wtorek, 19 września 2017

218

     Nie chciałam przychodzić do tego domu. Mimo wszystko bałam się znów go spotkać... Nie zebrałam się na odwagę żeby z nim porozmawiać o mnie, o nim... O nas. Jeśli w ogóle kiedykolwiek można to było tak określić. Teraz już na pewno było po wszystkim, sam to skreślił, pewnie nawet nigdy tego nie chciał... I chciałam może również wierzyć, że tak naprawdę też do niego nic nie czułam. Pierwsza miłość podobno boli najbardziej... A ja bałam się rozerwania pozornie zaleczonych ran.
     Kiedy tylko przekroczyliśmy próg, musiałam walczyć z zmorami przeszłości, których głosy i delikatne kontury zdawałam się widzieć kiedy pozwalałam sobie myślami uciekać. Widziałam nasz taniec, wspólną noc, Jareda i Lucy, przesłuchiwanie menadżerów i więcej. Głowa pękała mi w szwach, jednak nie byłam sama - to mnie ratowało. Dean już od dłuższego czasu był dla mnie takim rycerzem w lśniącej zbroi. W momencie, kiedy po prostu wszystko się ode mnie odwróciło - szkoła, Jake, mama... On był. Dał mi dach nad głową i wsparcie, które i być może uratowało mnie nawet od depresji bo... Zostałam z niczym. Dosłownie, pieniądze zarobione u Jake'a nie miały dla mnie znaczenia w obliczu tego, jak wszystko wokół mnie się zawaliło.
     - Widzę ktoś bardzo nie lubi sprzątać - rzucił, spoglądając na mnie zza ramienia. - Mogę Ci sprzątnąć ten grymas z twarzy swoją różową miotłą.
     Prychnęłam tylko, próbując skupić się tylko i wyłącznie na nim dla mojego psychicznego dobra. Póki się nie przyzwyczaję, a mieliśmy tu trochę zostać, szykował się ciężki czas.
     - Dalej nie wierzę w to, że masz różowy zestaw Pani domu...
     - Poważnie mówię, nie wiem czy on to sam zamawiał i się zagapił czy może po prostu liczył, że wymieni mnie na uroczą obsługę domową, ale cóż. - Po ostatnim słowie wyciągnął z szafy swój sprzęt.
     Nie wierzyłam w to, co właśnie ukazało się moim oczom. Nie tylko Dean naprawdę miał różową miotłę, ale również różowy mop, różowe wiadro, różową szufelkę i zmiotkę, razem z różowymi rękawicami. Już wtedy było mi ciężko powstrzymać się od śmiechu, jednak po chwili na głowie Deana pojawił się różowy czepek, a na biodrach przewiązał różowy fartuszek w białe kropki.
     Nie mogłam oddychać. Wydawałam z siebie tylko sapiąco-podobne dźwięki, którym towarzyszyły strumienie łez przecinające moją twarz. Pomijając fakt, że na moim brzuchu zapewne zaczął rysować się pokaźny kaloryfer, podparłam się o wezgłowie kanapy. Nogi trzęsły mi się jak galarety, odmawiając wykonania innego rozkazu, niż posłanie mnie na podłogę.
     - W-weź mi... P-p... Przypomnij, gdzieeeee jest... Ł-ł-łłłazienka, hahaha! - wydusiłam w końcu z siebie, wyglądając przy tym zapewne jak burak.
     - Nawet psy sikają na dworze, nie każ mi i martwić się o twoje wyprowadzanie - zaśmiał się Dean.

** fast forward kilka minutek **

     - Sama nie wiem...
     Nie przekonywał mnie ten pomysł, raczej wręcz powodowało to konflikt z tym, co faktycznie mieliśmy robić, a tak mi się przynajmniej zdawało. No i słabo szło mi wywijanie solo, co dopiero z miotłą u boku?
     - Nie przejmuj się, to nie pierwsza i nie ostatnia taka rzecz - stwierdził, podchodząc do wierzy stereo. - Teraz musisz się tylko wczuć i... - Reszty nie usłyszałam, ponieważ muzyka skutecznie zgubiła jego głos wśród skocznych dźwięków.
     Nie był to początek piosenki, jednak Deanowi nie robiło to różnicy. Ostatnią rzeczą która nam została, żeby móc w końcu wybrać się do kina, było zmycie i wytarcie podłogi. Po wszystkim mieliśmy również wrócić wyprowadzić psy Jake'a, bo o ile do mieszkania nie wchodziłam odkąd przestałam z nim pracować, prawie codziennie towarzyszyłam Deanowi w wieczornych spacerach ze zwierzętami.
     Chłopak od razu przeszedł do energicznych ruchów mopem po podłodze. Jego kocie ruchy zawstydziłyby nie jedną lasencję z klubu, a już na pewno zawstydziły mnie. NIGDY nie będę umiała ruszać się tak dobrze, ale to NIGDY... Chyba że wypracował to sprzątając mopem to wtedy mógł mieć pewność, że w naszym mieszkaniu podłoga będzie czyszczona kilka razy dziennie.
     Próbowałam podążać jego ruchami ze swoją szczotką, na którą nałożyliśmy szmatę, żeby od razu wycierać podłogę. Początkowo szło mi ok.rop.nie. Miałam ochotę wyłączyć tą muzykę i zrobić to normalnie, jednak Dean nie przewidywał takiego planu. Widząc moje zniechęcenie złapał mnie za rękę i wciągnął na mokrą jeszcze podłogę. Lata doświadczenia pozwoliły mi łapać równowagę prawie tak dobrze jak on, jednak i tak musiał mnie mocno trzymać w pasie, żebym się nie wywróciła.
     Zaczęliśmy tańczyć bardziej chyba ze sobą, niż sprzątać, jednak ciężko było nie przyznać, że... Bawiłam się świetnie. Bujałam się na boki, dzierżąc w jednej dłoni różową miotłę,  a w drugiej jego dłoń. Wtedy zaczął nami kręcić. Dostałam lekkich zawrotów, śmiejąc się przy tym znów jak szalona, ponieważ od upadku dzieliły nas, albo przynajmniej mnie, krótkie chwile.
     Szesnaście, siedemnaście, osiemnaście, dziewiętnaście...
     - Boże Jake! - wykrzyknęłam nagle, kiedy w końcu go dostrzegłam. 
     Stos papierów i kawa, które właśnie stawały się jedną kupą śmieci, zapewne przed chwilą były w jego rękach. Czyżby mój widok aż tak go zszokował, że wszystko upadło mu z rąk? Wiedziałam, że nie powinnam była przychodzić, nie chciał mnie widzieć...
     Wyślizgnęłam się z objęcia Deana i zaczęłam ślizgać się w stronę Jake'ka. Chłopak od razu poleciał wyłączyć muzykę i tłumaczyć moją obecność, podczas gdy ja zaliczyłam przed aktorem, nie pierwszą, spektakularną glebę - nawet nie drgnął.
     - Przepraszam, Panie Underwood. Poprosiłem ją dzisiaj o pomoc, żeby móc szybciej...
     - Przestań - przerwałam mu. - Wiedziałam jaka jest sytuacja, a i tak... Przepraszam. - Patrząc na Jake'a z poziomu podłogi, nie wiedziałam nawet, jak się do niego odnieść. Po imieniu? Po nazwisku? Per Pan? - J-ja nie powinnam była przychodzić... 
      Uciekając wzorkiem od jego twarzy, z powrotem kawa i listy zwróciły moją uwagę. Nie powinnam się tym przejmować, powinnam podnieść się, ubrać buty, kurtkę i wyjść... Ale mimo całego wyparcia i tego jak zareagował na moją obecność, cieszyłam się jego widokiem. W jakiś sposób koiło mnie zobaczenie go w końcu twarzą w twarz, a nie tylko w telewizji, kiedy wychodził nowy odcinek serialu.
     Dobrze Cię widzieć Jake, mimo tego jak nagle mnie wyrzuciłeś. Akurat wtedy i moja matka zdecydowała się pozbyć mnie z domu, a do szkoły nie mogłam wrócić, ale hej! Zdałam maturę, mam dach nad głową i całkiem porządną pracę dzięki swojemu wachlarzowi doświadczeń. Czy coś poza tym? Pewnie nie pamiętasz, ale byłam w tobie zakochana... Byłam - fajnie by było, gdyby to słowo nadal pasowało, prawda? Ale patrząc na ciebie nabieram wątpliwości, czy kiedyś się wyleczę z mojej pierwszej miłości.
     Odchrząknęłam cicho, próbując odgonić od siebie te potoki myśli, które aż cisnęły się do ust.
     Dean wrócił do tłumaczenia się Jake'owi i zbierania zalanych papierów, podczas gdy ja dalej tak siedziałam, pocierając obolałą kostkę.
     Proszę, tylko nie skręcona...
     Gdzieś między słowami odchodzącego Deana wyłapałam coś, co chyba było skierowane do mnie. Mówił coś o lodzie czy czymś zimnym... Nie byłam w stanie się wsłuchać, zbyt głośno i zbyt wiele Spencer na raz gadało w mojej głowie, zachęcając mnie do najróżniejszych decyzji.
     - Nie trzeba! - odkrzyknęłam do niego. - Zaraz sobie pójdę, tylko się jakoś... - Nie dokończyłam sentencji, próbując podnieść się z pomocą kanapy, przy której kilka minut temu zalewałam się łzami ze śmiechu. Wzięłam wdech, podwinęłam nogę i... - Auć! - Yup, jednak skręcona. Nie byłam w stanie oprzeć na niej ciężaru ciała, ani chociaż postawić poprawnie stopy na płaskim.
     A jak do tej pory wszystko szło pięknie. Pracownik miesiąca, przyjaźń z Deanem, ta wyprzedaż w środę, cudowna nowa knajpka. I nawet miałam jechać pierwszy raz w góry na ten staż, chciałam się nauczyć jeździć na snowboardzie albo nartach, wypróbować łyżwy... A teraz to zostaną mi chyba tylko atrakcje hotelowe.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER