I znów się troszkę nie widzieliśmy. Jeszcze tego samego dnia, kiedy obudziliśmy się do siebie przytuleni, albo raczej ja wtulona w niego, wróciłam do siebie. Albo może raczej powinnam powiedzieć, że wróciłam do zmasakrowanego parteru, ponieważ genialna mamusia chciałam wywietrzyć kuchnię i nie zamknęła okna. Kiedy wróciłam, w domu było zimniej niż na dworze, a do tego podłoga skuta była lodem w okolicach kaloryfera i jego rur. Jak tylko zamknęłam okno, musiałam jak najszybciej pozbyć się śniegu. Mimo małej powierzchni pomieszczenia, nie było to łatwe i spoko białego puchu rozpuściło się na podłodze. Po dziesiątym razie przestałam liczyć upadki, jakie zaliczyłam, jak i siniaki, które potem oglądałam pod prysznicem. Do tego meble... Nie zamierzałam zajmować się wymianą ich tylko po to, żeby mama je znów zniszczyła. O szafkach nawet nie wspomnę,bo i tak nie wyglądały dobrze, więc niewiele bardziej mi to zaszkodziło, jednak stoły oraz krzesła bardzo ucierpiały. Drewo przesiąkło wodą, więc moim ostatnim zadaniem, po wysprzątaniu całej kuchni, było skrócenie ich. W schowku pod schodami miałyśmy takie rzeczy jak siekiera, piła i inne - przydawały się w ogrodzie jak robiło się ciepło. Tak więc raczej mało kto będzie chciał przy nim teraz jeść. Nie to żeby ktoś to robił... Ale cóż, czasem zdarzali się goście, którzy nie przychodzili tylko na ruchanie.
Reszta dni była na szczęście spokojna, chociaż ilość śladów w okolicach moich łokci, kolan, oraz miednicy, była nienajmniejsza. Nie jednak w kwestii liczby, ponieważ większość tych małych zdążyła zblednąć i widoczna była tylko gdy się temu przyglądało, jednak te większe... Były całkiem sporym problemem. Zwłaszcza, że z moim pechem, ciągle w coś uderzałam. Przeszukiwałam również oferty mieszkaniowe, jednak nic nieprzykóło mojej uwagi. Niestety, musiałam szukać czegoś w miarę blisko centrum, żeby mieć więcej możliwości pracy w pobliżu, żeby nie jeżdzić niewiaodmo ile do nich. No i miałabym bliżej do szkoły, a matura zamniej niż pół roku...
Naciągnęłam szalik na nos, zbliżając się do budynku Jake'a. Byłam ciekawa, jak spędził te ostatnie dni, w końcu od tak dawna nie miał żadnego wolnego, jednak cóż... To pytanie nie należało do tych koniecznych, a nie zamierzałam marnować moich naciąganych czterech pytań na takie coś.
Kiedy stanęłam w końcu przed drzwiami do jego mieszkania, musiałam wziąć głęboki wdech. Nina zapowiadała swój powrót na za dwa dni, więc nie miałam wiele czasu na to, żeby zebrać się w sobie i z nim porozmawiać... O tym wszystkim. O tym, żeby mu podziękować za wszystko, czego dzięki niemu mogłam spróbować, za zarobki które pomogą mi wynieść się od matki, za to że od kilku lat zaznałam odpoczynku. Chciałam również życzyć mu powodzenia, chociaż z jego talentem nie jest mu potrzebne. Do tego... Sprawa sexu. Czułam się zdecydowana na to, żeby do tego doszło i rozstać się z nim raz na zawsze.
- Dzień dobry! - krzyknęłam wgłąb mieszkania, wchodząc do środka. Psy od razu przybiegły się ze mną przywitać, a ja nie pozostawałam im dłużna w pieszczotach. - Mamy tam być za godzinę, więc kończy ci się czas!
W sumie tak się zastanawiając, mogłam wyglądać trochę strasznie. Aż dziwne że nie wystarczyłam psów - czarny, gruby płaszcz z podszewką, oraz ogromny kaptur. Góra oczywiście owinięta długim, również ciemnym szalem, na rękach rękawiczki tego samego koloru. Spodnie oraz wysokie kozaki również trzymały się tej samej barwy, więc wyglądałam albo jak mroczny kosiarz zimną, albo jak śniegoodporny włamywacz.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz