- Dziękujemy za wspólny lot, panie Jake.
Uniosłem jedynie lekko dłoń w kierunku stewardessy, która pożegnała się jeszcze z Jaredem i pomachała nam z promiennym uśmiechem na odchodnym. Opuściliśmy latającą maszynę przez specjalny rękaw i bez wychodzenia na zewnątrz byliśmy w budynku.
- Nieźle, tak to ja mogę podróżować. Jednak są z ciebie czasem jakieś pożytki – parsknął Jared, na co odpowiedziałem mu tylko krótkim śmiechem.
Poprawiłem torbę, która została przewieszona przez moje ramię i płaszcz obszyty syntetycznym, jasnoszarym futrem w kontraście z czarną skórą. Tego roku zapowiadała się mroźna zima w Nowym Jorku, skoro już teraz, początkiem grudnia było tak zimno na zewnątrz. Mojemu przyjacielowi nie zamykały się usta przez całą podróż przez lotnisko. Zamknął się dopiero, kiedy na horyzoncie zauważyliśmy, kto na nas czeka. Nie pozwoliłem sobie na zarysowanie grymasu na swojej twarzy. Zdawało mi się, że Jared zwolnił odrobinę, a później przyspieszył, na jego twarzy ciągle malował się ten sam szeroki uśmiech. Poczułem nieznajomy skurcz gdzieś koło żołądka. Starałem się też dorównać kroku przyjacielowi, dzięki tempu jakie narzucił bardzo szybko znaleźliśmy się przy dwójce czekających na mnie ludzi.
Nawet senność mnie opuściła, bo czegoś tutaj do kńca nie zrozumiałem. Fakt, Nina mówiła, że ostatnio źle się czuła, ale jeszcze przed naszym wylotem z Kanady zapewniała mnie sumiennie, że pojawi się po nas na lotnisku. Rozglądnąłem się, ale kobiety nigdzie nie było.
- Hej, lot był całkiem szybki – odpowiedziałem nieco wymijająco, pozwalając Jaredowi zabrać głos. Wiedziałem, że będzie chciał tu na pewno dorzucić coś od siebie.
- Było niesamowicie, chyba nigdy nie leciałem w ten sposób. Pomyśleć, że jesteśmy z Jakiem tak długo przyjaciółmi, a nie latamy co weekend do Włoszech albo Anglii – zaczął cały zadowolony z siebie, przestępując z nogi na nogę. Jeśli był zaskoczony widokiem Spencer, to wcale tego nie okazał.
Wyciągnąłem telefon z tylnej kieszeni spodni i po raz kolejny poprawiłem torbę, która uparcie chciała ześlizgnąć się z mojego ramienia. Na skrzynce miałem jedną wiadomość. Zrobiło mi się zimno i zanim zdążyłem ją otworzyć, wiedziałem już od kogo jest i czego dotyczy. Podniosłem oczy do góry, ale to nie było dobre wyjście. Mój wzrok skrzyżował się ze spojrzeniem Spencer. Od razu przybrałem obojętną minę, jakby zobaczenie jej tutaj wcale nie było zaskoczeniem,ale mój refleks chyba był spóźniony, bo zauważyła i moją konsternację i telefon w ręce. No, trudno się mówi. Trzeba przybrać dobrą minę do złej gry, nie jesteśmy przecież dziećmi. Co się stało, to się nie odstanie, ale też nie powtórzy, więc warto zachować to w przeszłości.
- Spenc – zaczął Jared, przekrzywiając odrobinę głowę, jakby coś sprawdzał. – Co się stało z Twoimi włosami? – zaśmiał się krótko, podchodząc do niej o krok.
Jared wspomniał mi kiedyś, że przeprosił ją za wszystko, co być może powiedział w złości – większości rzeczy nawet nie pamiętał. Specjalnie prosił mnie o jej numer. Zmrużyłem lekko oczy. Wyglądało na to, że i ich ‘znajomość’ wróciła na poprzedni tor. Ale to, że Spencer zmieniła fryzurę i tak zauważyłem przed nim. Też mi coś, chciał się popisać swoją spostrzegawczością. Nie potrafiłem tego wyjaśnić, ale lekko mnie to zirytowało. Przeczytałem tylko szybko smsa, w którym Nina przepraszała, że nie da rady i wysyła asystentkę. Schowałem telefon do tylnej kieszeni spodni.
- No już, chodźmy – mruknąłem, patrząc na Stevena. Wyglądał jak zwykle, z kamiennym wyrazem twarzy. Nie wydawał się szczęśliwy z powodu mojego powrotu, ale nigdy nie mówił więcej niż to było konieczne. – Ładnie ci w tej grzywce – zwróciłem się jeszcze do Spencer, ale jakby w obawie, że mogłaby źle zrozumieć moje słowa nie utrzymywałem kontaktu wzrokowego.
Odwróciłem się i podążyłem w ślad za kierowcą, zostawiając pozostałą dwójkę za swoimi plecmi. Wydawało mi się, że Jared coś mówi o mnie, ale wolałem tego nie słuchać. Rozmowa w takim wypadku z Hastings nie była dla mnie niczym przyjemnym. Po tym, co się stało... Nie potrafiłem z nią rozmawiać normalnie. Nawet nie miałem do tego żadnej okazji.
Na zewnątrz było zupełnie ciemno, a do tego smagał nas nieprzyjemny chłodny wiatr zapowiadający szybko zbliżającą się zimę. Otuliłem się szczelniej swoim drogim płaszczem, ale ten nie chronił mnie wystarczająco przed złą pogodą. Modliłem się już tylko o ciepłą kąpiel i lądowanie w łóżku. A droga do samochodu stojącego na parkingu nieźle się dłużyła. Tyle chociaż szczęścia, że lotnisko było praktycznie puste i nikt nie gapił się w naszym kierunku.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz