Nie
potrafiłem sprecyzować, ile czasu stałem tak i patrzyłem na obrazek odgrywający
się w dużym pokoju. Jasne światło przebijało się przez przeszkloną ścianę i na
tym jasnym tle tańczyły w swoich objęciach dwie bardzo znajome sylwetki. Być
może grała też muzyka – ale tego już nie potrafiłem stwierdzić. Wszystko
najpierw zatrzymało się gwałtownie, a później rzuciło do ucieczki w tył. W
mgnieniu oka mój umysł znalazł się przy wszystkich wydarzeniach zeszłego roku,
zanim zdążyłem go powstrzymać, on już wertował karty wspomnień, rozgrzebywał
dawne rany, a co najlepsze, wcale nie doszukiwał się w tym sensu. Po prostu
przed oczami migały mi różne oblicza Spencer, miejsc i rzeczy, które razem
robiliśmy.
Granica, na której zorientowałem się,
że być może to jawa, a nie sen, była mglista i niewyraźna. Pewne było jedynie
to, że do momentu, kiedy przyjąłem do świadomości, że to nie duch ani mara
nocna, pół gorącej kawy było już na ziemi i tworzyło małą powódź wokół listów.
Co zabawne, w ogóle mnie to nie obeszło. Otępiała, niezdolna do świadomości
część mojego mózgu cieszyła się, że w rękach nagle zrobiło mi się lekko.
Gapiłem się na tą dwójkę, kiedy
przekrzykiwali się między sobą w wytłumaczeniach. I czułem się, jakby owinął
mnie gruby koc niezdolności do zrozumienia, co takiego mówią. Patrzyłem to po
jednym, to po drugim, praktycznie nie ruszając się o cal. Pozwoliłem Deanowi
pozbierać listy.
Kolejny etap tej sytuacji był jednak
gorszy i dopiero nadciągał.
Domyślanie się, co ta dwójka robi tutaj
razem i to w takiej pozycji zajęło w moim odczuciu całe wieki. W rzeczywistości
minęło jednak zaledwie uderzenie serca.
A niech to… Wolałem utknąć w
przekonaniu, że cały ten miniony rok był jedną wielką pomyłką albo w ogóle
nigdy się nie wydarzył. Fakty jak kawałki puzzli wskakiwały na swoje miejsca, a
mi aż zakręciło się w głowie, kiedy spojrzałem na dół, prosto w oczy Spencer.
— Masz rację — odezwałem się w końcu, a
mój głos przypominał zamarzniętą bryłę lodu. Sam nie potrafiłem go poznać i nie
miałem pojęcia, skąd się wziął. Słowa układały się w mojej głowie z
zadziwiającą jasnością i łatwością, choć nie potrafiłem zinterpretować uczuć,
jakie za nimi stały. — Nie powinnaś się tutaj w ogóle pojawiać.
Bynajmniej nie dbałem o to, w jakiej
pozycji stawia mnie takie zachowanie. Widok tej dwójki razem… Spowodował, że
nie potrafiłem kontrolować tego zachowania. Gdybym potrafił trzeźwo ocenić
sytuację, zauważyłbym z pewnością jak wyostrzają się rysy twarzy Deana, jak na
moment zamiera przy sprzątaniu wyrządzonego przeze mnie bałaganu. Jak Spencer
unosi lekko dłoń, naje mu sygnał, żeby tego nie komentował. To wszystko teraz
jednak było poza moim zasięgiem. Czułem, jak budzi się we mnie wściekle paląca
złość. Trawiła wszystko, co stanęło na mojej drodze. I w tym momencie była o
Hastings.
— Dean — zacząłem, przenosząc na mężczyznę
puste spojrzenie i przekręcając w jego kierunku twarz, na której nie malował
się absolutnie żaden wyraz. Chłopak podniósł się z kolan, w dłoni miał listy;
część z nich nie nadawała się już do niczego, część udało mu się najwyraźniej
uratować. — Chyba jasno się wyraziłem, kiedy ustalaliśmy zasady pracy w tym
miejscu. Żadnych gości, żadnych znajomych nie ma tu wstępu poza tobą. Mam nadzieję, że masz świadomość sytuacji, w
jakiej teraz się postawiłeś? — Stałem prosto, patrząc na jego twarz
bez uciekania wzrokiem w bok. Czułem, jak wściekłość smaga mnie swoim
rozgrzanym do białości batem, jak dłonie drżą mi niekontrolowanie.
Poza złością było w tym coś więcej. Coś
głębiej, do czego bałem się sięgać. Miałem wrażenie, że otwarcie tych uczuć zakopanych
głęboko w skrzyni będzie jak igranie z puszką Pandory. Skupiałem się więc na
złości, nie mogąc nawet już spojrzeć w kierunku dziewczyny. Nie chciałem jej
widzieć. Nie… Nie mogłem znieść jej widoku. Na myśl, co ta dwójka robiła tutaj
razem żołądek niebezpiecznie podjeżdżał mi go gardła, przekręcał się i skręcał boleśnie.
— Do tej pory potrafiłem ci zaufać, a
teraz… — zawiesiłem głos, szukając jakiegoś punktu oparcia. Miałem ochotę
wyciągnąć go za drzwi i kazać już nigdy się tu nie pojawiać. Ocuciła mnie nieco
świadomość, jak daleko popycha mnie złość. Wydawało mi się, że wyraz mojej
twarzy nieco złagodniał. — Możecie wyjść.
Dean otworzył usta natychmiast, jakby
chciał coś powiedzieć. Zamknął je równie szybko. Jakby bił się z myślami, co
teraz odpowiedzieć.
Odwróciłem się plecami w ich stronę i
ruszyłem powoli, w obawie postawienia niepewnie każdego kroku, w stronę kuchni.
Na blacie wyspy wylądowały ubrania i kilka scenariuszy, z hukiem upadły też
klucze do mieszkania i telefon, który akurat w tym momencie ponownie zaczął
dzwonić. Zacisnąłem palce na krawędzi blatu i podniosłem spojrzenie prosto
przed siebie, wbite w przestrzeń.
— Nie skończyliśmy… To znaczy, nie
skończyłem jeszcze sprzątać, panie Underwood — cicho odezwał się męski głos.
Był zaskakująco opanowany, nawet odrobinę nie zadrgał.
Potrząsnąłem wolno głową, nie
odwracając się w stronę tamtej dwójki. Miałem ochotę krzyczeć, kazać im się
stąd wynosić. I to natychmiast. Zamiast tego mocniej zacisnąłem palce na
blacie, aż pobielały mi knykcie. Odezwałem się dopiero, kiedy miałem pewność, że żadna niechciana emocja nie zmieni tego, co chciałem im przekazać. Że głos mi się nie złamie w połowie zdania albo nie podniesie nagle o kika niepotrzebnych tonów.
— Po prostu się stąd wynoście —
powiedziałem, nie ruszając się ze swojego miejsca.
Mój głos, choć przyciszony i pozbawiony
niemal tonu, bezbarwny, bardzo wyraźnie rozniósł się w panującej w mieszkaniu
ciszy.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz