Dzień zaczęłam od kąpieli, która nigdy nie zajmowała mi dużo czasu. Wolałam szybko załatwić co trzeba i wyjść, niż lać wodę jakby była ona za darmo. Następnym krokiem było ubranie się w moje ukochane, domowe dresy, bluzę oraz grube skarpety z paliczkami, nie chciałam się w końcu przeziębić. Następnym krokiem było śniadanie, na które szczęśliwie starczyło mi produktów - kanapka z szynką i pomidorem była czymś w stylu mojego codziennego rytuału posiłkowego na dzień dobry. Na sałatkę dla mamy jednak już nie miałam, ani na cokolwiek innego, więc bez zbędnych ceregieli naciągnęłam na mokrą głowę kaptur, a nogi wsadziłam w cięższe, zimowe buty i pobiegłam do super marketu po drugiej stronie ulicy.
O godzinie szóstej zaczynało się życie w takich okolicach jak ta. Otwierały się sklepy, pierwsze samochody ruszały w drogę oraz ludzie przypominający zombie sunęli się powolnie do pracy. Byli też tacy, jak ja, którzy w domowych ciuchach dreptali do sklepu, aby kupić świeże pieczywo, a potem znów wrócić do swoich ciepłych mieszkań. Na ulicach nie zabrakło również dzieci o smętnych twarzach, które najchętniej nawet nie zbliżałyby się do szkoły.
Po powrocie do domu przygotowałam mamie sałatkę i schowałam do lodówki. Znajomi zawsze się dziwili, czemu tak o nią dbam, kiedy dla niej ewidentnie byłam tylko mułem. Odpowiedź była bardzo prosta - nie byłam jak ona. Miałam miękkie serce, nie potrafiłam jej nienawidzić ani się na nią wypiąć, bo w końcu była to moja matka. Matka, dla której liczył się tylko ojciec.
Dalej na mojej liście było naprawienie drzwi, co poszło mi dosyć sprawnie. Robotnicy okazali się niezwykłą delikatnością w torowaniu sobie drzwi do mojego pokoju, co mile mnie zaskoczyło. Dzięki temu, iż nie próbowali wybić ich na tak zwanego chama, po dwóch minutach moje drzwi były jak nowe! Skończenie tej czynności wiązało się również z tym, że... Zostało mi w sumie usiąść tylko do lekcji.
** some wasted time later **
Doskonale słyszałam, że mój telefon dzwonił. Byłam jednak zbyt skupiona na obliczaniu zadań z matematyki, żeby się spieszyć go odebrać - nikt i nic nie mogło przerwać mi mojej burzy mózgowej!
Jak się okazało, dzwonił Jake. Ani razu nie dopuścił mnie do głosu, a ja nie bardzo wiedziałam, o co mu chodziło. Jeśli chciał dać mi tylko ubrania, to wystarczyło powiedzieć, bym po nie przyjechała. Chyba, że chciał razem z nimi dać należne mi za wczoraj pieniądze - byłoby miło, od razu bym wykorzystała ten dzień na zrobienie niezbędnych zakupów, czyli czegoś poza jedzeniem. Ewentualnie chciał pogadać o tym, że wiedział doskonale, że leżałam na jego podłodze, kiedy się wczoraj rozebrał, i... Owszem, mój wzrok wtedy już przyzwyczaił się do ciemności, więc pobieżnie tak, może trochę, nawet ze sporą radością, mogłam się mu przyjrzeć w pełniej prawie okazałości.
Kiedy zauważyłam przez okno, jak parkuje przed domem, szybko wyszłam z pokoju. Mama jeszcze spała, a ja nie chciałam, żeby nie daj bóg obudziła się, kiedy by się tutaj znalazł. Musiałam więc wykazać się poniekąd brakiem kultury i powiedzieć mu, że niestety nie mogę zaprosić go do środka.
Była prawie godzina dziewiąta, więc na dworze było już trochę cieplej, choć niewiele więcej. Po wczorajszych deszczach pogoda nadal była taka nijaka, a kiedy zbierał się wiatr, robiło się po prosu zimno. Szczęśliwie włosy miałam już suche, więc nie bałam się wyjść z odkrytą głową. Buty jednak założyłam te same, co na wyjście do sklepu - w inne nie wcisnęłabym grubych skarpet, które wesoło wystawały mi z butów. A to tylko dlatego, że miałam w zwyczaju naciągać je na spodnie.
Poprawiłam wysoki kucyk na mojej głowie, któremu bliżej było do bałaganu niż do normalnej fryzury, i wyszłam aktorowi na spotkanie. Nie zależnie od tego, jaką sprawę miał do mnie zakładałam, że dużo czasu nam to nie zajmie. Dlatego też nie widziałam potrzeby odstawiania się przed nim, skoro i tak miałam zamiar zaraz wrócić do domu - i tak już mnie widział wczoraj, kiedy kompletnie nie byłam sobą, a teraz miał okazję zobaczyć trochę mojego prawdziwego, domowego ja, którego się nie wstydziłam. Duże, ciepłe i przede wszystkim wygodne rzeczy były tym, co ubóstwiałam najbardziej.
- No proszę proszę, co za gwiazda mi tu z nieba spadła? - Powitałam go z uśmiechem, choć zaraz potem musiałam przybrać trochę poważniejszy ton. - W domu niestety mamy zasadę - nie wnosić nic z kosmosu, tak że wybacz, ale zasady to zasady. - No dobra, oprócz mamy, to również wstydziłam się tego, jak mieszkam po tym, co widziałam u niego. U niego wszystko tak lśniło i było takie nowe... A u mnie mimo sprzątania wiek mebli robił swoje, przez co wyglądały na brudne po prostu. - Wyglądasz dużo lepiej niż wczoraj - powiedziałam, szybko zmieniając temat. Rzeczywiście wydawał się jakiś taki pełniejszy życia i wypoczęty.
Nie bałam się, że któryś z sąsiadów go rozpozna. Tutaj ludzi obchodzili inni tylko wtedy, kiedy byli za głośno lub kiedy śmiecili na ich posesji - nie robiliśmy żadnej z tych rzeczy, więc wiedziałam, że nikt nie zwróci na nas uwagi.
- Nie chce zabrzmieć zachłannie, ale niezależnie od tego, co cię tutaj sprowadza, fajnie by było dostać wypłatę, skoro się spisałam. - Normalnie nie miałam problemu upominać się o moje pieniądze, jednak przy nim byłam taka... Skrępowana. Nie widziałam w nim mojego szefa, więc żądanie od niego pieniędzy sprawiało, że nie czułam się najlepiej. - I w ogóle jak znalazłeś na to czas? Widziałam wczoraj przecież twój grafik, masz dosyć napięty plan - powiedziałam z przejęciem. - Jeśli z mojego powodu zaniedbujesz jakieś zajęcia, to masz w tej chwili wracać do pracy! - To co robił miało wielkie znaczenie dla jego kariery i fanów. Nie powinien tego zaniedbywać z mojego powodu. Ja z kolei powinnam zacząć mówić mniej, bo już czułam te wszystkie głupoty, które z nerwów cisnęły mi się na usta.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz