Wydawało mi się, że Spencer usłyszała mój wewnętrzny krzyk i pędem przybiegła na górę, pojawiając się w drzwiach. Ale przedstawienie, które tutaj mi zaserwowano chyba dopiero się zaczynało. Nawet przez chwilę zastanawiałem się czy to nie jakiś chory sen i może zaraz obudzę się z niego jak z najgorszego koszmaru, dziękując wszystkim bogom w myślach, że to mi się tylko wydawało.
Nic nie wskazywało tylko na to, że faktycznie mi się to tylko śni. Wszystko było przerażająco realistyczne, od kobiety w drzwiach w samym ręczniku przez Spencer, która nie mogła wejść do pokoju, po uchylone okno, przez które nawet o tej porze roku wlatywały komary ciągnące do źródła jedzenia i przyćmionego światła. Na zewnątrz było tak ciemno przez zalegające na niebie chmury, jakby wcale nie był ranek a wieczór. To wszystko było surrealistyczne i chyba tylko dlatego zauważyłem te ostatnie. Z szoku jednak skutecznie wyrwało mnie stwierdzenie czarnowłosej. Że... Że co ona właśnie zainsynuowała? Nie, to musi się w końcu skończyć, zanim naprawdę stracę nad sobą panowanie i zrobię coś, czego będę mógł żałować.
- Proszę się zachowywać poważnie. Nie interesuje mnie pani, ani to co jest pod ręcznikiem. Przyszedłem tu ze Spencer i chyba najlepiej będzie jak stąd wyjdziemy - spojrzałem nad jej ramieniem na Hastings.
Nie wiem czy właśnie nie pożałowałem swojej decyzji, ale jak tylko zostaniemy sami chyba należeć mi się będzie solidne tłumaczenie tego wszystkiego. Mój wzrok był chłodny, może wręcz surowy, ale to nie było skierowane na Spencer. Rosnąca we mnie złość musiała w końcu znaleźć jakiś upust. Niekoniecznie chciałem wyładowywać się na kimś obcym.
Miałem wrażenie, że cała sytuacja wymyka się spod kontroli po raz kolejny. Czarnowłosa wywróciła oczami wzdychając przy tym teatralnie i wydawało mi się, że może w końcu odpuści sobie to przedstawienie, ale kiedy tylko zerknęła przez ramię na dziewczynę, w jej oczach znów zabłysnęło coś niebezpiecznego. O nie, zdążyłem pomyśleć. Tego wszystkiego robi się za wiele.
Wyprostowała się i oceniła dziewczynę wzrokiem. Spencer, co dostrzegłem dopiero później, miała na sobie wczorajsze ubranie, na które założyła bluzę, w której mnie przywitała. To chyba nie spodobało się drugiej kobiecie, bo doskoczyła do niej szybko, starając się ciągnąć i zaczynając szarpać bluzę. Wydawało mi się, że brązowowłosa bardzo tego swetra nie chce się pozbyć. Zrobiłem krok naprzód, kiedy szamocząc się obie wyszły na korytarz.
- No dalej, zdejmuj to! Masz wyglądać jak ludzie, chyba nie uczyłam cię nosić starych wyciągniętych bluz do eleganckich strojów! - syczała starsza z kobiet, starając się na wszystkie sposoby zdjąć ciemne ubranie. Ale Spencer też radziła sobie dobrze, starając się za wszelką cenę zostaćw bluzie. - Co masz... Tam... pod spodem że nie chcesz tego pokazać? Może nic? - zapytała z wysiłkiem, bo większą część energii zdecydowanie wkładała w szarpaninę.
Tego było za wiele. Znalazłem się przy nich w ciągu ułamka sekund i mocno złapałem ciemnowłosą za ramię, unieruchamiając ją. Wszystko przypominało jakąś masakryczną komedię, w której wolałbym nie brać udziału. Obydwie dyszały ciężko i kiedy wydawało mi się, że sytuacja jest opanowana...
Ręcznik osunął się na podłogę. Opadł na nią zwiewnie i z gracją, przedstawiając wszystko w pełnej okazałości. Jęknąłem tylko, odwracając się energicznie. Dlaczego wszystko musi iść tak strasznie źle i nie po mojej myśli? Czym na to zasłużyłem? W okropnej ciszy, jaka zapadła na kilka chwil nie starałem się nawet oddychać. Ten bieg spraw równo zaskoczył wszystkich, chyba nawet czarnowłosą kobietę, bo przestała się wyrywać.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz