To było głupie, impulsywne, idiotyczne! Ja się tak nawet normalnie nie zachowuję! Kto to widział, żeby gonić się w ten sposób po korytarzach? Ale skoro powiedziałem już „a”, zamierzałem to kontynuować i brnąć dalej, więc wszedłem do windy spokojnie, a drzwi zamknęły się i okazało się, że nie ma już odwrotu. Panowała nieprzyjemna w moim odczuciu cisza, ale nie oglądałem się na pozostałą dwójkę. Poruszać prywatny temat przy świadkach – niemożliwe. Niecierpliwie odczekałem, aż dotrzemy do piętra, na którym mężczyzna wysiądzie, a kiedy to się stało…
No cóż, nie przyszła oczekiwana ulga.
Wręcz przeciwnie, nienormalny stres tylko się nasilił. Przepuściłem faceta w
drzwiach i wtedy kątem oka ponownie zmierzyłem sylwetkę Spencer. Miała na sobie
uniform, jaki wcześniej już widziałem u ludzi na dole, w holu, więc jedyne sensowne
pytanie, po które ją goniłem właśnie zniknęło. Staliśmy więc w milczeniu.
Zapomniałem nacisnąć guzik ze wskazaniem piętra, bo zamiast tego rozważałem
tysiąc możliwości, co zrobić w podobnej sytuacji. Żadna nie była jednak dobrym
wyjściem, koniec końców więc dojechaliśmy na samą górę. I dopiero wtedy Spencer
się odezwała.
Jej słowa były niczym smagnięcie batem.
Oficjalny ton i unikanie kontaktu wzrokowego… Jakbyśmy w ogóle się nie znali.
Jakby to wszystko, co było między nami nie tak dawno temu dało się po prostu wymazać.
Parsknąłem cicho, kręcąc głową z niedowierzania. Zamiast szoku powoli docierała
do mnie niczym zza grubej ściany irytacja. Może też powinienem udawać, że nic
nie zaszło?, przeszło mi przez myśl.
Przez dłuższą chwilę nic się nie działo
i miałem wrażenie, że Spencer powtórzy swoją prośbę nagląco, ale nie
zamierzałem dać jej na to czasu. Zerknąłem na tablicę z numerami pięter – to nie
należało do mnie. Miałem wrażenie, że moje ciało też już nie jest pod moją
kontrolą, kiedy postawiłem pierwszy krok naprzód, a później minąłem ją w
drzwiach. Zatrzymałem się za nimi, plecami do dziewczyny. Mógłbym jej tyle
powiedzieć, o tyle zapytać, wyjaśnić się, przeprosić… Zwłaszcza to ostatnie.
Zacisnąłem zęby, a palce na uchwycie swojej torby.
Drzwi zgrzytnęły i miały się zamknąć,
ale tym razem to ja je przytrzymałem.
— Poczekaj — powiedziałem wyraźnie,
powoli, zbierając się w sobie, żeby pociągnąć to dalej. — O co w tym chodzi?
To pytanie paliło mój język i gardło,
kiedy je wypowiadałem. Było takie proste i głupie, wręcz dziecinne, żeby je
zadać w tej sytuacji. Z pewnością ją zraniłem i miała prawo mnie nienawidzić.
Ale nie chciałem… Tego. Podniosłem na nią spojrzenie, kosztowało mnie to
większą część energii.
— Dlaczego tutaj pracujesz i dlaczego
zwracasz się do mnie „pan”? — Przełknąłem ślinę. — Gdzie byłaś przez cały ten
czas?
Robiłem, co w mojej mocy, żeby głos mi
się nie załamał. Miałem przeczucie, że dziewczyna zaraz po prostu każe mi się
cofnąć, odejść, jakbym mógł – zniknąć. Czułem w jej postawie to, czego nie
zdążyła mi przy naszym ostatnim spotkaniu powiedzieć. I wiedziałem, że łudzę
się niczym głupiec, starając się zrozumieć tą sytuację. I naiwniak, jeśli
sądzę, że uda mi się tu coś naprawić. Ale…
— Mam nadzieję, że dobrze sobie radziłaś
przez ten czas — dodałem sucho, chłodniej niż planowałem.
Nie, nie wydawało mi się, że mam prawo
pytać, co u niej. Albo powiedzieć, że żałuję tego, co się stało. Cofnąłem się
nieco, ale nadal nie pozwoliłem się tym drzwiom zamknąć. Miałem wrażenie, że
gdyby teraz odjechała bez słowa, straciłbym swoją jedyną szansę. Szansę, na
którą nie do końca zasługuję. Opuściłem wzrok, rozglądnąłem się dookoła, ale
zrobiłem to bez celu. Na korytarzu było pusto, bogato zdobiony hol zapewniał
dojścia do najdroższych apartamentów.
W końcu w tej ciszy coś we mnie pękło.
Nabrałem dużo powietrza w płuca, a później wypuściłem je ze świstem. Miałem
nadzieje jeszcze na spokojny wypoczynek?
— I jeszcze coś. Ostatnio nie było do
tego okazji — mruknąłem, plasując spojrzenie gdzieś na jej twarzy, starając się
coś zaobserwować, dostrzec nawet najmniejszą zmianę. Nie było mi teraz bynajmniej łatwo. — Przepraszam.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz