piątek, 7 kwietnia 2017

35 (26-08-2016)

     Uśmiechnęłam się lekko do Jake'a, nie mówiąc nic. Nie wątpiłam, że jedzenie w takim miejscu na pewno będzie mi smakować, w końcu nie bez powodu ma się te pięć gwiazdek, prawda? Taka ocena zobowiązuje do niemalże perfekcji, bo w końcu nie ma rzeczy idealnych. I oczywiście się nie zawiodłam. Już po pierwszym kęsie poczułam szczęście rozpływające się w ustach. Tak miękkiego i cudownie wypieczonego mięska to nigdy nie jadłam! - i pewnie nigdy więcej nie zjem. I te młode ziemniaczki z koperkiem i bukiet surówek... Jako osoba, która uwielbia jeść czułam się jak w niebie.
     Zaraz potem jednak byłam w niezłym szoku, kiedy spokojny obiad, zmienił się w katastrofę. Wystarczyła do tego krótka chwila, butelka wina i nasza niewinna tapeciara. Istne szaleństwo, nawet Jake stracił cierpliwość, kiedy Lucy rzuciła się na niego z próbami wyczyszczenia go. Aż zadziwiające, że jej chłopak nie zareagował - jakby całkowicie po nim spływał fakt, że jego kobieta przylepiła się do jego przyjaciela i bardziej niż wielką plamą na koszuli, przejmuję się tymi niewidocznymi maleństwami na jego spodniach. Zwłaszcza tymi na i przy kroczu.
     - A może jednak jeszcze... - Nie poddawała się. Mimo iż gwiazdor powiedział jej "dość", ona chyba uważała, że to jakaś zadziorna zabawa.
     Na twarzy Jake'a było widać rosnącą złość. Nie było wątpliwości, że musiał się hamować z wielu powodów, choć do głowy przychodziło mi tylko kilka: jego przyjaciel, fakt że byliśmy w restauracji - a co za tym idzie ludzie go rozpoznawali, a nawet jeśli nie, to i tak patrzyli co się dzieje. Jako dobra menadżerka musiałam opanować sytuację i nie dopuścić do tego, aby mój pracodawca wplątał się w awanturę.
     - A może jednak już wystarczy - wtrąciłam się, zabierając jej z rąk chustę. - Powiedział "dość", co znaczy, że masz przestać, ale rozumiem, że dla kogoś z taką ilością tapety, to może być zbyt trudne słowo. - Nie powinnam wiem, ale i we mnie się już przelewało bo jej dzisiejszym wyczynie i po Hansie. Jeśli naprawdę myślała, że może mnie zastraszyć robiąc mi krzywdę, to się grubo myliła.
     - Ja przynajmniej wyglądam jak ludzie, a ty zwyczajnie nie wiesz, co dla niego dobre - syknęła Lucy, wyszarpując mu z ręki materiał i znów próbując dobrać się jakoś do Jake'a.
     Moja czara spokoju się przelewała. Próbowałam zachować się jakoś, ale nie i ja potrzebowałam sobie pokrzyczeć - z resztą lepiej ja niż Underwood. W razie czego po prostu mnie zwolni i znienawidzi za zniszczenie obiadu, bo ja nie zamierzałam już siedzieć cicho, nie przy takiej wywłoce człowieka.
     - Może najpierw powinnaś zastanowić się, co jest dobre dla mężczyzny, z którym tutaj przyszłaś? - uśmiechnęłam się do niej sztucznie, wytrącając jej z ręki chustę, która upadła gdzieś pod stół. Jake od razu się cofnął, jakby bał się, że będzie coś spod niego kombinować, jeśli się schyli po materiał. - Wybacz Jared, nie znam Cię i nie życzę Ci źle, ale twojej kobiecie zależy tylko na twoim przyjacielu! - Wiadomo chyba, na kogo wskazałam.
     - To nie prawda! - zaprzeczyła. Brzmiało to dosyć żałośnie i słabo, zważając na to, że nie powiedziała do niego pieszczotliwie, nie próbowała go przytulić albo złapać za rękę... No kompletnie nic, nawet na niego nie spojrzała. Mimo zaprzeczania, wykazała zero jakiegokolwiek uczucia.
     - A więc już zapomniałaś o tym, jak groziłaś mi w łazience i przytrzasnęłaś rękę? Czy może pamięć krótkookresowa to też twoja słaba strona? - Jeśli sądziła, że o tym nie powiem, to była naprawdę głupia.
     Umiała jednak grać w tą "grę". Na jej twarzy nie było widać zawahania ani żadnej innej emocji, która by ją zdradzała. Znaczyło to tylko tyle, że już nie raz odstawiała takie sceny. Stawiało mnie to na bardzo, ale to bardzo przegranej pozycji - co bym nie powiedziała, Jared i tak uwierzy Lucy. Mike i Angel zapewne też, wyglądali jakby już się trochę znali, a Jake... Nie znałam go na tyle, żeby wiedzieć, czy stanie po stronie dziewczyny, którą dopiero co poznał, czy może wesprze dziewczynę najlepszego przyjaciela?
     - Mówisz o momencie, w którym powiedziałaś mi, że przytrzaśniesz sobie rękę drzwiami i zwalisz wszystko na mnie, żeby mieć Jake'a tylko dla siebie? - odbiła piłeczkę, robiąc istnie suczą minę.
     Tego było za wiele. Gotowało się we mnie na samą myśl, że może mnie tak oczerniać. Nic nie wkurzało mnie bardziej niż obłudne kłamstwa, które przewyższały głoszenie prawdy.
     - W przeciwieństwie do Ciebie, ja znam swoje miejsce i wiem, że kiedy dzisiejszy dzień się skończy, zniknę z jego życia i wrócę do mycia podłóg. - Nie byłam szczęśliwa z tego, czym się zajmowałam, ale nie wstydziłam się tego.
     - Swoją twarzą? Słusznie, bo wyglądasz jak szmata! - Posłała mi ten swój niby słodziutki uśmieszek i zaśmiała się.
     W tym momencie pozbyłam się wszystkich hamulcy. Może udawać sobie kogo chce, ale będę się jej stawiać kiedy będzie rzucać na mnie oszczerstwa. A kiedy dołoży do tego takie słownictwo w moim kierunku... Może być pewna, że nie zamierzam grać ulgowo.
     - To i tak jest tysiąc razy lepsze od tego, co ty prezentujesz! Aż mi apetyt odebrało, jak przyszłam do restauracji i Cię zobaczyłam - W przeciwieństwie do niej nie potrzebowałam przekleństw, żeby okazać swoją wyższość. - Aż mi przykro na myśl, że Jaredowi może serio na Tobie zależeć!
     - Zazdrościsz i tyle! - Warknęła. Czyżby ktoś nie wiedział co powiedzieć?
     - Czego niby?! Tego, że nie potrafisz docenić tego, że fajny facet Cię lubi, bo zależy Ci tylko na kasie? A może powinnam zazdrościć Ci tej paskudnej twarzy, którą ukrywasz pod tą toną makijażu?! I nie zapominajmy o tych szalenie słabo wykonanych piersiach i pośladach, które widać z kilometra! - Nie kłamałam. Widać było, że nie są naturalne, choć może nie aż z tak daleka. Ale w nerwach wszystko się wyolbrzymia.
     - A Ty... - zaczęła, ale nie zamierzałam pozwolić jej dojść do głosu.
     - A ja mam dość takich dziuń jak ty, które nie potrafią docenić niczego, co nie da się wycenić i nie ma markowej metki! - Zbyt wiele takich poczwar chodziło po świecie. - Obyś szczerzła samotnie! - wysyczałam, pochylając się w jej stronę.
     Lucy pewnie nie wiedziała, co powiedzieć, bo zalała się łzami i uciekła od naszego stolika. Nie wiedziałam, czy poleciała do łazienki czy może wybiegła z restauracji, ale nie specjalnie mnie obchodziła ta zakłamana cizia.
     Dopiero wtedy zwróciłam uwagę na to, że chyba każdy w restauracji patrzył w naszą stronę. Jednak najgorsze miny mieli Ci, którzy siedzieli przy naszym stoliku. Nie widziałam tylko twarzy Jake'a, ale bałam się nawet na niego spojrzeć.
     Spuściłam wzrok i westchnęłam ciężko.
     - To ja... Pójdę do samochodu po zapasową koszulę - powiedziałam znacznie ciszej niż jeszcze przed chwilą się odzywałam.
     Szybko wycofałam się z "miejsca wypadku" i czym prędzej opuściłam restaurację. Dopiero wtedy, szukając po parkingu auta gwiazdora, z szoferem w zestawie oczywiście, poczułam jak pierwsze łzy lecą mi z oczu. Nie dlatego, że jej słowa mnie zabolały, a dlatego, że mogłam sobie teraz tylko wyobrażać, jak bardzo nie znosi mnie teraz Jake i jak bardzo siary mu nie robiłam.
     Zapukałam delikatnie w szybę, kiedy w końcu znalazłam pojazd.
     - Hej, potrzebuję zapasowej koszuli dla Jake'a, mógłbyś mi ją dać? - poprosiłam grzecznie jego szofera.
     Mężczyzna bez słowa wysiadł podszedł do bagażnika, skąd wyjął to, o co go prosiłam. Oprócz koszuli dostałam również materiałową chusteczkę.
     - Dziękuję - powiedziałam, ocierając łzy z policzka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER