środa, 12 kwietnia 2017

180 (30-03-2017)

      Z nerwów wszystko wypadało mi z rąk. Był tam jeszcze? A może złapali go paparazzi i myślał, że to podstęp? Nienawidzi mnie teraz? On... On będzie musiał mi uwierzyć, że to nie tak, że po prostu jeszcze pracowałam! Ja naprawdę chciałam z nim porozmawiać!
     Z ciągle zwiększającą się prędkością oraz liczbą pomyłek, zrzucałam z siebie wymyślne fatałaszki, wracając do mojego "normalnego ubioru". Tak dawno już nie miałam na sobie nic tak... Normalnego. Przetarte jeansy, czarny podkoszulek i czarno-czerwona koszula. Do tego włosy w kucyk i... Mimo pośpiechu, jaki przed chwilą rządził moim życiem, zatrzymałam się na dłużej przed lustrem. Dawno już nie widziałam siebie w takim stanie - co rano wskakiwałam we "francje elegancje" i dopiero na wieczór wskakiwałam w coś wygodnego do spania, ale to nie było to. Teraz wyglądałam jak jeszcze kilka miesięcy temu, zanim poznałam Jake'a...
     Jake?! O mój pieroże! Przecież on, może, jeszcze na mnie czekał!
     Strój rzuciłam byle gdzie, i tak nie byłby mi już do niczego potrzebny. Oczywiście czujne oko menadżerki miało inne zdanie. Jako organ rządzący postanowiła pojawić się znikąd, kiedy klamka była już w zasięgu mojej ręki, i wygłosić mi kazanie. Jednak z doświadczenia wiedziałam, że szybciej wyjdę jeśli będę potakiwać i odpowiem na wszystkie jej pytania zgodnie z kluczem, który łatwo było odgadnąć. Zacisnęłam więc tylko zęby i cicho modliłam się, żeby jeszcze na mnie czekał, jeszcze tylko chwilę...
     Kiedy w końcu jesienna kraina labiryntów z żywopłotu stanęła przed moimi oczami, nie zastanawiałam się już ani chwili dłużej. Cała moja energia, wszystko co miałam, włożyłam w bieg. Szaleńczy i na pełnym gazie. Nie żałowałam nóg, każda mijająca sekunda mogła być tą, w której Jake zdecydowałby się na mnie nie czekać. O ile już tego nie zrobił, ale nie mogłam tracić nadziei, zwątpienie równało się z utratą prędkości. Utrata prędkości równała się z nie byciem na czas, a nie bycie na czas oznaczało, że mogłam więcej nie mieć okazji z nim porozmawiać. Jeśli teraz bym nie zdążyła, mógłby czuć się wystawiony i więcej nie chcieć wracać do tematu.
     Powinnam cieszyć się, że żadna ochrona nie rzuciła mnie na ziemię, kiedy tak zdyszana biegłam wzdłuż willi barona. Co jeśli któraś z kolorowych par uznała by ten dyszący, niepasujący nigdzie element za zagrożenie? Co jeśli zostałabym wzięta za nieproszonego gościa, paparazzi, albo psychofana? W końcu każda znacząca coś sława była dzisiaj na tym przyjęciu, a takich nie mało w tym mieście i nie tylko. Sala balowa pękała w szwach! Nie tylko od ilości gości, ale również ich nadętego ego, ale to była już inna sprawa.
     Kiedy w końcu dotarłam w umówione miejsce, nie zastałam żywej duszy. Nawet paparazzi znudzili się staniem za bramą i rozeszli do, zapewne, swoich domów. Przed wielkimi wrotami do największej imprez tego półrocza, już nawet nie stałam, tylko ja.
     Ze złością rzuciłam na ziemię torbę, a następnie na nią upadłam, ciężko dysząc.
     - Nie! - wyrzuciłam z resztą powietrza w moich płucach. - Nie! - powtórzyłam, podpierając się rękoma o zimne marmurowe kafle.
     Spóźniłam się. Nie wiedziałam jak wiele, ale spóźniłam się. Najgorsze było w tym to, że nie miałam nawet jak go zatrzymać, ponieważ pewnym było, że jeśli wrócił na przyjęcie, znów stał się nieosiągalny. Chociaż w sumie, czy zawsze taki nie był? Tak zwaną szlachą, podczas gdy ja w porównaniu do niego byłam zwykłym plebsem. Co ja więc chciałam z nim nawet wyjaśniać? Wiadome było, że by mnie nie zaakceptował, reżyser wyznaczył mu wybrankę jego serca na najbliższe kilka sezonów... Ale nawet i bez tego różnica była między nami zbyt wielka. Nie ważne jak bym próbowała, nie byłabym w stanie dać mu chociaż połowy tego, co mogłyby kobiety jego pokroju.
     Oparłam się plecami o jeden z filarów zdobiących majestatyczne, wielkie wrota dzisiejszej imprezowni, nadal łapczywie łapiąc powietrze. Było w sumie tak, jak po pocałunkach z Jake'iem - z tym, że było mniej przyjemnie i bolały mnie nogi. Ale poza tym to identycznie.
     Kichnęłam. Było na tyle zimno, że moje rozgrzane ciało szybko padło ofiarą przeziębienia. Taką przynajmniej miałam nadzieję, że to nic więcej, bo nie miałam się nawet jak zagrzać - zero bluzy, zero swetra, zero nic. A droga do domu do najkrótszych nie należała...
     Zamknęłam na chwilę oczy, skupiając się na otaczających mnie zapachach, ponieważ dźwięki były jednym wielkim niezrozumiałym hałasem. Powietrze pachniało... Jak noc, nie ważne jak głupio by to brzmiało. Chłodne, orzeźwiające powietrze, połączone z wilgocią ze zraszaczy, które właśnie się włączyły. Jeśli jakaś para uciekła spod nich pisząc, nie było słychać ich wpadki wśród tysiąca innych krzyków, śpiewów i Bóg wie czego.
     Powinnam wstać i iść, ale nie umiałam. Nie miałam po prostu siły na to. Byłam na siebie wściekła za to spóźnienie, wściekła na niego że nie zaczekał, wściekła na wszystko, co doprowadziło do takiej sytuacji. Gdybym tylko wtedy... Gdybym siedziała cicho, dalej pracowałabym za grosze, ledwo wiążąc koniec z końcem przy mojej matce, ale przynajmniej moja głowa byłaby zajęta poważnymi problemami, a nie tym, jak niepoprawnie głupie jest moje serce.
     Ja po prostu... Nie umiałam tego wyjaśnić. Kiedy się całowaliśmy... Jakby taki prąd przechodził przez całe moje ciało, takie przyjemne ciarki. Wszystko mi mówiło, że chcę więcej, ale nie z byle kim, a z nim.  Jednak to pewnie nie czyniło ze mnie zakochanej, a zwykłą fankę, której marzenie o pocałowaniu idola się spełniło - oczywiście zmyślając to, że kiedykolwiek był moim idolem i miałam takie marzenie. To tak... Po prostu wyszło. Od naszych początków pociągało mnie jego zewnętrze, ale z czasem zapragnęłam poznać wnętrze, które po mału mi odsłaniał, małymi kroczkami. I choć nie znałam go pewnie nawet w jeden setnej... To chciałam. Chciałam i czułam rzeczy, których nigdy nie czułam. Chciałam, by wprowadził mnie w ten świat, ale to tylko gadanie ściętej głowy...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER