Nie zaświecałem nawet światła, wchodząc do pokoju. Drake wdarł się tam razem ze mną, ale brakowało mi i tak sił, żeby go przegonić zanim władował się na moje łóżko. Na zewnątrz, za oknami rozszalała się prawdziwa burza. Miękkie światło innych budynków, latarni ulicznych w dole, samochodów i w ogóle całego miasta stanowiło jedyne źródło jasności w pokoju. No i jeszcze mój telefon rzucony na pościel z nie wygaszonym wyświetlaczem. Pogoda sprawiała, że przytulnie był tak po prostu stać w ciepłym mieszkaniu.
Docierały do mnie strzępki rozmowy Jareda i Spencer, ale nie wyłapywałem żadnego sensu konwersacji. Poczłapałem do kuchni, żeby nalać sobie szklankę zimnego mleka. Po takim dniu pełnym wrażeń i stresu nie potrafiłem bez niej zasnąć. Jeśli tamta dwójka chciała przegadać pół nocy, pfi! Co mi do tego? Zamierzałem iść do spania.
Nie wszystko jednak poszło tak gładko jak planowałem. Queen weszła mi prosto pod nogi, kiedy szedłem w stronę lodówki z kubkiem w ręce. Szybki wybór; mogłem ratować albo siebie albo kubek albo drzwi lodówki. Instynkt wygrał. Uratowałem się przed upadkiem, za to jedna szuflada w lodówce wypadła z trzaskiem na płytki a razem z nią dwa słoiki z dżemem i majonezem oraz felerne mleko. Zakląłem głośno, donośnie i bardzo paskudnie. Pies czmychnął w głąb mieszkania, za to obok od razu pojawiła się zaalarmowana hałasem Spencer. Przekląłem ponownie, tym razem tylko w myślach.
- Zaraz się tym zajmę, to nic takiego – uprzedziłem, zanim miałaby ochotę być może w czymś pomóc. Nie miała powodów, żeby to robić. Teraz ‘już się nie lubiliśmy’, poza tym była menagerką nie sprzątaczką. Westchnąłem ciężko i pozbierałem szybko największe kawałki rozbitego białego porcelanowego kubka. Podnosząc się dopiero zauważyłem, że przy kuchennej wyspie pojawił się też Jared.
Miał na ustach swój tajemniczy, a w tym momencie irytujący uśmiech.
- Zamknij się – rzuciłem, teraz już bardziej rozbawiony niż zdenerwowany. I tak nic nie szło po mojej myśli. Chłopak uniósł ręce w górę i zaśmiał się na głos, jakby właśnie przeczytał moje myśli. – Po prostu daj mi posprzątać, a najlepiej przynieś mi jakiś kieliszek.
Jared przez chwilę patrzył na mnie, po czym przeniósł spojrzenie na Spencer. I uśmiechnął się jakoś inaczej. Pochylił się w jej stronę.
- Myślę, że nie brałaś pod uwagę, że wartość pod względem tego czynnika jest po prostu tak niska, że nie warto się po nią nawet schylać – rzucił i odszedł od stołu, zapewnie po coś do picia, śmiejąc się pod nosem.
Zmarszczyłem lekko brwi. Już był pijany czy co? Nie zrozumiałem ani słowa z tego, co jej powiedział, za to Spencer chyba lepiej sobie z tym poradziła. Uniosłem ramiona ku górze i przeszedłem nad mieszanką majonezu i dżemu rozsmarowaną po jasnych kafelkach. Była prawie czwarta w nocy, do diabła z tym. Dean posprząta jutro. Wyciągnąłem tylko z lodówki mleko. Jared zniknął z pola widzenia i zostaliśmy na moment sami. Coś, czego starałem się unikać, bo wiedziałem że nie mamy żadnego tematu do rozmowy.
- Jak mija życie? Wyprowadziłaś się już od matki? – zapytałem, na ułamek sekundy podnosząc na nią wzrok. Atmosfera była dziwna i sztywna, ale miałem nadzieję, ze to pytanie trochę ją przełamie. Może nawet uda nam się wrócić do tego, co było wcześniej? Do luźnego... Kolegowania się. Bez żadnych dodatków. – Wydawało mi się, że chciałaś znaleźć własny kąt – dodałem, niepewny czy to jeszcze aktualne. Nie rozmawialiśmy o takich rzeczach praktycznie od miesiąca i trochę czułem się, jakbym mówił do nieznajomego. Nieznajomego, na którego nie mogę tak po prostu patrzeć z góry, bo za wiele się między nami już wydarzyło.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz