Oparłam się obiema rękami o mocny, drewniany stół, biorąc łapczywe wdechy na przemian z pełnymi wydechami. Może po prostu musiałam bardziej dotlenić mózg, żeby zacząć jakoś racjonalnie myśleć, albo chociaż wziąć się w garść i robić to, co do mnie należy - w końcu całe moje życie opierało się na tym, by robić to co muszę, a nie to co tak naprawdę chcę. Czemu więc podjęcie tego kroku kosztowało mnie tak wiele?
- Weź się w garść! - warknęłam sama do siebie, uderzając się jedną z rąk w sam środek klatki piersiowej. Potem jeszcze raz i znowu. Mimo niewielkiego wkładu siły, bolało jak diabli. Ale pomogło, zawsze pomagało chować emocje. - Patrz na pozytywy... - Rzuciłam głupim tekstem, którego wydawało mi się, że nie da się przełożyć na obecną sytuację. Gdzie tutaj pozytywy? Że wrócę do pracy, skoro nie lubię tańczyć? Że będę mogła oddychać spokojnie, bo moje usta nie będą zajęte oddawania pieszczot jego wargom? Super po prostu opcje, sama się kopałam coraz bardziej... Aż jeden z tych ciosów otworzył mi oczy.
Czemu ja tak to przeżywałam? Czy powiedzieliśmy sobie "żegnaj"? Czy powiedzieliśmy sobie, że lepiej będzie trzymać się z dala od siebie? Czy Jake powiedział, że nie mogę dla niego pracować przez to, co dzieje się między nami? Trzy razy "nie", tak więc dziękuję bardzo! Teraz racjonalne spojrzenie na sytuację - jeden taniec to wszystko co było nam dane. JAK NA RAZIE, co było w tym wszystkim bardzo ważne. Każde z nas miało teraz obowiązki, ale moje w przeciągu jakichś dwóch do trzech godzin miały się skończyć. On z kolei posiadając jakąkolwiek maskę mógł łatwo znów zniknąć ze mną w tłumie ludzi, których obchodził tylko czubek własnego nosa oraz ewentualnie ich partnerzy. To rozstanie nie oznaczało końca, a chwilową... Powiedzmy przerwę.
Po raz kolejny wzięłam głęboki wdech. Ostry zapach potu wymieszanego z burzą perfum wszelkiej maści oraz alkoholem podrażnił moje drogi oddechowe, ale i tak się uśmiechałam. Wierzyłam w to, że jak skończę swoją robotę, uda nam się złapać gdzieś na jeden anonimowy taniec w tłumie. Albo iść na spacer, mimo mrozów, w labirynt żywopłotów i porozmawiać. Patrząc na to co zaszło między nami, nie widziałam powodu, dla którego miałby nie znaleźć dla mnie chwili, jak zrobił to wcześniej. Nie potrzebowałam niewiadomoide czasu, ale chciałam znów być z nim... W końcu była to noc zabaw i uciech!
Z uśmiechem na ustach pochwyciłam tace i wróciłam na zaplecze, konkretniej do kuchni, gdzie wyczyściłam tacę. Potem nałożyłam na nią te dziwne przekąski, które kazali nam rozdawać. Nie pachniały ani nie wyglądały zachęcająco, ale i tak wszyscy to jedli - zapewne wykończeni tańcem potrzebowali po prostu czegoś w ustach. Bo w końcu jak to jedzenie celebrytów, musiało być w modzie, a z tego co widziałam podczas przeglądania rokowań Sheili i Jake'a... Cóż, nijakie. Jedzenie musiało być wegetariańskie, bezglutenowe i do tego o niskiej zawartości kalorycznej. Moim zdaniem to wykraczało poza skalę jadalności, ale nie byłam gwiazdą, to co ja się mogłam znać...
Kiedy koordynatorka nie patrzyła, starałam się unikać brania alkoholu czy szampana, bo z jedzeniem robiłam szybsze kursy. A szybka praca sprawiała, że traciłam poczucie czasu, co w dziewięćdziesięciu procentach owocowało tym, że mijało go więcej, niż początkowo zakładałam. Tak więc uradowana "latałam" między kuchnią a salą balową.
- Hej! - Gość, koło którego się zatrzymałam, postanowił zagadać. Stwierdziłam, że musiał być bardzo samotny albo bardzo pijany, skoro postanowił gadać do kelnerki, skoro miał Szwedzki stół kobiet przed sobą - po szampanie lub drinkach, w porozbieranych kostiumach... Do wyboru do koloru, wystarczy dobrze zagadać.
- Co mogę dla Pana zrobić? - To była jedna z rzeczy, o której ciągle przypominała nam koordynatorka. Jeśli goście do nas zagadają, mamy wyrażać się do nich z szacunkiem. Kazała również pamiętać, że nie mogą nas do niczego zmusić. Naszym obowiązkiem jest przyniesienie drinka czy jedzenia, jeśli poproszą, ale nie mogą zmusić nas do tańca czy innych niepoprawnych rzeczy, jeśli nie chcemy. Bo wiadomo, są i takie dziewczyny, które w takich strojach skorzystają z okazji i może zarobią na tym dodatkowo.
Przez maskę Anonimus'a niewiele mogłam zobaczyć, nawet kiedy pochylił się w moją stronę. Jego usta były zaraz przy moim uchu, dzięki czemu mogłam słyszeć go wyraźniej niż muzykę, bez potrzeby krzyków.
- Baron mówił, że udostępnił gościom kilka pokoi... Może chciałabyś mnie do jednego zaprowadzić? - spytał, dotykając moją dłoń, na której trzymałam tacę z dwiema ostatnimi przekąskami.
Odsunęłam się od niego zniesmaczona najszybciej jak mogłam i skierowałam swoje kroki do kuchni. Obleśne i tyle, ale kątem oka dostrzegłam jedną z kelnerek, na której tyłku zalegała ręka jednego z gości, więc jak widać i ten liczył, że się na coś załapie.
- Twoja strata! - krzyknął za mną.
Jak tylko znalazłam się w kuchni, "krzykaczka" zawołała mnie do siebie. Tak jak się spodziewałam, dostałam upomnienie za to, że wróciłam mając nadal jedzenie na tacy, ale również odwołała mnie na przerwę. Miała trwać tylko kilka minut, ale zawsze coś. Zajęłam więc jedno z wolnych krzeseł jak tylko wzięłam telefon z kieszeni kurki. Po mojej lewej siedziała kobieta o azjatyckiej urodzie, rozmawiająca w "żółtym" języku przez komórkę, a moja prawa była wolna. Pozostałe krzesła były zajęte.
Tym razem nie czekało na mnie żadne nieodebrane połączenie ani wiadomość, ale miałam w planach zaraz jedną dostać. Najpierw jednak musiałam napisać, ale nie wiedziałam jak zebrać słowa. Musiałam zważać na to, co umieszczę w wiadomości, ponieważ ktoś mógłby zajrzeć mu w komórę i wtedy jakby się wytłumaczył? Tym bardziej, że tamten mężczyzna podrzucił mi pomysł - po co rozmawiać na zewnątrz, skoro mogłam usiąść z nim w pokoju, z dala od hałasu i ludzi, załatwić wszystko na spokojnie.[
Chciałbyś się spotkać i porozmawiać o tym? Proponuję na zewnątrz, przejść się po labiryncie czy coś... Jeśli uważasz że jest za zimno, to podobno reszta wilii jest otwarta, więc może udałoby się znaleźć jakieś cichsze miejsce. Niedługo kończę, więc każdy czas jest dobry. Chyba, że wolisz spotkanie na parkiecie. -S
Westchnęłam i zamknęłam telefon w dłoniach. Miałam nadzieję, że odczyta ją szybko i odpowie. Chciałam przeczytać, że się zgadza. Nawet na parkiecie dałoby radę zamienić kilka słów, może nawet łatwiej by było niż siedząc w pokoju naprzeciw siebie albo obok.
Serce nie dawało mi spokoju. Znów chyba obraziło się na mnie, bo tym razem postanowiło zmieniać każdą sekundę w minutę. Myślałam, że wyjdę z siebie, zacznę nerwowo chodzić po pokoju, albo po prostu wyjdę szukać go sama. To add salt to injure, w głowie mi dzwoniło od zmiany natężenia dźwięku na dłuższą metę. Wszystkie rozmowy i dźwięki zdawały się dziwnie przyciszone, jakby były metry ode mnie, a nie zaraz obok.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz