjemność, proszę za mną!
Wszyscy wiedzieli, że baron lubił ludzi wpływowych i przede wszystkim sam się do nich zaliczał. Zawsze pojawiał się na ważnych państwowych uroczystościach w najgłębszych honorach, więc nie okazywanie mu szacunku było głupotą. Mężczyzna, który już dawno przekroczył wiek średni odrwócił się w hałasie pstrykanych zdjęć i spierował nas do środka. Chcieliśmy iść za nim, ale wtedy zobaczyłem, ze ktoś łapie Sheilę za ramię.
Blondynka odwróciła się wyraźnie zdezorientowana młodym papparazzim, który chyba nie do końca wiedział jeszcze, jak ten świat działa i chciał zadać jej kilka pytań. Położyłem dłoń na jego ramieniu. Jego uścisk ustąpił pod wpływem zmieszania.
- Pan wybaczy, ale teraz już nie jesteśmy słynnym aktorami - powiedziałem, zakładając swoją maskę i uśmiechając się spod niej tajemniczo. - Przyszliśmy się bawić, panu polecamy to samo. Chodź, skarbie - objąłem Sheilę ramieniem, na co jak na zawołanie się rozpromieniła. Ubrała swoją maskę i podążyliśmy śladami gospodarza domu, zostawiając tłum za sobą.
Wewnątrz było spokojniej. Do środka mieli wstęp jedynie wybrani fotografowie i przede wszystkim; żadnych wywiadów. To była niesamowita ulga. Pomieszczenie, które minęliśmy wchodząc w boczny korytarz musiało być bez wątpienia główną salą balową. Była wysoka na co najmniej dwie kondygnacje, a przeciwległą ścianę przeszywały wysokie na co najmniej sześć metrów gotyckie okna wypełnione witrażami. Witraże były, z tego co zdążyłem zauważyć, niesamowicie szczegółowe i przedstawiały najróżniejsze sceny. Bez wątpienia pochodziły z rąk mistrza w swojej sztuce i na pewno były tak stare jak cała zabytkowa willa. Nad glówną salą ciągnęły się balkony, ściany były zdobione bogato nie tylko połyskującymi złotem reźbieniami, ale i obrazami oprawionymi w grube ramy.
Baron, ciągle i nieustannie mówiąc, prowadził nas bocznym krużgankiem. Przez prześwity w oknach dostrzegłem, że sala jest pełna ludzi wystrojonych w najznakomitsze stroje. Z rozmyślania i obserwacji wyrwał mnie głos Sheili, słodziutki jak miód.
- Baronie Heattway - zaśmiała się perliście, przerywając tym potok jego słów. - Gdzie nas baron prowadzi, jeśli nie do sali pełnej gości? - zaćwierkała radośnie, mocniej zaciskając dłoń na moim ramieniu. To zmusiło mnie do przestania rozmyślania na temat, gdzie teraz podziewa się Spencer.
- Najdroższy kwiateczku, dla specjalnych gości zarezerwowane jest specjalne wejście - odparł zagadkowo, puszczając jej przy tym po raz kolejny perskie oczko.
Chwilę później znaleźliśmy się o kondygnację wyżej i ani się spostrzegliśmy, jak staliśmy u stóp wielkich, podwójnie zakręconych schodów prowadzących do sali balowej. Balkon w tym miejscu był podpierany przez bogato dekorowane rzeźby. Zorientowałem się, że pod stopami, piętro niżej stoi cała sala ludzi i wszyscy gapią się na naszą trójkę. Więc to miał na myśli, mówiąz o specjalnym wejściu. Powinienem się domyślić Baron uwielbiał takie zagrywki. Przybrałem uśmiech, przyciągając Sheilę bliżej. Teatr się zaczynał.
- Moi drodzy goście! - zagrzmiał gospodarz. Zamieszanie na chwilę ucichło, wszyscy byli zainteresowani. U sufitu wisiało co najmnije dziewięć żyrandoli o średnicy co najmniej metra, wszystkie wykonane z drobnych diamentów. Bogactwo i przepych płynęły z każdej ściany, z każdego kąta. - Przybyliśmy dzisiaj świętować, śpiewać, bawić się, napełniać brzuchy i ucztować! Dziękuję wszystkim za zaszczyt, za pojawienie się dzisiaj tutaj, bez was nic z tego nie miałoby znaczenia, nawet ta świetna willa - po sali przeszedł pomruk tłumionego śmiechu. Baron też się zaśmiał. - Chcę przedstawić wam dzisiejszych gości specjalnych, naszą ulubioną parę ostatnich tygodni i wydarzeń! Ale sami musicie zorientować się, o kim mowa. Tylko nie ściągajcie im masek siłą -tłum tym razem nie krył wesołości wywołanej przemową. Wszystkim dopisywały humory.
Starałem się znaleźć Spencer, ale w takim tłumie i z tej wysokości na razie nie było to możliwe. Baron krzyknął jeszcze kilka słów zachęty do zabawy i tańca, po czym skłonił się w deszczu oklasków.
- Nasza pora - syknęła Sheila tak, żeby nikt inny tego nie dostrzegł.
Skierowaliśmy się do jednego z dwóch biegów schodów i ostrożnie, ale nie za wolno skierowaliśmy się na dół, od razu budząc zainteresowanie gości. W takim tępie nie będę miał okazji znaleźć Spencer przed kolejne godziny... Ale poniekąd spodziewałem się, że tak będzie. Pozostawało być cierpliwym.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz