Nie mogłem uwierzyć, że tak to wszystko gładko poszło, co więcej - w ogóle nie oczekiwałem, że Spencer przeprosi blondynkę i Jareda za swoje słowa. Pewnie w większości były prawdą, zdawałem sobie z tego sprawę, bo nawet sam to zaobserwowałem. Ale serce chyba we mnie sporo urosło, słysząc jej słowa i to, że Lucy odpowiedziała mniej więcej tym samym. A więc spotkanie było ustalone - kolacja u mnie w mieszkaniu, wieczorem pojutrze lub o dzień później. Umówiliśmy się z Jaredem, że będziemy pod telefonem. Miałem szczerą nadzieję, że nic mi nie wypadnie i że spędzimy ten wieczór jak przyjaciele. Chociaż nieco zawiodło mnie to, że tak po prostu wybaczył swojej dziewczynie to jak zmacała mnie chwilę temu. Spotkanie tylko we dwoje kiedyś byłoby bardzo dobrym pomysłem w gruncie rzeczy. Nie tylko o tym chciałbym z nim porozmawiać.
Wyglądało na to, że spór chociaż powierzchownie, to jest zażegnany. Poprosiłem Jareda, żeby przekazał pożegnanie Angel i Mikeowi i obiecałem, że kiedyś jeszcze wypadniemy razem. Kenerowi przed wyjściem podałem numer, z którego przeleję mu pieniądze na obiad i w ten sposób wyszliśmy z restauracji. Odrobinę spóźnieni, ale chyba nadal w czasie.
W samochodzie Spencer odezwała się pierwsza. Nieco mnie to zdziwiło - uważałem, że już wyjaśniłem wszystko i nie trzeba było o tym rozmawiać. Nawet złość ze mnie uleciała jakoś w międzyczasie, pewnie kiedy zmieniałem koszulę na czystą.
- Już nie musisz się tak za to kamieniować - zażartowałem, uśmiechając się do niej lekko, ale szczerze. Naprawdę pozbyłem się wszystkich złych emocji. - Jared to... - po chwili zastanowienia się nie wiedziałem jak go opisać. Nie istniały wystarczająco duże słowa, żeby to zrobić. - To mój jedyny przyjaciel. Jedyna osoba, której mógłbym oddać wszystko co mam.
Czasem miałem wrażenie, że nawet ważniejszy jest od moich rodziców, którzy zazwyczaj byli przewrażliwieni na moim punkcie lub niezbyt się mną interesowali, zaślepieni majątkiem i pieniędzmi. Nie powiedziałem tego na głos. Na wprowadzanie Spencer do mojego życia prywatnego tak daleko jest za wcześnie. Rozsiadłem się wygodniej na fotelu, kiedy samochód ruszył. Na szczęście korki zmalały nieco.
- Wiem że za kilka dni nie będzie już nas wiązał kontrakt. Dlatego jeśli spędzenie wieczoru w towarzstwie moim, Jareda i Lucy miałby zabrać ci za dużo czasu przeznaczonego na pracę albo na naukę... - zawachałem się. Nie chciałem, żeby pomyślała, że mogę kupić jej czas albo towarzystwo. Tych najważniejszych ludzi, najczęściej też tych którzy nie mają wiele nie da się kupić. Zdawałem sobie z tego sprawę. - Nie chcę mówić,że ci za to zapłacę. Ale mogę jakoś pomóc znaleźć ci pracę w tym biznesie aktorskim, stałą posadę jeśli się wykażesz odpowiednimi umiejętnościami. Ta kolacja i ten człowiek naprawdę są dla mnie ważni - podkreśliłem po raz kolejny.
Rzecz w tym, że nie mam w rzeczywistości niczego, co mogłoby ją przekupić. Liczyłem na to, że mi pomoże, tak o, sama z siebie, ale jeśli nie to byłem gotowy oddać jej wiele za ten czas. Znałem ją na tyle dobrze, żeby zauważyć, że jej kręgosłup moralny był silniejszy niż niejednego dorosłego na wysokim stanowisku społecznym.
- Wyskoczysz po kostium? Czy Steven ma pójść? Jeśli nie chcesz widzieć się z Hansem, to nie będzie dla niego problem - zaproponowałem, kiedy dosłownie po chwili znaleźliśmy się pod studiem. Na szczęście wydawało mi się, że mieścimy się w czasie. Uda się. Dzisiejszy dzień na pewno się uda.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz