Oszołomienie szybko ustąpiło świadomości tego, co właśnie się stało, na co nie tylko pozwoliłem ale co zrobiłem sam z siebie. Świadomości jak głupie to było i jak bardzo naiwne. Że co, od teraz wszystko się zmieniło dzięki jednej masce? Chwili zapomnienia? To wcale nie oznaczało, że skreślę wszystko, co postanowiłem sobie wcześniej. Nie, ja zawsze stąpałem twardo po ziemi, a mój chłodny profesjonalizm był godny pozazdroszczenia. Wiedziałem, alco raczej czułem, że to niczego nie zmieni na dłuższą metę, że wybrałem swoje życie po takich torach, gdzie nie wszystko mogłem mieć.
Muzyka cichła coraz szybciej dając do odczucia, że znów zamieni się w szybkie, gorące rytmy od których tłum oszaleje. To wyznaczało koniec czasu tylko dla naszej dwójki, wiedziałem o tym doskonale. Czułem się spięty.
To wszystko, co właśnie się wydarzyło było niesamowite i wcale tego nie żałowałem. Ani chwili uniesienia ani tej głębokiej emocji, która targnęła moją duszą. Żałować mogłem za to czegoś innego. Przede wszystkim wcale nie chciałem ranić Spencer, której co chwilę dawałem różne znaki; zdawałem sobie z tego sprawę. A marnowanie jej życia na kogoś takiego jak ja bolało mnie. Wiedziałem, że to nigdy nie będzie to, czego oboje chcemy. I miałem wrażenie, że to rozsądna decyzja. Tylko dlaczego w takim razie tak bardzo bolała? Dlaczego sprawiała że czułem się tak źle, tak bardzo nie na miejscu? Jakby słońce kolejnego dnia miało już nie wstać na horyzoncie. Przypatrywałem się jej oczom i delektowałem ostatnimi przebłyskami bliskoći, dając miejsce na dystans który podzieli nas na zawsze.
Nie chciałem wypuszczać jej z objęć i chociaż sądziłem, że będzie to najtrudniejsza rzecz w moim życiu, to przyszła mi zaskakująco łatwo. Połykałem gorycz, kiedy ciepło ciała Spencer gasło w moich ramionach. Jej słowa sprawiły, że miałem ochotę skrzywić się i powiedzieć jej co o tym sądzę.
Zamiast tego jednak nie zrobiłem nic, zupełnie nic. Pozwoliłem jej odejść. Wmawiając sobie naiwnie, że to jedyne racjonalne, rozsądne rozwiązanie tej styuacji. Starając się pominąć tą nachalną myśl, że bardzo w tej chwili się gorzko mylę.
Zostałem sam na parkiecie, potrącany od czasu do czasu łokciami i kolanami roztańczonych par. Nie zwracałem na to w ogóle uwagi dopóki ktoś nie zdecydował się powiedzieć co sądzi o mojej postawie.
- Nie możesz pan gdzie indziej sobie stać? - burknął niezadowolony, a chociaż muzyka była głośna, to słyszałem go całkiem dokładnie. Wyrwał mnie z rozmyślań. Przez niego straciłem Spencer z oczu i zniknęła w tłumie ludzi i kelnerek o takich samych ubraniach. - Zawadzasz pan tu - syknął ten sam męczyzna.
Dobrze, już dobrze. Odwróciłem się i skierowałem w przeciwną stronę. Zamierzałem znaleźć Sheilę i spędzić ten wieczór tak, jak powinienem. Z nią u boku, uśmiechając się do wpływowych ludzi i będąc Jake'iem Underwood'em, którego wszyscy pragnęli zobaczyć. Wszyscy oprócz mnie, bo tego wieczoru wyjątkowo zbrzydła mi plakietka sławnego gwiazdora i bożyszcza kobiet. Przepychałem się niezbyt delikatnie między ludźmi. Zbrzydł mi tłok i miałem ochotę zaczerpnąć świeżego powietrza. Bo wiedziałem, że jeśli tego nie zrobię to prawdopodobnie się uduszę.
I żywiłem jedną usilną nadzieję, że Richie niczego nie zauważy w moim zachowaniu. Brakowałoby mi tylko jej wścibskiego nosa wtrącanego perfidnie w moje sprawy.
Pozostawało jedno pytanie: dlaczego czułem się tak podle? Wszędzie mówiło się, że uczucia są piękne i uskrzydlające, sam nie raz powtarzałem te linijki tekstu, niezupełnie go rozumiejąc... A teraz wydawało mi się, że ziemia rozstąpiła mi się pod stopami i jedyny krok naprzód jaki mogę zrobić to ten w przepaść. Serce ścisnęło mi się w klatce piersiowej. Poczułem dziwny posmak porażki w ustach. Podniosłem maskę czując, że jeśli tego nie zrobię uduszę się od palącego bólu w piersi. Najgorsza była świadomość, że na taki ból nie pomoże żadne lekarstwo, nie załagodzi go nic oprócz ust tej jednej dziewczyny, jej zapewnienia że wszystko może być po naszej myśli.
- Jake! – wiedziałem, do kogo należy ten głos. Obróciłem się powoli, niezbyt gotowy na tą konwersację. – No proszę proszę, tak szwendasz się bez maski, żeby łatwiej cię było zauważyć? Myślałem że to nie będzie konieczne po prezentacji, jaką wam baron sprezentował.
Andrew uśmiechał się kwaśno, chociaż każdym ramieniem obejmował jedną atrakcyjną blndynkę, które śmiały się jakby opowiedział najlepszy dowcip roku. Zirytowało mnie to, zważając na okoliczności jakie wybrał sobie do tej rozmowy zdecydowanie ciężko było mi nad tym zapanować.
- Porozmawiamy jak zaczniesz zadawać się z kimś o poziomie IQ wyższym od szczura, jeśli mogę prosić – dziewczyny chyba naprawdę nie zrozumiały, bo zaśmiały się ponownie. Miałem tego dość, tak samo jak jego zarozumiałego wyrazu twarzy. Chciałem odwrócić się, znaleźć Sheilę, i wyjść na zewnątrz. Miałem wrażenie że moje płuca kurczą się boleśnie, ale aktor najwyraźniej nie zdawał sobie z tego sprawy. Właściwie wyglądał, jakbym wyświadczył mu przysługę.
- Zgoda, masz rację – uniósł lekko brwi i uśmiechnął się. – Masz gdzieś tu Spencer?
Nie wiem, czy zrobił to z premedytacją, czy tak po prostu mu się udało, ale miałem wrażenie, że zaraz wybuchnę. Po prostu podejdę i zrobię coś, czego nigdy nie zrobiłby „dawny Jake”. Wiedziałem doskonale, że muszę się uspokoić zanim stanie się coś, czego naprawdę będę musiał następngo dnia żałować ja i moja kariera. Zacisnąłem dłonie w pięści i odwróciłem się na pięcie.
Sheila stała w niemal tym samym miejscu, w którym ją zostawiłem. Wydawało mi się, że była zdecydowanie bardziej zaróżowiona na twarzy niż jak wtedy, kiedy się rozstaliśmy, ale w ogólnym roztargnieniu spisałem to na karb makijażu. Poza tym wszystko było mi jedno. Rozmyślanie o tym, co robiła kiedy ja... Nie było najlepszą opcją. Wcale nie poprawiało mojego nastroju. Przeprosiłem kilka osób, z którymi stała i rozmawiała, po czym powiedziałem, że wychodzimy na zewnątrz. Mogłem to zrobić sam, ale potrzebowałem czyjejś obecności. Chyba tylko po to, żeby zupełnie nie rozkleić się nad własnym losem, bo wiedziałem że przed nią na pewno tego nie zrobię.
Powietrze było chłodne, późnojesienne. Oboje nie mieliśmy ubrań wierzchnich. W ogrodzie za willą porozwieszane były lampiony, a gdzieniegdzie przechadzali się ludzie, ale mimo tego było tu zdecydowanie spokojniej. Miałem uczucie, jakbym wurzył się spod powierzchni wody, a płuca paliły mnie żywym bólem.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz