Pokonaliśmy ogród w zupełnym milczeniu i po tej kojącej ciszy zamieszanie panujące nadal w głównej sali reprezentacyjnej było wręcz przytłaczające. Żadne z nas nie zwracało uwagi na tlumy tak długo, jak mogliśmy być po prostu kolejną anonimową parą, jedną z wielu jakie się tu znajdowały. Minęliśmy w pośpiechu schody, Spencer wyjątkowo szła zdecydowanie szybciej ode mnie i musiałem dotrzymywać tempa jej kroków. Może i ją przycisnął ogrom i rozmach tej imprezy, ale czym to było w porównaniu tego, co właśnie działo się wewnątrz nas.
Kiedy dotarliśmy do mężczyzny dysponującego kluczami w tej części willi to dziewczyna załatwiłą kluczyk. Do mnie docierały zaledwie co piąte słowa, które wypowiadał. Może dlatego, że moja glowa i wyobraźnia bez pozwolenia zaczynały tworzyć chore scenariusze. Starałem się od nich odciąć, ale raczej na marne. Nie było problemów z odnalezieniem właściwego pokoju. W tej części willi było zdecydowanie spokojniej, a układ korytarzy nie należał do skomplikowanych, chociaż wielkość budynku zdecydowanie miała na celu wywierać wrażenie.
Nie zwracałem uwagi na to, co działo się dookoła. To nie miało znaczenia. W mojej głowie ciągle tłukły się słowa, których nie wypowiedziałem do tej pory nikomu, o których nawet wcześniej nie myślałem. I obawiałem się, że zabrzmią sztucznie. Jak złe wersy początkującego aktora, bo tak bardzo przywykłem już do tego, że wszystko zawsze mi wychodzi jak złotemu dziecku. Teraz taka pewność siebie bladła w starciu z rzeczywistością.
Spencer włączyła światło, a ja podążyłęm dłonią w stronę bardzo nowoczesnego jak na tak starą, barokową willę panelu sterowania elektrycznością i zamieniłem główne światło na te znajdujące się w kącie pokoju. Miękka, ciemnożółta poświata starej żarówki oblepiła cały pokój. Od razu przestał wydawać się przerażający.
- Skoro tak sobie życzysz – uśmiechnąłem się, opuszczając dłoń od maski.
Wielokrotnie słyszałem juz podobne słowa skierowane pod moim adresem, ale te teraz wydały mi się wyjątkowe, jakby nikt nigdy wcześniej nie wypowiedział ich jeszcze w taki sposób. W ustach Spencer miały dziwną, magiczną wręcz wartość. Nie były pustym komplementem którym chciała się wkupić w moje łaski, czułem to. Naprawdę mówiła szczerze. I ta szczerość była słodka. Urocza. Niemal dziewczęca i niewinna. W moim świecie nie istniało już nic takiego.
Drgnąłem, kiedy wypowiedziała moje imię.
Stała do mnie plecami, ale w małym pokoju z łatwością mogłem usłyszeć każde słowo. Nad każdym się zastanowić. Mieliśmy przecież cały czas tego świata... Przekręciłem klucz w drzwiach i odłożyłem go na niewysoką komodę stojącą tuż przy wejściu do pokoju. Stalowe klucze brzdęknęły w przyjemnej, niewymuszonej ciszy. Wiedziałem, czego chcę. I lubiłem sięgać po to, na co miałem ochotę. Takie było całe moje życie. Ustawianie sobie celu, a później dążenie do niego. Uspokajałem się, że teraz wcale sytuacja mnie odbiega schematem od reszty.
- Zacznimy może od tego, co znaczyło próbowanie – mruknąłem cicho, przymkając oczy. Szatynka nie widziała, że zbliżyłem się po tych słowach w stronę jej i łóżka. Musiała wyczuwać jednak moją obecność za plecami, bo stanąłem naprawdę blisko niej. – Chcę spróbować tego... – położyłem dłoń na jej ramieniu i palcami odgarnąłem włosy z jej szyi, dotykając jej przyjemnie chłodną skórę opuszkami. Palce przebiegły na drugie ramię i sunęły w dół jej ramion. Jej ciało poddawało się temu, co robiłem. Podobała mi się ta chwilowa uległość. Zawsze wiedziałem, jak działać na kobiety i to zasługa instynktu, nie wielu prób. – I tego – dodałem jeszcze ciszej, prosto do odsłoniętego przed chwilą ucha.
Zwilżyłem spierzchnięte usta i pocałowałem płatek jej ucha. Wydawało mi się, że drgnęła pod wpływem takiej bliskości, ale nie zamierzałem przestać dopóki tego nie zażąda. Już za daleko pogrążyłem się we własnych pragnieniach, żeby się cofać z własnej woli. Moje ciało wzbierało pragnienie falami, które rozlewały się aż do czubków palców. Podążyłem niżej, całując powoli, niemal leniwie jasną skórę tuż za uchem i na szyi. Druga dłoń zatrzymała się na ręce Spencer.
- Dotrzymam też swojego słowa. Nigdy nie rzucam ich na wiatr, moja droga.
Nagłym ruchem obu ramion obróciłem Spencer w swoją stronę tak, że staliśmy teraz w twarzą w twarz i nie miała się gdzie wycofać. Łydkami dotykała już niemal materaca łóżka. Cieszyło mnie teraz niepokojąco, że przydzielono nam tak mały pokój. Na dole brzmiała teraz spokojna, usypiająca wręcz muzyka, ale do pokoju docierało zaledwie kilka dźwięków. Willa, choć stara, całkiem nieźle izolowała fale dźwiękowe.
- Pragnę cię. Twojej bliskości, twojego ciała, pożądam pójścia ścieżką, przed którą wcześniej broniłem się rękami i nogami – powiedziałem zaskakująco szczerze nawet dla siebie samego. W pokoju nagle zrobiło się duszno, ale na ten rodzaj ciepła nie pomogłyby nawet otwarte na oścież okna. To było gorąco wewnątrz mnie. Pożądanie odjęło wszystkie inne moje zmysły i nagle byliśmy tylko my dwoje na całej planecie. Nikogo, kto mógłby nam przeszkadzać.
Nie pomyślałem nawet o tym, że moje szczere słowa mogły wzbudzić w Spencer chęć ucieczki. Nie brałem tego za opcję. Dlatego, że czułem... Ba, byłem pewny, że ona chce tego samego. Że jej ciało ma zbliżone pragnienia.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz