Zaśmiałem się cicho i automatycznie widząc reakcję Spencer. To zaskakujące, ale zaledwie kilka słów, trochę gestów i sama jej obecność, a wszystko nabierało lepszych, jaśniejszych kolorów. Jedna dziewczyna, prowadząca całkiem przyziemne życie, nie pasująca do stylu wielkiej gwiazdy - nie obrażając nikogo - potrafiłe tak wiele emocji wywołać we mnie na raz. Z jednym z kieliszków w ręce, których zawartość nie ucierpiała patrzyłem jak odkłada zalaną tacę na bok. Na końcu języka pojawiły mi się już przeprosiny, ale wtedy usta szatynki ułozyły się w słowo.
Jedno słowo, a ja zastanawiałem się czy naprawdę to usłyszałem. Włączyło się we mnie coś, co "stary" Jake od razu starałby się stłumić. Ale to był Jake, który nie znał Spencer i który nie oberwał solidnie od najlepszego przyjaciela. Nie dałem dojść mu do władzy, bo podobało mi się to, co potrafiła zrobić ze mną Spencer nawet pomimo tego, że czasem za bardzo lubiłem nad wszystkim mieć kontrolę.
Założyłem swoją maskę, bo zgodnie z jej słowami, lepiej było kiedy nikt nie mógł na nas bezpośrednio patrzeć. Odszedłem o krok do tyłu, żeby objąć ją spjrzeniem, po czym zacmokałem z niecierpliwością.
- Ani jedno ani drugie - podjąłem znowu temat, starając się nie zerkać zbytnio na panterkowy materiał ani tym bardziej na to, co eksponował. - Zrobiłem sobie drobną przerwę od niekończących się rozmów, na które nie miałem ochoty. "Oh Jake, od kiedy jesteście razem, Jake, jak długo się znacie, kiedy t o się zaczęło?" - przedrzeźniłem w zabawny sposób damski głos, po czym wywróciłem oczami z wyrazem rozbawienia na twarzy. Kiedy o tym myślałem, to było nawet śmieszne. Gorzej zaczynało się dziać kiedy naprawdę wrzucono mnie do tej sytuacji. - Poza tym chciałem trochę przejść się po willi, bo jest naprawdę niesamowita.
Zmrużyłem lekko oczy, co z pewnością było widoczne w dziurach wyciętych w masce na oczy. Od kilku chwil na usta cisneło mi się pytanie dlaczego właściwie Spencer jest tutaj w roli kelnerki, a nie gościa tak jak to było zaplanowane. Ale odsunąłem to na później, bo nagliły mnie ważniejsze sprawy.
Spokojna, powolna muzyka wypełniała każdy kąt sali, wdzierała się pod balkony, sprawiała że ludzie kołysali się powoli z mniejszą lub większą wprawą w centrum sali. Mało osób stało pod ścianami, jak my; większość zdecydowała się na taniec. Nagle ogarnęła mnie radość, że pozbyłem się Sheili akurat na chwilę przed tą piosenką. Drgnąłem, kiedy spojrzenie toczone po przestronnym pomieszczeniu zatrzymało się na jakimś młodym mężczyźnie przechodzącym obok. Miał na sobie czarne ubranie i maskę, która nie wyróżniała się zbytnio w tłumie jej podobnych.
- Hej, poczekaj - zawołałem za nim, zwracając tym samym na siebie uwagę. Ściągnąłem swoją niewygodną maskę. Chłopak od razu skojarzył kim jestem i rozpromienił się natychmiastowo.
- Jake Und...
- Hm, tak tak. Posłuchaj, nie zamienilibyśmy się maskami?
Oglądnąłem się na Spencer, której sylwetka podświetlona było od tyłu jasnymi snopami światła. Stała wyprostowana, nie mogłem dostrzec jej twarzy, bo światło w tle było zbyt jasne. Chłopak chętnie wymienił się maską, uradowany tym, że ludzie teraz będą mieli go za sławną maskę. Zyskałem właśnie kilka kolejnych minut wzmożonej anonimowości w tłumie i zamierzałem to wykorzystać. Odwróciłem się na pięcie i wróciłem do szatynki.
- Dasz się zaprosić na parkiet? - zapytałem, łapiąc jej dłoń i wcale nie czekając na potwierdzenie.
Weszliśmy razem między tańczące pary. Większość z ludzi miała pozakrywane twarze, a poza tym nikt na nas nie patrzył. Tylko jedna starsza kobieta zmierzyła Spencer spojrzeniem pełnym jawnej dezaprobaty; nie wiem czy dlatego, że strój szatynki jest raczej odważny czy może przez to, że sądziła że powinna pracować a nie bawić się z innymi. Nie zepsuło to jednak mojego dobrego humoru, w który niespodziewanie wpadłem.
Moja dłoń bez problemu odnalazła swoje miejsce na jej biodrze, a palce drugiej splotły się z jej palcami. Po raz kolejny byliśmy blisko, na tyle blisko, że czułem jej ciepło, oddech, bicie serca. Muzyka dudniła w każdej komórce mojego ciała, wprawiając mnie w nieznaną ekstazę niemal. Czułem każde uderzenie w struny, każdy klawisz, każde brzmienie muzyki. Rozpoznawałem dźwięki i rozkładałem je na czynniki proste, pochylając się odrobinę tak, żeby móc patrzeć Spencer prosto w jej brązowe oczy.
- Co mówiłaś? Że za mną tęskniłaś czy mi się przesłyszało? - zapytałem, uśmiechając się podstępnie jednym kącikiem ust.
Przyciągnąłem ją jeszcze bliżej siebie i trzymałem w perfekcyjnej ramie, nie pozwalając na odsunięcie się. Chociaż czułem, że nawet nie chciała tego robić. Oddałem się tej przyjemności bez końca, starając się rozpoznać wszystkie uczucia, które właśnie szarpały moim sercem w niespokojnym, nierównym rytmie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz