Czułem głęboką, niewypowiedzianą wdzięczność do Jareda za to, że wydawał się w ogóle nie zauważać dziwnie napiętej i nienaturalnej ciszy pomiędzy mną a Spencer. Nie chciałem zachowywać się tutaj jak dziecko... Ale wewnętrzne głęboko zazwyczaj skrywane ego aż krzyczało we mnie, że zostało potwornie skrzywdzone i to nawet nie kogoś z mojego środowiska! A kiedy tylko zobaczyłem dziewczynę na lotnisku po tak długiej przerwie – w trakcie której wmawiałem sobie gładko że wszystko mi już przeszło – to odnowiła się stara rana. Dlatego właśnie gdyby nie mój przyjaciel, to chyba nie dojechalibyśmy żywi na ostatnie piętro.
Atak nastąpił tak nieoczekiwanie, że nie byłem w stanie się na niego przygotować a impet uderzenia dwóch wielkich psów sprawił, że równowaga poszła w las. Dopiero kiedy Jared i Spencer poszli do kuchni zaśmiałem się cicho, radośnie pod nosem. Kiedy wszystko było nie tak jak powinno, kiedy na planie przytrafiał się paskudny dzień, to właśnie te dwa zwierzaki najlepiej potrafiły postawić mnie na nogi. Ich ogony merdały jak szalone. Ciężko było teraz uznać je za jedną z najbardziej zabójczych ras psów.
Słyszałem w kuchni dźwięk rozmów, co przyniosło odrobinę ulgi. Kiedy podniosłem się z ziemi, wziąłem swoją torbę i skierowałem się do pokoju. Pozaostała dwójka chyba nawet tego nie zauważyła, co obecnie było mi na rękę. Wyciągnąłem telefon i wszedłem w ostatnie wiadomości, po czym odkładając torbę podróżną na łóżko zacząłem wystukiwać smsa do Niny. Jej nieobecność przez tak długi czas zdecydowanie była mi nie na rękę.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz