środa, 20 września 2017

220

     Zatrzymałam się w połowie ruchu tak, jakby Jake zamiast coś powiedzieć, kopnął mnie w brzuch. Albo walnął w twarz, splunął, przeciągnął po podłodze do zsypu na śmieci. Wiedziałam, że coś jest nie tak, ale myślałam, że po prostu byłam mu solą w oku po tym, jak nie skończyliśmy w łóżku... Ale definitywnie coś więcej było na rzeczy. Jego słowa, zachowanie... Zwłaszcza wobec Deana. Umowa nie umową, ale mimo iż nie krzyczał, ani nie powiedział tego na głos, było wiadome, że traktował nie tyle nas, co Deana w szczególności w taki sposób z mojego powodu. Czy... On ten... Czy rzeczywiście...
     - Miałaś rację - powiedział cicho chłopak, podchodząc do mnie. - Zbierajmy się zanim straci cierpliwość...
     Zanim on straci cierpliwość? ZANIM.ON.STRACI.CIERPLIWOŚĆ?
     Zaciskałam zęby, powtarzając sobie "Nie, musisz się uspokoić. Wdech... I wydech..." ale nie działało. Coś we mnie po prostu się rwało, żeby w końcu nie trzymać tech emocji w sobie. Całe moje życie w sumie opierało się na kłamaniu i ukrywaniu tego, co myślałam, co czułam, czego chciałam... Ale to się zmieniło. Ja się zmieniłam... Odkąd mogłam zacząć nowy start, stałam się lepszą wersją siebie - a ona nie lubiła siedzieć cicho.
     - A może w końcu zdejmiesz tą pieprzoną maskę i powiesz mi o co chodzi?! - Jak tylko Dean pomógł podnieść mi się do pionu, skoczyłam w stronę drzwi do kuchni, żeby mieć pewność że Jake wyraźnie słyszy co mówię oraz wie, że było to skierowane do niego. Chłopak stanął za mną jak mur, powtarzając w kółko, żebym nic nie mówiła i żebyśmy wyszli, jak nam nakazał. - A może wolisz dalej mnie nienawidzić bez wyraźnego powodu i również każdego, kto się do mnie zbliży?! - Wszystkie te... Emocje i myśli, które trzymałam w sobie przez ten czas urosły do rozmiarów, w których nie umiałam je przekazać spokojnie jak cywilizowany człowiek. - Czy może...!
     - Bardzo przepraszam Panie Underwood, już się zabieramy. - Kiedy w końcu udało się Deanowi mnie uciszyć, złapał mnie w pasie i zaczął odciągać od Jake'a.
     Próbowałam się szarpać, ale był silniejszy ode mnie. Nie było to zaskoczeniem, patrząc na to, iż nawet dzieci umiały wykazywać więcej tężyzny fizycznej ode mnie. Ale i tak się nie poddawałam, ponieważ jeszcze nie skończyłam! Nie zdążyłam mu praktycznie nic wygarnąć, a definitywnie sobie zasłużył! Chciałam, żeby wiedział, jak się wtedy czułam. Za każdym razem, kiedy zamiast otwarcie mnie odtrącić, robił to zaraz po tym, jak dawał mi nadzieję - jak mnie całował, gładził po policzku, patrzył głęboko w oczy...
     Kiedy poczułam łzę spływającą po policzku, mentalnie sobie w niego strzeliłam. Czułam się tak, jakby jego gierki robiły mi serce na kawałki - takie spore, łatwo sklejalne. Jednak dzisiejsza wrogość była niczym wielki gorący młot, który zniszczył klej i rozwalił je na większe kawałki. Nie liczyłam, że ucieszy się na mój widok, ale...
     Jakimś cudem Dean wyciągnął mnie z mieszkania razem z naszymi butami i kurtkami, ale chyba dopiero kiedy zamknęły się za mną drzwi poczułam się od tego odcięta. Jakbym była lalką, której oderwano sznurek i nie mogła już mówić. Patrzyłam tylko w podłogę, niczym koń z klapkami na oczach, szukając jakby odpowiedzi na... To wszystko.
     - Daj mi kluczyki - powiedział Dean, wyciągając rękę w moją stronę.
     Mimo spokojnego oddechu, serce mi waliło jak dzwon poruszony młotem. Na moje nieszczęście, jedna rzeczy się nie zmieniła i chyba nigdy nie zmieni - moja wrażliwość. Minęła zaledwie chwila od momentu, kiedy miałam ochotę wygarnąć mu jeszcze więcej, a teraz... Teraz chciałam tam wejść z powrotem, powiedzieć, że przepraszam i że to wina nerw, żeby mnie przytulił, żeby powiedział o co chodzi... Tego chciałam. Nie chodziło o związek, o to żeby czuł do mnie to, co ja do niego... Po tym wszystkim liczyłam tylko na szczerość, na jej odrobinkę...
     Podniosłam swój płaszcz z ziemi i posłusznie podałam jasnowłosemu kluczyki od mojego samochodu. Chociaż raczej powinnam powiedzieć samochodziku, bo był to czerwony mikrus - większego nie potrzebowałam.
     - Zakładaj buty i jedziemy do domu. - Nie mogłam go obwiniać za chłodny ton.
     Wciągnęłam buta na zdrową nogę, kurtkę na plecy i ruszyłam za Deanem do windy. Pewnie chodziło mu po głowie, że spaliłam wszelkie szanse jego powrotu do pracy, dlatego wolałam nic nie mówić, tylko wykonywałam polecenia... Obydwoje chyba musieliśmy się wyciszyć. Przez to podróż windą była ciężka i zdawała się trwać wieczność, albo nawet i dwie wieczności.
     Pierwsze słowa padły ponownie dopiero, kiedy zasiedliśmy w aucie.
     - Nie będę Cię obwiniać za to zwolnienie - zaczął bardzo spokojnie. - Mówiłaś, że to zły pomysł, zapewniałem, że nic się nie stanie... - Przerwał i westchnął, wyjeżdżając powoli na oblodzoną drogę.
     Dochodziła dziewiętnasta, a Nowy York zdawał się być tak jasny, jak za dnia. Jedynie spojrzenie w niebo zdradzało, że Ameryka tuliła się w mroku. Niestety, była to kolejna bezgwiezdna noc, w której jedynie płatki śniegu próbowały zrekompensować ich brak. Jedna chyba tylko mnie cieszył ich widok, reszta ludzi przemierzała szybko ulice okutana w dwa szaliki i cztery kurtki, zostawiając za sobą obłoki ciepłego powietrza.
     - ... ale czy naprawdę musiałaś się tak wydzierać na niego? - spytał chyba najspokojniej jak się dało. - Co w ogóle za dziwne spięcie między wami?
     Dmuchałam tylko w szybę, udając że go nie widzę ani nie słyszę. Zwłaszcza po tej akcji miał prawo wiedzieć, że między nami do czegoś doszło... Chociaż w dzisiejszych czasach takie określenie pewnie dla wielu znaczyło pójście do łóżka, a tym czasem my tylko całowaliśmy się i raz spaliśmy w jednym łóżku. No i oczywiście ja coś do niego poczułam, niestety bez wzajemności...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER