Czułem że powinienem się odwrócić. Nie
stawać plecami do problemu, do przeszłości i do tego, co najwyraźniej jeszcze
nie przeszło i nadal bolało. Ale zatrważająco łatwo przychodziło mi stanie w
bezruchu a na myśl, że muszę chociażby drgnąć czułem jak żółć podchodzi mi do
żołądka, a później do gardła. Zawsze łapałem byka za rogi, nieważne jak zła
była sytuacja. Ale teraz nie potrafiłem nawet sam sobie powiedzieć, skąd taka
reakcja. Skąd moja złość i zawiść, jakby zawiódł mnie ktoś najbliższy. Bolało
mnie coś pod sercem, nie był to jednak żaden znajomy ból. I nie było na niego
lekarstwa oprócz usilnego zaciskania pięści na blacie kuchennym.
Do samego końca trwałem tak, jak
wrzucony do pustki, do czarnej dziury, która wessała wszystko i w przerażającym
tempie z ogromną, nieznaną ludzkości siłą rozdzierała wszystko na malutkie
cząsteczki, na same atomy. A później wszystko składało się od nowa w całość
tylko po to, żeby bez końca rozrywać myśli, uczucia i wszystkie emocje, których
nie potrafiłem ocenić.
Nie dotarło do mnie, że nagle nie było
już krzyków, że zostałem w swoim mieszkaniu zupełnie sam. Mój mózg na nowo odtwarzał
głos Spencer, jakby chciał pogrążyć mnie w tych torturach już na wieczność.
Dopiero po zdecydowanie zbyt długim czasie udało mi się rozluźnić palce
zaciskane na blacie, a wraz z tym uderzyła mnie nagła świadomość sytuacji.
Pusta kuchnia, cisza. Wyłączone radio. Nikt nie krzyczał, nikt nie powtarzał
zduszonym głosem, że trzeba się zbierać, że trzeba iść. Tylko to dziwne
otępienie nie opuściło całego mojego ciała. Mrowiło mnie poczucie, że wszystko
poszło nie tak, jak powinno. Że tyle rzeczy posypało się w złym kierunku, że
tej lawiny nie da się już zatrzymać.
I że teraz zostało mi tylko sunąć z jej
impetem tylko po to, żeby w pewnym momencie roztrzaskać się o skały. Ale
wiedziałem, że nic się wtedy nie stanie. Pęknie jedynie skorupa, którą się
stałem przez ten rok.
Godziny zamieniały się w dni, a
przeważały te dni wypełnione po brzegi pracą. Cały Nowy Jork dawał też jasno do
zrozumienia, że zbliża się gwiazdka i że kupienie prezentu dla najbliższej
osoby – jak co roku – jest najwyższą koniecznością. W okresie przedświątecznym
zawsze zaczynała się tu zakupowa gorączka, która przypominała mi – również jak
co roku – o zbliżających się świętach. Zazwyczaj w natężeniu pracą i
obowiązkami potrafiłem przegapić czas, który normalny zjadacz chleba
przeznaczał dla bliskich i rodziny. Ja wtedy pracowałem najciężej.
W tym roku jednak wyjątkowo
postanowiłem wziąć sobie wolne. Nie wiem, czy to przez poczucie, że muszę w
końcu coś zmienić w swoim życiu, pozbyć się jakichś nawyków, przełamać rutynę,
czy przywyknąć do czegoś nowego. Środowisko, w którym ostatnio spędzałem
towarzysko czas organizowało wyjazd i od razu zapowiedziano, że nie wyobrażają
go sobie beze mnie. Lubiłem uznawać, że to przez sympatię do mojej osoby, a nie
statusu albo pieniędzy, ale nic nie było do końca pewne. Zgodziłem się i
zrobiłem to chyba tylko po to, żeby wyrwać się z miasta objętego nagłą biegunką
szukania prezentów i przygotowywania się do Świąt Bożego Narodzenia. Już w
momencie, kiedy drzwi do autobusu otworzyły się przed naszym kurortem poczułem,
że być może nie był to taki zły wybór i że może nawet polubię spędzanie tutaj
czasu.
— Jackie, rusz się, bo stoisz w
przejściu — Annabel postukała mnie kilkakrotnie w ramię, nachylając się do
przodu.
— Mówiłem ci z tysiąc razy, że masz
mnie tak nie nazywać — odparłem kwaśno, łapiąc swoją walizkę podręczną i
wyskakując z pojazdu.
Oczywiście całym naszym bagażem zajmie
się obsługa hotelu, nawet nie musiałem o to pytać. W końcu nie bez powodu
płaciliśmy tak horrendalną stawkę w kurorcie za noc, żeby męczyć się z tym
sami. Annabel wyszła z większą, wrodzoną gracją i wyszczerzyła się do mnie,
jasno dając do zrozumienia, że ma moje zdanie w dupie i nadal będzie używać
tego irytującego skrótu. Na szczęście za nią w korytarzu autobusu pojawił się
Jared, niosący torebkę Lucy.
Pojawienie się tutaj tej ostatniej
nadal nie było mi w smak. Chociaż para najwidoczniej się pogodziła, a Lucy sama
zaczęła zachowywać się nieco bardziej jak na człowieka przystało, to jej
obecność była niczym drzazga w palcu u nogi. Wiedziałem, że jeszcze będą z tego
problemy.
— Chyba czas na odświeżenie się po
podróży — zasugerowała Annabel, zarzucając swoimi długimi, gęstymi włosami
niczym w reklamie szamponu. Ton głosu jak zwykle dawał do znaczenia, że nie
będzie przyjmowała żadnych sprzeciwów z nasze strony, choć jednocześnie przy
tym nadal była elegancka, uprzejma wręcz. — A później coś zjemy i spotkamy się
w jacuzzi albo basenie. Wszystkim pasuje? — zapytała i nie czekając na odpowiedź,
skinieniem dłoni przywołała do siebie boya hotelowego, który z nabożnością
wręcz zabrał od niej torebkę. Rozsiewała wokół siebie tak silny urok osobisty,
że nawet chyba ja czułbym się w konieczności, żeby jej pomóc w razie potrzeby.
Pokręciłem energicznie głową,
przenosząc spojrzenie z jej zgrabnego tyłka na resztę naszej paczki. Był
producent filmowy, główna makijażystka – równa babka, choć zdecydowanie nie tak
urodziwa, zwłaszcza w otoczeniu aktorek dopracowanych pod każdym względem – i kilku
innych aktorów. Było nas sporo. Nikt nie wyraził sprzeciwu. Odchrząknąłem,
kładąc dłoń na ramieniu Jareda pojednawczo.
— W takim razie my też widzimy się
wieczorem — zerknąłem na Lucy, zajmującą swoje miejsce pod ręką przyjaciela. —
W recepcji powiedzą wam, który pokój jest wasz. Możecie zamawiać, na co macie
ochotę — dodałem, choć być może odrobinę zbyt protekcjonalne.
Po krótkim pożegnaniu z resztą ekipy
wszedłem do hotelu i udałem się do windy, która wyniosła mnie na odpowiednie
piętro. Najpierw zamierzałem się rozejrzeć po kurorcie, zanim udam się do
swojego pokoju na krótki prysznic, bo w gruncie rzeczy wcale jeszcze nie czułem
się na tyle zmęczony, żeby znowu odpoczywać.
Za przeszkloną fasadą rozciągał się
piękny widok na ośnieżone góry, a chylące się niedługo ku zachodowi słońce
oświetlało trasy narciarskie, których widok hipnotyzował i sprawiał, że miałem
ochotę ubrać narty i sunąć w dół, z powietrzem rozbijającym się o moją twarz. Z
wrażeniem, że jestem wolny, że swobodnie mogę udać się, gdzie tylko chcę, z
prędkością, która o wiele bardziej przypominała niebezpieczny zjazd na łeb, na
szyję. Uśmiechnąłem się, zaciskając mocniej dłoń na rękojeści swojej małej torby
podróżnej.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz