Westchnęłam cicho pod nosem - czy on teraz będzie ciągle tak jęczeć? Gdyby nie to, że mamy ze sobą na pieńku, to pomyślałabym, że serio może mu coś nie pasować, jednak w takiej sytuacji wiadomo jak to odbieram. Dlatego i owszem, nie robię nic poza wyznaczone mi obowiązki, ponieważ w razie czego, nie będzie miał o co czepiać się mnie, tylko ewentualnie Niny. Tym bardziej, że popełniane przeze mnie błędy mogłyby się odbić na mojej posadzie, więc jeśli wracając podjąłby decyzję o zwolnieniu mnie w ten sposób, nie zamierzałam dawać mu tej satysfakcji.
- Dostałam od niej maila z wytycznymi, więc nie dziw się również, jeśli będą jakieś last second zmiany czasami - odpowiedziałam, nie podnosząc na niego wzroku. I tak nie patrzył, więc nie widziałam potrzeby wlepiać się w jego okutany tors. - I jak na razie zapowiedziała swoją nieobecność na tydzień, może półtorej, ponieważ zamierza załatwić kilka rzeczy osobiście jak wróci do zdrowia i nie będzie miała czasu być przy tobie. - Odchrząknęłam, zdając sobie sprawę, że brzmiałam może oschlej niż powinnam. Jeśli naprawdę chciałam żeby nasza relacja jak kolwiek wróciła do czasu przed pierwszym pocałunkiem, musiałam przestać zachowywać się jak dziecko i nie reagować na jego zachowanie w stosunku do mnie.
Zawiesiłam wzrok na pogodzie za szybką, kiedy padło pytanie, którego się nie spodziewałam. Nie wiedziałam też, co może kombinować ani co się kryło się za propozycją, jednak wolałam nie lecieć od razu na ślepo za jego widzimisie.
- Chyba tak, ale jeszcze nie wiem - odpowiedziałam trochę wymijająco. Musiałam zgarnąć trochę czasu żeby dowiedzieć się, co kombinuje i czy na pewno powinen brać w tym udział.
Nie było jednak czasu na dłuższą rozmowę w tym temacie, ponieważ dojechaliśmy na miejsce. A jakby kłód pod nogi było dzisiaj mało, Steven chyba w najgorszy możliwy sposób przekazał Jake'owi informację o tym, że zostaję dzisiaj u niego na noc - od razu było widać, że wcale a wcale nie widziała mu się taka opcja. Ale przecież ja się o to nie prosiłam! Musiałam ich odebrać z lotniska, upewnić się że wszystko jest okej, więc to nie była moja wina, że taka pogoda nas zastała po przyjeździe na lotnisko!
Do windy zostałam wpuszczona już pierwsza, chociaż nie była to ta sama, co zazwyczaj. Tym razem wjechaliśmy na piętro jego zamieszkania ogólnodostępną windą, w której wesoło rozbrzmiewał nieprzerwanie głos Jareda. Mimo późnej pory on tryskał energią za całą naszą trójkę, dzięki czemu nie wisiała między nami niezręczna cisza. Naprawdę, gdyby nie jego obecność, czekałby nas naprawdę niemiły wieczór, a z nim u boku była może nawet jakaś nadzieja na wstępnie naprawienie naszych stosunków.
Gdy w końcu drzwi do mieszkania zostały otwarte, z prędkością światła wpadły z niego dwie, ciemne smugi. Gdyby nie świadomość, iż Jake posiadał psy, za pewne uciekłabym z powrotem do windy przerażona. Drake i Queen musieli wręcz umierać z tęsknoty za swoim właścicielem, ponieważ bez problemu wyprowadziły go z równowagi i zaczęły lizać jakby był najlepszym na calutkim świacie kawałkiem mięsa. Chłopak nawet z tym nie walczył, sam wydawał się być bardzo stęskniony za swoimi pupilami.
- Przynajmniej ten związek dobrze ci się układa! - zaśmiał się Jared, znikając w głębi mieszkania.
Podążyłam za nim z uśmiechem na ustach, pozwalając Jake'owi zostać samemu z tymi, za którymi tak bardzo tęsknił. Przez chwilę, ale tylko przez chwilę, żałowałam, że na mój widok nie cieszył się chociaż w małym stopniu tak, jak cieszyły go jego zwierzaki. Jakaś część mnie nadal cichutko wierzyła, że ten sex to było kłamstwo... Niestety, od naszego ostatniego spotkania do chwili obecnej nie dał mi żadnych dowodów na to, bym mogła tak myśleć.
- Pijesz coś? - Z zamyślania wyrwał mnie głoś przyjaciela Underwooda.
- Ale co? - spytałam, doganiając go w kuchni.
- Jak to co? Na takie zimno najlepszy jest alkohol! - odpowiedział jakby zaskoczony tym, że mogłam o tym nie pomyśleć. - Preferujesz coś?
- Raczej nie piję... - Nie licząc tego jednego razu, kiedy pierwszy raz poszłam w ślinę z Jake'iem, raczej niewiele miałam wcześniej doświadczenia. Jednak tamta sytuacja sprawiła, że w jego towarzystwie nie chciałam więcej pić. - Ale raczej spasuję.
- Nie nie nie, mi się nie odmawia, będziesz pić z nami! - zarządził mimo moich protestów, wyciągając z szafki trzy kieliszki.
Udałam się za nim do niewielkiego barku i usiadłam na jednym ze stołków. Zmusić i tak by mnie nie zmusił jeśli bym się uparła, ale może małe co nie co pomogłoby rozluźnić całą tą zagmatwaną sytuację... Od tego w końcu był alkohol, nie? Przynajmniej w większych ilościach, więc pozostawało mi liczyć, że Jake'owi jest wciul zimno,tak bardzo bardzo wciul.
- On chyba jeszcze długo nie wstanie - zagadną Jared, wyglądając na korytarz. Naprawdę, gdyby nie jego gadatliwość, wisiałaby między nami ciężka cisza. - Może więc pierwszą kolejkę wypijemy sami? - zaproponował, rozlewając trunek do kieliszków.
- Chciałeś chyba powiedzieć jedną? - poprawiłam go, przyglądając się małym zdobieniom na kieliszkach. Istne arcydzieła sprawnych rąk. Każda śnieżynka wyrzeźbiona przy górze szkła zdawała się mieć swój własny, unikalny wygląd. Smutne, że nikt tego pewnie nie zauważał i tylko pochłaniał ich zawartość.
W odpowiedzi dostałam tylko zawadiacki uśmieszek.
Żałowałam, że Jake nie potrafi taki być. Taki rozmowny, otwarty... Może wtedy udałoby się nam jakoś załatwić tą sytuację, zamiast wciąż się unikać. Nie była to w końcu tylko jego wina, ja również przez poprzedni miesiąc, kiedy była nawet szansa, unikałam go jak ognia. Może powinnam więc zaakceptować to, że teraz on nie chce rozmawiać, teraz on nie chce mnie widzieć, ani ze mną pracować.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz