Dobrze. Tak jest przecież dobrze. Tak
miało być.
Powtarzałem to sobie, kiedy Spencer
drgnęła po raz pierwszy. Nawet nie otworzyła ust. Może nie zamierzała do tego
nic dodać? Jakaś część mnie oczekiwała, że będzie się z tym kłócić, że wyrzuci
z siebie swoje zdanie, jak zawsze. Nic się nie stało. Tylko drgnięcie. Ani
kawałka emocji na jej twarzy, w ruchach, w niczym. Mrugnąłem w momencie, kiedy
drzwi się zatrzasnęły i miałem wrażenie, że to jedno mrugnięcie sprawiło, że
coś przegapiłem. Że stało się coś ważnego, czego nie udało mi się zanotować.
Przecież jest tak, jak powinno być. Teraz
będzie lepiej. Będzie dobrze.
Kłamstwo powtórzone odpowiednią ilość
razy miało obowiązek stać się w końcu prawdą. Powtarzałem to jedno słowo,
oszukując się i nawet nie starając się tego ukryć. Zaciskane na kanapie palce
wcale nie sprawiły, że poczułem się lepiej. Ból paznokci wbijanych w wewnętrzną
część dłoni, w zaciśniętej pięści nieco mnie otrzeźwił.
A czego się spodziewałem? Że mi
podziękuje? Przynajmniej udało mi się osiągnąć jeden cel. Skończyć to całe
gówno szybko, bez przeciągania. I bez scen.
Podniosłem się z miejsca i oparłem
pokusie, żeby rozbić wielkie lustro, w którym odbijała się cała reszta pokoju.
Ostatkiem sił woli odwróciłem się i odszedłem, na korytarzu kierując się do swojej
garderoby, żeby resztę przerwy spożytkować na przebranie się i poprawienie
wizerunku.
Podciągnąłem nogi z podłogi na kanapę i
skupiłem się na swoim miejscu. Ogromny, płaski ekran telewizora wiszącego na
ścianie był wyciszony, a obrazy skakały na nim, tworząc w ciemnym wnętrzu
różnokolorowe, migające mozaiki świateł i cieni, na które nie zwracałem
większej uwagi. Monotonne przyciskanie tego samego przycisku do przełączania
kanałów sprawiało mi jedyną przyjemność, jakiej mogłem tego wieczora oczekiwać.
Kiedy szukałem czegoś do oglądania – i o zgrozo, wiedziałem, że na żadnym z
pięciuset kanałów nie ma niczego, na co naprawdę mam ochotę patrzeć – nie musiałem
zbyt wiele myśleć o wszystkim innym. O
rzeczach, które czekały tylko na uchylenie furtki i dostanie się do mojej
świadomości. Blokowałem je z nieznaną sobie samemu siłą, patrząc na kolejne
ruchome klatki na ekranie i nie starając się zrozumieć ich złożonego sensu. Nie
patrzyłem świadomie na to, co oglądały moje oczy, dlatego skakanie z programu
na program nie było niczym trudnym. Otwarta butelka z whisky kołysała się
powoli w mojej drugiej ręce, a poziom napoju w niej niebezpiecznie zbliżał się
do połowy. Kto by pomyślał, że kiedy wchodziłem do domu była jeszcze pełna?
Klik. Klik. Klik.
Nie obchodziło mnie nic. Ani widok na
ruchliwą nawet o tej porze ulicę ani wspomnienia, które wiązały się z każdym
kątem tego apartamentu. W każdym, gdybym się rozejrzał, udałoby mi się znaleźć
Spencer. Chyba dlatego właśnie uparcie wpatrywałem się w telewizor.
Nie umiałem sobie nawet przypomnieć,
jak się rozstaliśmy. Kiedy sesja się skończyła, po prostu odsunęliśmy się od
siebie, a kiedy światła kierowane na nas zgasły, wszystko się skończyło. I
niestety, ale brzmiało to tak samo ostentacyjnie, jak i sprawiało, że się
czułem. Zniknęła gdzieś za drzwiami garderoby i już więcej jej nie zobaczyłem.
Musiała uciec zanim skończyłem albo czekała, aż wyjdę i odjadę. Przycisnąłem
chłodną szyjkę butelki do ust i pociągnąłem kilka łyków. Przynajmniej ta
pieprzona sesja się udała… Przynajmniej tyle dzisiaj z tego.
Czy się w niej zakochałem? Teraz
przyznałem przed samym sobą, że tak. Teraz, kiedy było już za późno. Ale może
to i lepiej. Może oszczędziłem nam czegoś jeszcze gorszego.
— Tyle przeżyłeś, przeżyjesz i to… —
mruknąłem, przełączając w międzyczasie kolejny program.
Nie pamiętam, kiedy zasnąłem, z głową
odrzuconą do tyłu, włączonym telewizorem, butelką alkoholu w jednej dłoni i
pilotem w drugiej. Być może wykończyły mnie wypite procenty, zmęczenie tego
dnia albo jeszcze coś innego. Pamiętałem tylko tyle, że rano obudziłem się w
paskudnym nastroju.
— Będę po pana wieczorem, panie
Underwood, proszę dobrze wykorzystać swoją przerwę. — Steven odwrócił się lekko
w stronę środkowego lusterka, zatrzymując samochód przed budynkiem. Telefon
dzwonił natrętnie już piąty raz z rzędu, a ja zbierałem wszystkie papiery i
ubrania przygotowane na plan, jednocześnie starając się nie rozlać kawy, która
przyjemnie pachniała. Parowała, nadal była gorąca. — Pomóc?
Zawahałem się, ale tylko krótko,
oceniając swoje możliwości.
— Nie. Zaparkuj gdzieś samochód,
widzimy się za dwie godziny.
Nie czekając na jego odpowiedź
otworzyłem drzwi od strony chodnika i ze wszystkim, co znajdowało się na tylnej
kanapie, wyszedłem z pojazdu. Steve patrzył jak znikam w holu wieżowca, a
później skręcił w lewo i włączył się do ruchu samochodowego.
Akurat przecinałem hol na przestrzał,
kiedy zatrzymało mnie czyjeś nawoływanie. Odwróciłem się do kobiety, która
prawie biegła w moim kierunku z naręczem listów w dłoniach. Zdążyłem tylko
unieść brwi, musiała już rozpoznawać ten gest, bo zaczęła wymachiwać rękami jak
szalona. Przystanąłem i odwróciłem się na pięcie w jej kierunku.
— O co chodzi? Nie przyjmuję tutaj
listów od fanów, tylko prywatna poczta — zastrzegłem, zanim zdążyła chociaż
zaczerpnąć tchu.
Jak ona w ogóle mogła biegać na takich
cieniutkich obcasach i w tak obcisłej, choć eleganckiej spódnicy? Obsługa w
recepcji tego wieżowca naprawdę potrafiła mnie zaszokować.
— To nie to, panie Underwood —
zaczerpnęła tchu. Tylko po to, żeby jeszcze bardziej energicznie kręcić głową.
— To nie to. Same prywatne listy, tak jak pan sobie zażyczył. Żadnych fanów.
Przeselekcjonowane. Naprawdę.
Nie mogłem powstrzymać lekkiego
uśmiechu. Zdradziecki wyraz twarzy, sam wkradł się na moje usta.
— Chyba jesteś tu nowa, bo cię nie
kojarzę — rzuciłem, rozbawiony. — W każdym razie, dzięki. Dobra robota.
Cudem jedynie udało mi się
wygospodarować odrobinę wolnego miejsca między kciukiem i palcem wskazującym, w
które złapałem pocztę i udałem się prosto do windy, nie czekając aż
recepcjonistka jakkolwiek skomentuje moje słowa. Gdybym się chociaż odwrócił,
zauważyłbym, jak oblewa się pąsowym rumieńcem i powoli kręci głową, układając
dłonie na biodrach. Skąd miałem właściwie wiedzieć, że pracuje tu już od trzech
miesięcy?
Wchodząc do holu czułem, jak ogarnia
mnie zmęczenie. Klucze szczęknęły w zamku, to był przyjemny, znajomy odgłos.
Uspokajający wręcz. Wszedłem do przestronnego holu, ale nie pomyślałem o
odłożeniu listów, ubrań i innych szpargałów na komodę. W pierwszej chwili
usłyszałem śmiech. Damski śmiech, przyciszone głosy, skoczną muzykę. Co do
jasnej cholery? Zmarszczyłem brwi, przechodząc przez próg do korytarza. O tej
porze powinien tu być jedynie…
Zatrzymałem się na wysokości wyspy
kuchennej, z twarzą skierowaną w stronę salonu.
Czy to sen? A może kolejny koszmar?
Opuściłem powoli dłonie, zapominając zupełnie o wszystkim, co w nich trzymałem.
Naręcze listów wysunęło się powoli z moich palców i rozsypało po podłodze, a
gorąca kawa trzymana w tej samej ręce przechyliła się nieznacznie.
Wystarczająco, żeby wolnym strumieniem lać się spokojnie na białe koperty i
moczyć wszystko, co znalazło się na podłodze.
Ale mnie to nie interesowało. Patrzyłem
na ducha Spencer, który wyglądał… Zupełnie jak ona. Tak, jak ją zapamiętałem. A
jednak było w niej coś innego. Niepodobnie do wszystkich snów z jej udziałem,
przed moimi oczami śmiała się i promieniała wręcz od wesołości, trzymana w
objęciach Deana. Do tej pory zawsze w mojej głowie była zła lub smutna.
Jęknąłem przeciągle, mrugając oczami, żeby pozbyć się tego widoku z pamięci i z
głowy.
Scena jednak nie chciała zniknąć mi
sprzed oczu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz