wtorek, 19 września 2017

217






        Dobrze. Tak jest przecież dobrze. Tak miało być.
        Powtarzałem to sobie, kiedy Spencer drgnęła po raz pierwszy. Nawet nie otworzyła ust. Może nie zamierzała do tego nic dodać? Jakaś część mnie oczekiwała, że będzie się z tym kłócić, że wyrzuci z siebie swoje zdanie, jak zawsze. Nic się nie stało. Tylko drgnięcie. Ani kawałka emocji na jej twarzy, w ruchach, w niczym. Mrugnąłem w momencie, kiedy drzwi się zatrzasnęły i miałem wrażenie, że to jedno mrugnięcie sprawiło, że coś przegapiłem. Że stało się coś ważnego, czego nie udało mi się zanotować.
        Przecież jest tak, jak powinno być. Teraz będzie lepiej. Będzie dobrze.
        Kłamstwo powtórzone odpowiednią ilość razy miało obowiązek stać się w końcu prawdą. Powtarzałem to jedno słowo, oszukując się i nawet nie starając się tego ukryć. Zaciskane na kanapie palce wcale nie sprawiły, że poczułem się lepiej. Ból paznokci wbijanych w wewnętrzną część dłoni, w zaciśniętej pięści nieco mnie otrzeźwił.
        A czego się spodziewałem? Że mi podziękuje? Przynajmniej udało mi się osiągnąć jeden cel. Skończyć to całe gówno szybko, bez przeciągania. I bez scen.
        Podniosłem się z miejsca i oparłem pokusie, żeby rozbić wielkie lustro, w którym odbijała się cała reszta pokoju. Ostatkiem sił woli odwróciłem się i odszedłem, na korytarzu kierując się do swojej garderoby, żeby resztę przerwy spożytkować na przebranie się i poprawienie wizerunku.

        Podciągnąłem nogi z podłogi na kanapę i skupiłem się na swoim miejscu. Ogromny, płaski ekran telewizora wiszącego na ścianie był wyciszony, a obrazy skakały na nim, tworząc w ciemnym wnętrzu różnokolorowe, migające mozaiki świateł i cieni, na które nie zwracałem większej uwagi. Monotonne przyciskanie tego samego przycisku do przełączania kanałów sprawiało mi jedyną przyjemność, jakiej mogłem tego wieczora oczekiwać. Kiedy szukałem czegoś do oglądania – i o zgrozo, wiedziałem, że na żadnym z pięciuset kanałów nie ma niczego, na co naprawdę mam ochotę patrzeć – nie musiałem zbyt wiele myśleć o wszystkim innym.  O rzeczach, które czekały tylko na uchylenie furtki i dostanie się do mojej świadomości. Blokowałem je z nieznaną sobie samemu siłą, patrząc na kolejne ruchome klatki na ekranie i nie starając się zrozumieć ich złożonego sensu. Nie patrzyłem świadomie na to, co oglądały moje oczy, dlatego skakanie z programu na program nie było niczym trudnym. Otwarta butelka z whisky kołysała się powoli w mojej drugiej ręce, a poziom napoju w niej niebezpiecznie zbliżał się do połowy. Kto by pomyślał, że kiedy wchodziłem do domu była jeszcze pełna?
        Klik. Klik. Klik.
        Nie obchodziło mnie nic. Ani widok na ruchliwą nawet o tej porze ulicę ani wspomnienia, które wiązały się z każdym kątem tego apartamentu. W każdym, gdybym się rozejrzał, udałoby mi się znaleźć Spencer. Chyba dlatego właśnie uparcie wpatrywałem się w telewizor.
        Nie umiałem sobie nawet przypomnieć, jak się rozstaliśmy. Kiedy sesja się skończyła, po prostu odsunęliśmy się od siebie, a kiedy światła kierowane na nas zgasły, wszystko się skończyło. I niestety, ale brzmiało to tak samo ostentacyjnie, jak i sprawiało, że się czułem. Zniknęła gdzieś za drzwiami garderoby i już więcej jej nie zobaczyłem. Musiała uciec zanim skończyłem albo czekała, aż wyjdę i odjadę. Przycisnąłem chłodną szyjkę butelki do ust i pociągnąłem kilka łyków. Przynajmniej ta pieprzona sesja się udała… Przynajmniej tyle dzisiaj z tego.
        Czy się w niej zakochałem? Teraz przyznałem przed samym sobą, że tak. Teraz, kiedy było już za późno. Ale może to i lepiej. Może oszczędziłem nam czegoś jeszcze gorszego.
        Tyle przeżyłeś, przeżyjesz i to… — mruknąłem, przełączając w międzyczasie kolejny program.
        Nie pamiętam, kiedy zasnąłem, z głową odrzuconą do tyłu, włączonym telewizorem, butelką alkoholu w jednej dłoni i pilotem w drugiej. Być może wykończyły mnie wypite procenty, zmęczenie tego dnia albo jeszcze coś innego. Pamiętałem tylko tyle, że rano obudziłem się w paskudnym nastroju.

        — Będę po pana wieczorem, panie Underwood, proszę dobrze wykorzystać swoją przerwę. — Steven odwrócił się lekko w stronę środkowego lusterka, zatrzymując samochód przed budynkiem. Telefon dzwonił natrętnie już piąty raz z rzędu, a ja zbierałem wszystkie papiery i ubrania przygotowane na plan, jednocześnie starając się nie rozlać kawy, która przyjemnie pachniała. Parowała, nadal była gorąca. — Pomóc?
        Zawahałem się, ale tylko krótko, oceniając swoje możliwości.
        Nie. Zaparkuj gdzieś samochód, widzimy się za dwie godziny.
        Nie czekając na jego odpowiedź otworzyłem drzwi od strony chodnika i ze wszystkim, co znajdowało się na tylnej kanapie, wyszedłem z pojazdu. Steve patrzył jak znikam w holu wieżowca, a później skręcił w lewo i włączył się do ruchu samochodowego.
        Akurat przecinałem hol na przestrzał, kiedy zatrzymało mnie czyjeś nawoływanie. Odwróciłem się do kobiety, która prawie biegła w moim kierunku z naręczem listów w dłoniach. Zdążyłem tylko unieść brwi, musiała już rozpoznawać ten gest, bo zaczęła wymachiwać rękami jak szalona. Przystanąłem i odwróciłem się na pięcie w jej kierunku.
        O co chodzi? Nie przyjmuję tutaj listów od fanów, tylko prywatna poczta — zastrzegłem, zanim zdążyła chociaż zaczerpnąć tchu.
       Jak ona w ogóle mogła biegać na takich cieniutkich obcasach i w tak obcisłej, choć eleganckiej spódnicy? Obsługa w recepcji tego wieżowca naprawdę potrafiła mnie zaszokować.
        — To nie to, panie Underwood — zaczerpnęła tchu. Tylko po to, żeby jeszcze bardziej energicznie kręcić głową. — To nie to. Same prywatne listy, tak jak pan sobie zażyczył. Żadnych fanów. Przeselekcjonowane. Naprawdę.
        Nie mogłem powstrzymać lekkiego uśmiechu. Zdradziecki wyraz twarzy, sam wkradł się na moje usta.
        Chyba jesteś tu nowa, bo cię nie kojarzę — rzuciłem, rozbawiony. — W każdym razie, dzięki. Dobra robota.
        Cudem jedynie udało mi się wygospodarować odrobinę wolnego miejsca między kciukiem i palcem wskazującym, w które złapałem pocztę i udałem się prosto do windy, nie czekając aż recepcjonistka jakkolwiek skomentuje moje słowa. Gdybym się chociaż odwrócił, zauważyłbym, jak oblewa się pąsowym rumieńcem i powoli kręci głową, układając dłonie na biodrach. Skąd miałem właściwie wiedzieć, że pracuje tu już od trzech miesięcy?
        Wchodząc do holu czułem, jak ogarnia mnie zmęczenie. Klucze szczęknęły w zamku, to był przyjemny, znajomy odgłos. Uspokajający wręcz. Wszedłem do przestronnego holu, ale nie pomyślałem o odłożeniu listów, ubrań i innych szpargałów na komodę. W pierwszej chwili usłyszałem śmiech. Damski śmiech, przyciszone głosy, skoczną muzykę. Co do jasnej cholery? Zmarszczyłem brwi, przechodząc przez próg do korytarza. O tej porze powinien tu być jedynie…
        Zatrzymałem się na wysokości wyspy kuchennej, z twarzą skierowaną w stronę salonu.
        Czy to sen? A może kolejny koszmar? Opuściłem powoli dłonie, zapominając zupełnie o wszystkim, co w nich trzymałem. Naręcze listów wysunęło się powoli z moich palców i rozsypało po podłodze, a gorąca kawa trzymana w tej samej ręce przechyliła się nieznacznie. Wystarczająco, żeby wolnym strumieniem lać się spokojnie na białe koperty i moczyć wszystko, co znalazło się na podłodze.
        Ale mnie to nie interesowało. Patrzyłem na ducha Spencer, który wyglądał… Zupełnie jak ona. Tak, jak ją zapamiętałem. A jednak było w niej coś innego. Niepodobnie do wszystkich snów z jej udziałem, przed moimi oczami śmiała się i promieniała wręcz od wesołości, trzymana w objęciach Deana. Do tej pory zawsze w mojej głowie była zła lub smutna. Jęknąłem przeciągle, mrugając oczami, żeby pozbyć się tego widoku z pamięci i z głowy.
      Scena jednak nie chciała zniknąć mi sprzed oczu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER