środa, 20 września 2017

219







       Nie potrafiłem sprecyzować, ile czasu stałem tak i patrzyłem na obrazek odgrywający się w dużym pokoju. Jasne światło przebijało się przez przeszkloną ścianę i na tym jasnym tle tańczyły w swoich objęciach dwie bardzo znajome sylwetki. Być może grała też muzyka – ale tego już nie potrafiłem stwierdzić. Wszystko najpierw zatrzymało się gwałtownie, a później rzuciło do ucieczki w tył. W mgnieniu oka mój umysł znalazł się przy wszystkich wydarzeniach zeszłego roku, zanim zdążyłem go powstrzymać, on już wertował karty wspomnień, rozgrzebywał dawne rany, a co najlepsze, wcale nie doszukiwał się w tym sensu. Po prostu przed oczami migały mi różne oblicza Spencer, miejsc i rzeczy, które razem robiliśmy.
        Granica, na której zorientowałem się, że być może to jawa, a nie sen, była mglista i niewyraźna. Pewne było jedynie to, że do momentu, kiedy przyjąłem do świadomości, że to nie duch ani mara nocna, pół gorącej kawy było już na ziemi i tworzyło małą powódź wokół listów. Co zabawne, w ogóle mnie to nie obeszło. Otępiała, niezdolna do świadomości część mojego mózgu cieszyła się, że w rękach nagle zrobiło mi się lekko.
        Gapiłem się na tą dwójkę, kiedy przekrzykiwali się między sobą w wytłumaczeniach. I czułem się, jakby owinął mnie gruby koc niezdolności do zrozumienia, co takiego mówią. Patrzyłem to po jednym, to po drugim, praktycznie nie ruszając się o cal. Pozwoliłem Deanowi pozbierać listy.
        Kolejny etap tej sytuacji był jednak gorszy i dopiero nadciągał.
        Domyślanie się, co ta dwójka robi tutaj razem i to w takiej pozycji zajęło w moim odczuciu całe wieki. W rzeczywistości minęło jednak zaledwie uderzenie serca.
        A niech to… Wolałem utknąć w przekonaniu, że cały ten miniony rok był jedną wielką pomyłką albo w ogóle nigdy się nie wydarzył. Fakty jak kawałki puzzli wskakiwały na swoje miejsca, a mi aż zakręciło się w głowie, kiedy spojrzałem na dół, prosto w oczy Spencer.
        Masz rację — odezwałem się w końcu, a mój głos przypominał zamarzniętą bryłę lodu. Sam nie potrafiłem go poznać i nie miałem pojęcia, skąd się wziął. Słowa układały się w mojej głowie z zadziwiającą jasnością i łatwością, choć nie potrafiłem zinterpretować uczuć, jakie za nimi stały. — Nie powinnaś się tutaj w ogóle pojawiać.
        Bynajmniej nie dbałem o to, w jakiej pozycji stawia mnie takie zachowanie. Widok tej dwójki razem… Spowodował, że nie potrafiłem kontrolować tego zachowania. Gdybym potrafił trzeźwo ocenić sytuację, zauważyłbym z pewnością jak wyostrzają się rysy twarzy Deana, jak na moment zamiera przy sprzątaniu wyrządzonego przeze mnie bałaganu. Jak Spencer unosi lekko dłoń, naje mu sygnał, żeby tego nie komentował. To wszystko teraz jednak było poza moim zasięgiem. Czułem, jak budzi się we mnie wściekle paląca złość. Trawiła wszystko, co stanęło na mojej drodze. I w tym momencie była o Hastings.
        Dean — zacząłem, przenosząc na mężczyznę puste spojrzenie i przekręcając w jego kierunku twarz, na której nie malował się absolutnie żaden wyraz. Chłopak podniósł się z kolan, w dłoni miał listy; część z nich nie nadawała się już do niczego, część udało mu się najwyraźniej uratować. — Chyba jasno się wyraziłem, kiedy ustalaliśmy zasady pracy w tym miejscu. Żadnych gości, żadnych znajomych nie ma tu wstępu poza tobą. Mam nadzieję, że masz świadomość sytuacji, w jakiej teraz się postawiłeś? — Stałem prosto, patrząc na jego twarz bez uciekania wzrokiem w bok. Czułem, jak wściekłość smaga mnie swoim rozgrzanym do białości batem, jak dłonie drżą mi niekontrolowanie.
        Poza złością było w tym coś więcej. Coś głębiej, do czego bałem się sięgać. Miałem wrażenie, że otwarcie tych uczuć zakopanych głęboko w skrzyni będzie jak igranie z puszką Pandory. Skupiałem się więc na złości, nie mogąc nawet już spojrzeć w kierunku dziewczyny. Nie chciałem jej widzieć. Nie… Nie mogłem znieść jej widoku. Na myśl, co ta dwójka robiła tutaj razem żołądek niebezpiecznie podjeżdżał mi go gardła, przekręcał się i skręcał boleśnie.
        Do tej pory potrafiłem ci zaufać, a teraz… — zawiesiłem głos, szukając jakiegoś punktu oparcia. Miałem ochotę wyciągnąć go za drzwi i kazać już nigdy się tu nie pojawiać. Ocuciła mnie nieco świadomość, jak daleko popycha mnie złość. Wydawało mi się, że wyraz mojej twarzy nieco złagodniał. — Możecie wyjść.
        Dean otworzył usta natychmiast, jakby chciał coś powiedzieć. Zamknął je równie szybko. Jakby bił się z myślami, co teraz odpowiedzieć.
        Odwróciłem się plecami w ich stronę i ruszyłem powoli, w obawie postawienia niepewnie każdego kroku, w stronę kuchni. Na blacie wyspy wylądowały ubrania i kilka scenariuszy, z hukiem upadły też klucze do mieszkania i telefon, który akurat w tym momencie ponownie zaczął dzwonić. Zacisnąłem palce na krawędzi blatu i podniosłem spojrzenie prosto przed siebie, wbite w przestrzeń.
        — Nie skończyliśmy… To znaczy, nie skończyłem jeszcze sprzątać, panie Underwood — cicho odezwał się męski głos. Był zaskakująco opanowany, nawet odrobinę nie zadrgał.
        Potrząsnąłem wolno głową, nie odwracając się w stronę tamtej dwójki. Miałem ochotę krzyczeć, kazać im się stąd wynosić. I to natychmiast. Zamiast tego mocniej zacisnąłem palce na blacie, aż pobielały mi knykcie. Odezwałem się dopiero, kiedy miałem pewność, że żadna niechciana emocja nie zmieni tego, co chciałem im przekazać. Że głos mi się nie złamie w połowie zdania albo nie podniesie nagle o kika niepotrzebnych tonów.
        Po prostu się stąd wynoście — powiedziałem, nie ruszając się ze swojego miejsca.
        Mój głos, choć przyciszony i pozbawiony niemal tonu, bezbarwny, bardzo wyraźnie rozniósł się w panującej w mieszkaniu ciszy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER