Wszystko mogło jeszcze się poukładać dobrze - wizja spędzenia miłego obiadu tym bardziej nastrajała mnie pozytywnie. Zerknąłem w kierunku dziewczyny i na niej spoczął mój wzrok, kiedy wypowiedziała magiczne słowo na "p". Przez moment tylko zastanawiałem się, czy powinienem się odzywać w ogóle w tym temacie, ale coś pchnęło mnie do podjęcia rozmowy.
- Kiedy jest się sławnym, ciężko wiedzieć kogo można nazwać przyjacielem. Większość czasu spędza się samemu, bo ludzie albo chcą na tobie zarobić albo przynajmniej zjeść w porządnej restauracji na którą ich nie stać i za to nie płacić - powiedziałem, nie zastanawiając się nad tym, ze mój głos przybrał smutniejszy ton niż dotychczas. - Albo więc jesteś sama albo płacisz za przyjaźń. Tak to działa. A jeśli się martwisz, przedstawię cię jako moją menedżerkę i nie będzie problemu. Części z tych ludzi i tak nie nazwałbym przyjaciółmi. To zbyt wygórowane słowo - zakończyłem, czując że początkowy entuzjazm nieco opada.
Nie chciałem pokazywać po sobie jednak żadnego przygnębienia, dlatego na moment odwróciłem się do okna - staliśmy akurat w potężnym korku - a później już moja twarz się zdecydowanie rozpogodziła. To tylko detale, dlaczego by się tym ktoś miał martwić? Przecież to problemy, które ani nie dotyczą ani pewnie nie obchodzą Hastings. Spojrzałem na nią siedzącą teraz u mojego boku i nie powstrzymałem szczerego śmiechu na jej słowa. Ona też się śmała i ten śmiech brzmiał szokująco... Prawdziwie. Nie wydawało mi się, że udawała kogoś kim nie jest, zazwyczaj dobrze mi szło odczytywanie intencji innych ludzi. Zrobiło mi się ciepło w okolicach serca - bardzo niebezpieczny znak. Ale na chwilę poczułem, że żartowanie z mojego stylu życia to jest coś, co na pewno poprawi mi humor.
- Też zdarza mi się jeść rękami. Tylko nikomu nie mów, bo jeszcze się okaże że jestem człowiekiem a nie robotem, który pamięta tuzin sztućców oraz ich przeznaczenie - zażartowałem, idąc w jej ślady. - A pizzę czasem nawet jem rękami. Katastrofa towarzyska - zaśmiałem się razem z nią.
Zadzwoniłem też w międzyczasie do Jareda, żeby poinformować go że pojawi się ze mną ktoś jeszcze. Nie powiedziałem o szczegółach, bo wydawało mi się to niezbyt istotne, poza tym nawet nie wiedziałem jak przedstawić Spencer. Ostatecznie dojechaliśmy na miejsce co prawda nieco później niż powinniśmy, ale za to w dziwnie dobrych nastrojach. Pod restauracją czekała już dwójka kelnerów, która zaprowadziła nas do mojego ulubionego stolika - tego nieco w głąb lokalu, przy oknie ze świetnym widokiem na ruchliwy plac. Siedziało tam już kilka osób, ale jeszcze nie wszyscy.
Na nasz widok pierwszy podniósł się Jared.
- Jake! - krzyknął entuzjastycznie, jak na moje ucho jednak nieco za głośno. Od razu też podszedł, uścisnęliśmy dłonie i dopiero wtedy jego wzrok spoczął na Spencer. Widocznie myślał przez chwilę, a później się rozpromienił. - A, to nasz niezapowiedziany gość. Nie mówiłeś mi że masz nową dziwczynę. Jak długo? - zapytał zanim którekolwiek z nas zdążyło wyprowadzić go z błędu.
Przy stole siedziały jeszcze dwie dziewczyny i jeden mężczyzna. Angel i Mike'a znałem jeszcze z liceum. Uśmiechnęli się do mnie, kobieta pomachałą nawet ręką. Za to ostatnia z osób była mi zupełnie nieznana.
- Nie jesteśmy razem. To moja zastępcza menedżerka - powiedziałem, patrząc na nieznajomą blondynkę. Nie podobało mi się to, jak wyzywającym spojrzeniem mierzyła mnie spod zbyt grubej maski makijażu. - Długa historia - dodałem, widząc pytające spojrzenie - A to jest...?
- A, aaa! To Lucy - przedstawił, wskazując na nią. - Chodźcie, siadajcie. Lucy to moja nowa dziewczyna. Dawno się nie widzieliśmy, co Jake?
Nagle zalała mnie fala żenującego wstydu. Choć może nie było tego po mnie widać, zacisnąłem palce nieświadomie na ramieniu Spencer. Nikt nie mógł tego zauważyć. Było mi jednak niespotykanie głupio, że nie miałem pojęcia o życiu Jareda. To mój jedyny prawdziwy przyjaciel, a nie rozmawialiśmy chyba od tygodni. Zrobiło mi się głupio, że zaniedbałem jedyną osobę w swoim życiu,która naprawdę niczym na to nie zasłużyła. Spojrzałem na Hastings - i miałem wrażenie, że widzi przeze mnie na wskroś. Puściłem ją i oboje usiedliśmy na sąsiadujących fotelach.
- Opowiadajcie, co u was. Jestem Mike, to Angel - powiedział wysoki brunet, Mike, do mojej towarzyszki. I czekał na jakąkolwiek reakcję z naszej strony.
Ja jednak podejrzliwie mierzyłem Lucy wzrokiem. Zachowywała się dziwnie i w moim mniemaniu - jakby była gotowa rzucić się na mnie w każdej chwili. Może miałem już paranoję, ale jej usta nieustannie układały się w wymalowany na czerwono dzióbek. Postanowiłem się wyluzować - przecież jest dziewczyną Jareda, nie spotykałaby się z nim tylko po to, żeby mnie poznać... Prawda?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz