Wszystkie szmery, szepty i krzyki ucichły, gdy na szczycie schodów pojawił się gospodarz, na którego tak czekali. Pulchny mężczyzna o przesiwiałych włosach oraz eleganckim garniturze, pojawił się w niespodziewanym towarzystwie dwóch innych gości - i to oni przykuli całą uwagę, zwłaszcza moją. Zamaskowany mężczyzna szybko przestał być obiektem moich zainteresowań. Był okutany od góry do dołu, a z tej odległości niewiele mogłam powiedzieć. Jednak kiedy spojrzałam na jego partnerkę, zapamiętanie ubioru jej mężczyzny stało się dla mnie priorytetem, z naciskiem na maskę. Te blond kudły... Nawet z takiej odległości widok jej słodziutkiego uśmieszku wbił mnie w przekonanie, że znalazłam ludzi, których szukałam. No, teoretycznie przynajmniej - zaraz mieli zejść ze schodów i zniknąć w tłumie gości, więc ten raz... Ten jeden jedyny raz mój mózg musiał dać z siebie 101% i zapamiętać kostium Jake'a. Nie było mowy o pomyłce - gospodarz bardzo wyraźnie potwierdził, iż jest to "naszą ulubioną parę ostatnich tygodni".
Czarna koszula, czarna kamizelka z czerwonymi zdobieniami, czarna uskrzydlona maska. Czarna koszula, czarna kamizelka z czerwonymi zdobieniami, czarna uskrzydlona maska. Czarna koszula, czarna kamizelka z czerwonymi zdobieniami, czarna uskrzydlona maska... I tak w kółko powtarzałam sobie w głowie, byle tylko nie zapomnieć jak wyglądał.
Kiedy śmiech i raban podniosły się na sali, z przerażeniem na dosłownie sekundę zmieniłam obiekt swoich zainteresowań. Nikt z gości zdawał sobie nic nie robić z faktu, że nad nami wisiały OGROMNE KRYSZTAŁOWE ŻYRANDOLE! Na samą myśl o tym, że za chwilę mogło tu być cztery razy głośniej, a coś tak lekkiego jak te kawałki szkła czy cholera wie czego, wprawione w wibracje mogły pęknąć! Chyba że bogacze mieli jakąś edycję niezniszczalną, przepraszam bardzo że się na tym nie znam!
Po fali braw, jaka spłynęła na "świętą trójcę", w końcu zaczęli schodzić ze swojego piedestału. Bez większego namysłu zaczęłam poruszać się w ich kierunku, w nadziei że nikt nie zachce żadnego z już tylko czterech drinków, jakie zostały na mojej tacy. Mimo dużych tłumów, bez problemu poruszałam się między fikuśnymi przebierańcami. Byli już w połowie schodów, kiedy mi brakowało mi już tylko kilku kroków by czekać na nich z napojami na dole...
- No cudownie! - Jak z podziemi wyrósł przede mną jeden z gości.
Szybki rzut oka, przy tak niewielkiej masce, wystarczył bym go zidentyfikowała. Był to nikt inny, jak Andrew, którego stój wcale nie należał do najoryginalnejszych - wydawało mi się że mijałam już trzy inne Upiory z Opery, but that's none of my business. Albo może po prostu nie specjalnie chciał bawić się w przebieranki, bo w końcu ten strój wiele nie wymagał. Biała koszula, czarna kamizelka i spodnie, pelerynka i maska na pół twarzy, nic trudnego.
Aktor zgarnął z mojej tacy trzy kieliszki z szampanem, na co miałam ochotę mu nie pozwolić, ale nie mogłam. Przede wszystkim byłam w pracy, a moim obecnym zadaniem było roznieść napoje.
- A teraz leć i przynieś nam więcej! - Gdy już rozdał kieliszki dwójce znajomych, samemu zostając z jednym, klepnął mnie w tyłek i wybuchł śmiechem. Teraz to już mnie wkurzył, więc lepiej dla niego żeby się pilnował, bo mogę się niechcący potknąć... Westchnęłam jednak tylko i już ruszałam w drogę powrotną do kuchni, kiedy zauważyłam inną kelnerkę używającą jedne z kilku drzwi, które częściowo wtapiały się w tło ściany. Zatrzymałam się, żeby przyjrzeć się temu - kolejna przez nie weszła i jeszcze inna wyszła z kieliszkami. Specjalne przejścia dla obsługi, bardzo dobrze!
Kiedy dotarłam do drzwi, rzuciłam ostatnie spojrzenie na "trzech muszkieterów", którzy właśnie pokonali schody... W końcu. Przez tłum ludzi, w jakiejś szparze między ramieniem, kilkoma głowami a fikuśną maską, dostrzegłam "naszą parę tygodnia". Teraz byłam znacznie bliżej i... Nie wiedziałam czy to świadomość, że to on, czy może go po prostu poznawałam, ale na jego widok uśmiechnęłam się lekko.
Korytarz prowadzący do kuchni, na moje szczęście, był naprawdę szeroki. Gdyby był o połowę mniejszy, chyba nie dałabym rady z niego korzystać. Klaustrofobia robiłaby swoje przy tak niewielkim pomieszczeniu, zwłaszcza jeśli przepychałoby się przez niego kilka osób. Szare kolory, w jakich prezentowały się ściany, również nie pomagały, ale wolałam brzydki kolor niż mniej miejsca.
- Nie ma obijania się, moje panie! - Już z daleka bardzo wyraźnie słyszałam głos koordynatorki. - Na przemian - raz drinki raz przekąski! I nie zapominajcie zbierać pustych kieliszków! No ruchy, ruchy, goście czekają! - Ta kobieta miała chyba gardło z azbestu.
Wszystkie kelnerki uwijały się tak szybko, że ja również narzuciłam sobie wyższe biegi. Było nas tak wiele, ale gości jeszcze więcej. Musiałyśmy szybko uzupełniać tace, potrzeby załatwiać tylko w ostateczności, a przerwa obowiązywała nas dopiero około północy, ewentualnie pierwszej rano jeśli będzie duży popyt. Jeśli nie, wszystko miało iść na Szweckie stoły.
W momencie kiedy wróciłam na salę z nowymi zapasami, DJ dropped the beat. Tym razem, celowo, nie wzięłam kieliszków za co sobie w duchu dziękowałam. Wiele byłam w stanie zrobić, ale kelnerowanie z trzęsącym się od basów szkłem na tacy... Nie mogło skończyć się dobrze. Na pewno bym coś wylała, bez dwóch zdań, a skoro nie miałam pewności, że wyląduje to na Andrewie albo Sheili... Nie! Byłam w pracy i moje prywatne utarczki musiałam zostawić na potem!
Kelnerki wyglądały trochę jak kaczuszki, mimo swoich drapieżnych stroi. Przy wygibasach dostosowanych do skocznej muzyki nie było jak wejść w tłum bez wypadkowego zagrożenia. Kilka pracownik jednak próbowało, ale tylko na dwa, może trzy kroki w falujące morze piór, brokatu i totalnej clown fiesty. Reszta jednak krążyła po brzegach sali, rozdając swoje "produkty". Taka drapieżna kolejka.
Zrobiłam w sumie cztery kursy z i do kuchni, za każdym razem wypatrując Jake'a oraz jego partnerki, jednak bezskutecznie. Zadanie utrudniały mi również kolorowe światła, odpalone w momencie rozpoczęcia przyjęcia. Czyste szaleństwo, raz w życiu byłam w klubie, ale to się do tego nie umywało!
- A teraz trochę zwolnimy tępa - zapowiedział DJ, schowany za swoją konsolą na specjalnym, wysokim podeście. - Łapcie swoje drugie połówki i złapcie oddech, bo zaraz wracamy z kolejną dawką szaleństwa!
Był to niesamowity widok. Wszyscy przebierańcy, którzy jeszcze przed chwilą skakali i dziczeli jak jeden mąż, wijąc się jak węże wokół siebie pełni brokatu, piór i seksapilu, albo raczej potu, zatrzymali się. Przez chwilę zagłuszali spokojną muzykę, która popłynęła z głośników, jednak kiedy większość znalazła sobie pary, zapadała cisza. Słychać było tylko rytmy zachęcające do przytulenia się i lekkiego bujania bioderkami, zupełnie jak...
- Zatańczymy? - Mężczyzna przypominający Tarzana podszedł do jednej z kelnerek i wyciągnął rękę w jej kierunku. Oczywiście nie odmówiła, więc zakładałam że nie posiadamy takiego zakazu. Szybko tylko podała tacę koleżance, która była bliżej niej niż ja, i zniknęła z gościem w tłumie.
Na mojej tacy nadal stało kilka kieliszków, więc postanowiłam rozdać je podpieraczom ścian, nim muzyka znów by wróciła do wprawiania szkła w drgania. Byli on porozstawiani z każdej strony sali, ale jaki samotnik nie sięgnie po alkohol? Wiedziałam, że nie specjalnie się nachodzę.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz