Zawsze starałem się najpierw utożsamić z postacią, zanim w ogóle pomyślałem o wypowiedzeniu jej tekstu. Nie ma nic gorszego niż rozpieszczona aktorka w roli biedaczki o potulnym charakterze - wprawne oko od razu zauważy, że coś nie gra, że zachowanie nie do końca pasuje. Pogrążyłem się w myślach, jaką osobą właściwie jest "mój" bohater, czytając kolejne frazy. Właściwie zanurzyłem się w tym na tyle intensywnie, że na początku nie zauważyłem że zastępcza menedżerka weszła do salonu. Dopiero jej głos sprawił że moje myśli i spojrzenie powędrowały w jej stronę.
Hastings miała na sobie całe nowe ubranie, przyjrzałem się jej krytycznym wzrokiem. Nie znalazłem niczego, co trzeba by było zmienić, teraz wyglądem nie odbiegała już tak bardzo od jakiejkolwiek innej kobiety pełniącej ten zawód. No, może była trochę młodsza niż inne w tej profesji. W ogóle dopiero teraz dostrzegłem, że nie może mieć więcej niż dwadzieścia lat. Po wyrażeniu akceptacji chciałem wrócić do czytania scenariusza, ale ona poruszyła jeszcze kwestię gierki.
Sprawa miała się tak, że nie lubiłem przegrywać. Jaki mężczyzna lubił? Ale też będąc osobą niezbyt skorą do kłótni potrafiłem się z tym pogodzić. Tak też było teraz.
- Chyba za dużo sobie wyobrażasz - powiedziałem, unosząc brwi i nie rozumiejąc jej przesadnego zachowania. Ile ona ma, dziesięć lat, że cała uwaga należy jej się tu i teraz? - Powinnaś pamiętać, dla kogo pracujesz, co nie? - uśmiechnąłem się, ale za tym grymasem czaiła się też doza złośliwości. Chyba powinna wiedzieć, że mimo wszystko nie jesteśmy kolegami nawet jeśli wcześniej pozwoliłem jej się zbliżyć do mnie trochę za bardzo i poza kontrolą. Ja jestem jej pracodawcą, a ona ma robić to, co do niej należy.
Dalszą dyskusję na ten temat przerwał rozległy plan. Odłożyłem teks, skupiając się na ważnych rzeczach. W końcu profesjonalizm to moje drugie imię, nie mogę pozwolić czemukolwiek na porażkę. W takiej atmosferze czas zleciał bardzo szybko, wiec zdziwiłem się kiedy wybiła godzina wyjścia z mieszkania. Pożegnałem się z Deanem i dostałem od weterynarzy instrukcję co do psów, po czym oboje wpakowaliśmy się ze Spencer do samochodu, gotowi do odebrania kostiumu.
- Mam jakiś pomysł, bazujący na tym co wiem o przeszłości mojego bohatera, ale specjaliści na pewno będą mieli swoje poprawki - powiedziałem, wyglądając za okno kiedy skręciliśmy w pierwszą szeroką aleję. - Kilka razy już pracowałem nad strojem, nie powinno być ciężko. W końcu to nie ja szyję - zażartowałem dla rozluźnienia nie tylko atmosfery, ale i siebie. Rzadko się stresowałem, życie gwiazdy hartuje do bycia silnym, ale teraz nie było łątwo pozbyć się ssącego uczucia w brzuchu. Minie za chwilę, powtarzałem sobie w myślach.
Zerknąłem na nastolatkę, która chyba stresowała się jeszcze bardziej niż ja. Z jednej strony nic dziwnego, pewnie bycie menedżerem nie jest łatwe, ale z drugiej nie podchodziłem do tego aż tak pesymistycznie. Stuknąłem ją kilkukrotnie palcem po barku, starając się wymyślić coś, co doda jej wiary w powodzenie.
- Moje nazwisko już prawie kupiło tę rolę. Nie zakładam, że coś się nie uda więc ty też nie powinnaś. Wszystko pójdzie gładko, reżyser mnie lubi, może być gorzej z autorką scenariusza, to wredna suka-feministka - powiedziałem, przybierając wespły wyraz twarzy, lekko zażenowany że może pozwoliłem sobie ją tak nazwać w obecności obcej osoby. Nie lubiliśmy się jednak od pierwszego wejrzenia i jeśli ktoś sprawi kłopoty, to właśnie ona.
Podarowałem sobie straszenie tym Spencer, i tak była wystarczająco zdenerwowana. Na miejsce dojechaliśmy po kilkudziesięciu długich minutach, głównie stania w korku. Nowy Jork był zatłoczony o tej godzinie. Niewielkich rozmiarów studio mieściło się w wysokiej na trzy piętra starej, ale odrestaurowanej kamienicy. Za nią stały magazyny z materiałami i kostiumami. Weszliśmy do holu, gdzie nikt nie przypatrywał się nam zbyt nachalnie. Pracownicy przyzwyczajeni byli do gwiazd odwiedzających to miejsce najwidoczniej.
W recepcji powitała nas miła, młoda blondynka, zaprowadziła nas na wyższe piętro i tam musieliśmy chwilę poczekać. Nie za długo na szczęście, bo czas do mojego umówionego obiadu się kurczył. W korytarzu pojawił się starszy ode mnie o co najmniej dziesięć lat mężczyzna. Najpierw zmierzył Spencer niezbyt miłym spojrzeniem, jakby znał ją skądś, a później skupił się na mnie.
- Zapraszam, proszę. Omówimy co i jak. Panna Hastings wchodzi z nami? - wysyczał z ledwo ukrywaną złością. Zaciekawiło mnie, co ta dwójka miała do siebie, ale kulturalnie nie zapytałem o nic, dopóki weszliśmy oboje do pokoju.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz