środa, 12 kwietnia 2017

171 (18-01-2017)

        Schody wydawały się nie mieć końca, a ludzie tłoczyli się, jakby mieli okazję porozmawiać z samym prezydentem i jego żoną. Wiedziałem, że w takim towarzystwie panuje przekonanie, że ten kto stoi najbliżej jest najważniejszy, ale dla mnie to było wciskaniem sobie kłamstwa. Ważna osoba była daleko stąd gdzieś w tłumie, miałem nadzieję. W sumie nie mogłem mieć pewności, że Spencer w ogóle przyszła; sprawdzałem później telefon kilkakrotnie i nie było wiadomości zwrotnej.
        Sheila zadbała o to, żeby moja uwaga nie odbiegałą znacznie od tego, co działo się dookoła. Dopóki nie rozbrzmiała muzyka wdawaliśmy się w uprzejme rozmowy z innymi gośćmi. Było tutaj dużo znanych twarzy, tego byłem pewien, ale część z nich nosiła tak wykrojone maski, że nie dało się ich poznać na pierwszy rzut oka. Inna część specjalnie zadbała o to, żeby prypadkiem za trudno nie było zgadywać, kim są. W ten sposób rozpoznałem kilku akrotów, polityków i ludzi ze sceny telewizyjnej, zajmujących się innymi profesjami. Wszyscy byli w wyśmienitych nastrojach, trzymali w dłoniach kieliszki, uśmiechali się i rozmawiali.
        Tak jak przypuszczałem, wydostanie sie poza kółko zainteresowań potrwało długo; na tyle, że nogi bolały mnie od stania, a twarz od maski która na dłuższą metę wcale nie okazywała się taka wygodna. W międzyczasie zatańczyłem dwa razy ze Sheilą, skoro tego od nas wymagano. Ale granie zauroczonego kimś takim jak ona i opowiadanie o tym, odpowiadanie na wszystkie te pytania o stan naszego związku było bardzo męczące. W pewnym momencie stwierdziłem, że już nie mogę i przeprosiłem towarzystwo, uwalniając się z objęć blondynki.
        - Przejdę się po willi, baron powinien być gdzieś otoczony ludźmi - żeby to powiedzieć musiałem się nad nią nachylić, bo muzyka przybierała na tempie i głośności. - Muszę zamienić z nim kilka słów. Znajdę cię później. - Skinęła głową, uśmiechając się nawet całkiem uroczo. Ale ja nie mogłem dać się temu zwieść.
        Nie czekając na niczyją reakcję odsunąłem się od niej i poprawiłem uwierającą maskę, żeby lepiej przylegała do twarzy. Wokół było pełno ludzi, większość z nich zbyt zajętych sobą i tańcem, żeby zwracać na mnie uwagę. Zdecydowanie sprawe ułatwiała mi zakryta twarz, przez co w tym tłumie paradoksalnie byłem bardziej anonimowy niż gdziekolwiek indziej. To było oczyszczające, miłe uczucie, nie czuć na sobie palących spojrzeń, wymogów, które stawia społeczeństwo, presji...
        Mogłem zająć się szukaniem Spencer. Tylko tyle, że nie miałem pojęcia, jak ją znaleźć. Przechadzałem się pod arkadami, które dzieliły salę na trzy nawy dwoma rzędami kolumnady. W bocznych nawach było mniej ludzi, a nad łukowymi sklepieniami opierały się balkony opasające całą salę wokół. Znalezienie Spencer było niemal niemożliwe. Zachciało mi się pić, więc zmieniłem cel poszukiwań. Wszystkie kelnerki poubierane były w kocie, seksowne stroje, co wiele mówiło o gustach dzisiejszego gospodarza. Uśmiechnąłem się pod nosem. I może ten uśmiech mnie sprzedał, bo mężczyzna który do tej pory stał oparty o kolumnę plecami do mnie i rozmawiał z kimś kogo nie widziałem odwrócił się przez ramię. Jego spojrzenie spoczęło na mnie. Znałem ten wyraz twarzy.
        Mężczyzna w średnim wieku nie był bardzo wysoki, ale jego rangę czy może stopień ważności dało się zauważyć po aurze, jaką roztaczał dookoła siebie. Sprawiał, że ludzie gapili się na niego i podążali za każdym gestem. Był sugestywny, a jednocześnie wydawał mi się... Śliski. Wojskowy albo polityk.
        Prawdziwy szok nastąpił dopiero, kiedy mężczyzna uśmiechnął się szarmancko i ściągnął maskę, która zakrywała część jego twarzy. Zamrugałem kilkakrotnie, jakby to był tylko sen. Nieodparte poczucie, że znam tego człowieka uderzyło mnie z ogromną siłą. Szybko znalazłem jednak odpowiednie wytłumaczenie. Musiałem widzieć go nie raz w telewizji. Tak, to na pewno to. Poszedłem w jego ślady, zupełnie nieświadomie naśladując jego gest i też podniosłem skrzydlatą maskę.
        - Pan Underwood, no proszę - zaśmiał się cicho. Było w tym śmiechu coś odpychającego i złowrogiego. Może sposób, w jaki mrużył oczy, jakby coś go właśnie zdenerwowało. Poczułem się dziwnie przygnieciony. - Ale mam dzisiaj szczęście, niesamowicie miło pana w końcu spotkać.
        - I wzajemnie, panie... - uścisnąłem jego dłoń i zawahałem się na moment. - Traves - dokończyłem z ukłuciem ulgi. Uścisk jego dłoni był silny.
        Ominąłem go. Sprawiał, że czułem się nieswojo, więc z uśmiechem kontynuowałem swoją wolną wędrówkę pomiędzy kolumnami i ludźmi. Nie potrafiłem pozbyć się dziwnego poczucia, że znam tego człowieka. Niemożliwe, podpowiadał zdrowy rozsądek.
        Dopiero po okrążeniu sali niemal dookoła znalazłem jedną z kelnerek, która chyba zagapiła się na pary. Na tacy, którą trzymała w dłoniach stały jeszcze wypełnione alkoholem kieliszki, skierowałem się więc w jej stronę. Chrząknąłem cicho, nie chcąc jej wystraszyć. Szkoda byłoby tracić tak szlachetne szkło. Miała brązowe włosy, maskę kota, doczepiane uszy i tiulową, maksymalnie krótką spódniczkę. Wyglądała jak wszystkie inne, więc wziąłem jeden z napojów i wypiłem kilka łyków. Dopiero wtedy mnie olśniło.
        - Spencer? - po raz kolejny podniosłem maskę, patrząc głupio na dziewczynę i wcale nie będąc pewnym, czy to w ogóle ona.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER