Było mi tak wszystko jedno, że jej
słowa spływały po mnie niczym woda, która po zabraniu brudu znika w odpływie, a
później kończy w rzece. Cóż, była też jawna świadomość, że ta sama woda kiedyś
zamieni się w deszcz, w ten sposób tworząc pełny krąg. Ale teraz nie wybiegałem
tak daleko świadomością w przyszłość. Liczyła się obecna chwila i ten konkretny
korytarz, który teraz zbrzydł w moich oczach do potęgi, nawet jeśli nic
praktycznie się w wystroju nie zmieniło. Miałem wrażenie, że słyszę jej słowa,
ale ich sens gdzieś znikał, a obecnie połączenie ich w całość stawało się wręcz
niemożliwe. Jeśli ktoś, kto jest zakochany zachowuje się w ten sposób, przeszło
mi przez myśl, patrząc na wygiętą w grymasie twarz Spencer, na którą padał
głęboki cień schowanego już słońca, to nie chcę już nigdy więcej tego
doświadczyć. Dlaczego to musi tak boleć i być takie trudne? Fakt, grając w
wielu filmach wcielałem się w różne role, niektóre miały motyw romansu,
łatwiejszy lub trudniejszy, ale żaden nie przypominał obecnej sytuacji i
poniekąd dlatego też nie potrafiłem się w niej odnaleźć. Nawet doświadczenie
aktorskie nie potrafiło mi teraz pomóc. A jeśli to zawodziło – nie było już
innej deski ratunku, nawet żadnej brzytwy, której można by się było desperacko
chwycić.
Obserwowałem jej plecy, ale moja
świadomość była gdzieś daleko stąd, zupełnie w innym, wcale nie bardziej
przyjemnym miejscu. Wędrowałem pomiędzy wspomnieniami, starając się znaleźć i
zrozumieć swoje błędy… Ale było ich tak wiele… Jakbym stąpał po lodzie, który
pękał w każdym możliwym miejscu, a oglądając się za siebie zrozumiał, że ląd
jest za daleko. Nie dopłynę, tylko umrę tu, na środku.
Wszystkich tych zarysowań na lustrze
pomiędzy mną a dziewczyną nie dało się teraz naprawić. Być może w ogóle się nie
dało – popełnione pomyłki były często karygodne. Dobrowolnie cofnąłem się
świadomością do momentu, kiedy się spotkaliśmy. Wzrok ślizgał się po sylwetce
oświetlonej miękkim światłem. Czy gdybym wiedział, gdzie los nas zaprowadzi
próbowałbym jej pomóc? Wskoczyłbym ponownie do tej samej wody? Przez moment
starałem sobie przypomnieć najdrobniejszy szczegół tamtego spotkania. Kawa czy
herbata na dywanie, moich butach, jej rozbiegane, wystraszone wręcz spojrzenie.
Krzyki, a później inny pokój. Zbyt duża koszula w kratkę Spencer. Samochód, pośpiech,
praca. Rozmowa, choć bardziej przypominająca strzępki zdań. A później….
Później, podobnie jak w moich myślach, wszystko niesamowicie przyspieszyło.
Kolejne dni, spotkania, zagadkowe spojrzenia i uśmiechy, których genezy nie
znałem, których znaczenie było dla mnie obce.
Odtrącenie jej. Pierwszy błąd, obawa o
karierę i szczerość jej intencji.
Skłamanie, żeby chronić siebie i swoich
uczuć, których nie byłem – i nadal nie jestem – pewny. W willi u barona, na
imprezie, łzy spływające po jej twarzy. Drugi błąd.
Pocałunek – każdy jeden. Kolejne błędy.
Sterta wyrzutów sumienia rosła z każdym mijanym w pośpiechu wspomnieniem.
Każdym pocałunkiem, który chciałbym powtórzyć. Czy to zakochanie? To, co tak
boli i kłuje w klatce piersiowej?
Szatynka rozmawiała z kimś, ale nie
przysłuchiwałem się i tej rozmowie. Podróż do przeszłości, na którą sam sobie
sprawiłem bilet kosztowała mnie więcej energii, niż mogłem przypuszczać. Zamrugałem
kilkakrotnie, kiedy zrozumiałem, że zwraca się znowu do mnie. I właśnie te
ostatnie słowa złamały tamę, która ciągle do tej pory stała wewnątrz mnie
niewzruszona.
— Jeśli przez ten cały czas choć w
jednym byłem szczery — przełknąłem ślinę. Tak, zabrzmiało to zdecydowanie źle,
ale nie zamierzałem cofać się z podjętej ścieżki. — To w tym, że nie chciałem,
żebyś cierpiała. Żebyś płakała. Albo czegokolwiek żałowała.
Podniosłem dłoń, jakbym chciał dotknąć
jej włosów, pogłaskać, uspokoić. Wydawało mi się, czy drżała lekko? Płakała?
Nie potrafiłem ocenić. Ani zdobyć się na to, żeby spróbować ją dotknąć. Zanim
winda dojechała na wezwane piętro, odwróciłem się na pięcie, w głębi kieszeni
znalazłem klucz z numerem do swojego pokoju, a później poszedłem w głąb
budynku, żeby go poszukać.
Nie usłyszałem charakterystycznego
dźwięku, który miałby oświadczyć, że winda pojawiła się na właściwym piętrze.
— Słuchasz mnie w ogóle?
Zniecierpliwienie w głosie Jareda było
udawane, zauważyłem, przewracając na niego oczy.
Siedzieliśmy w hotelowej kawiarni, on
wpieprzał ze smakiem coś na śniadanie, czego nie tknąłbym nawet kuszony nagrodą
pieniężną, a ja siedziałem z łokciem na blacie i głową podpartą na dłoni,
tocząc spojrzeniem dookoła. I oczywiście nie słuchając tego, co mówi. Od
wczoraj czułem się tak pusty i bezsilny, jakby ktoś wyssał ze mnie soki
życiowe. Nawet nie miałem sił, żeby się denerwować albo irytować na tą całą
idiotyczną sytuację.
— Nie, co mówiłeś? — zapytałem,
spojrzeniem zjeżdżając na breję, którą się zajadał.
— Jesteś oderwany od rzeczywistości.
Nadal nie zamierzasz mi powiedzieć, co się wczoraj stało, prawda?
Pokręciłem głową flegmatycznie, nie
ściągając jej z piedestału własnej dłoni. Co miałbym mu niby powiedzieć? Że
całą noc nie zmrużyłem oka, że katowałem się myślami o sytuacji tak
beznadziejnej, że nie uwierzy, że w ogóle się w niej znalazłem? Odpadało. Nie
mogłem tego zrobić, nawet nie potrafiłem się otworzyć przed przyjacielem.
Odbierałem to jako swojego rodzaju karę; musiałem cierpieć w samotności, a coś
wewnątrz mnie paliło nieprzyjemnym bólem, który nie dawał mi zapomnieć obrazu
Spencer odwróconej do mnie plecami. Jakby tym razem odeszła naprawdę, bez
możliwości powrotu. Ta świadomość zabijała mnie kawałek po kawałku.
— …snowboard. Annabel nie potrafi na
nim jeździć, ale ja chętnie się nauczę. Właściwie — Jared podrapał się po
głowie i całkiem wprawnie udawał, że nie zwraca uwagi na moją ospałość w
reakcji na jego słowotok. — Nie mogę się już doczekać pierwszych lekcji. Zawsze
śmigaliśmy na nartach, to powinna być miła odmiana. A z drugiej strony…
Wyłączyłem się gdzieś w połowie. Na
widok jedzenia coś stawało mi w gardle, niezrozumiały bunt. Miałem tego dość.
— Zanim gdziekolwiek pójdziemy, muszę
wziąć kąpiel. Najlepiej z sauną i jacuzzi, jakbyś mnie potrzebował, to wiesz,
gdzie szukać — rzuciłem, zabierając z blatu klucz do pokoju i swój telefon, a
później odwróciłem się i przeczesałem dłonią włosy.
— Ale…
Nie dokończył, bo mnie już nie było.
Miałem zamiar przejść przez recepcję i windą wjechać na górę, a później udać
się do części spa. Liczyć na szczęście i na to, że postawi mnie to chociaż
odrobinę na nogi. Bawiąc się kluczem w dłoni, podrzucając go i łapiąc,
zamierzałem przeciąć hol nie zatrzymując się nawet na chwilę. Kiedy jednak
zbliżyłem się do wind, zamierzanie przy kontuarze przykuło moją uwagę. I, na
boskie i ludzkie nieszczęście, częścią jego była Spencer. Coś ścisnęło mnie
paskudnie za trzewia. Przyspieszyłem kroku, licząc na to, że mnie nie zauważy,
ale do moich uszu docierały fragmenty rozmowy. Odruchowo zwolniłem, słysząc
swoje nazwisko, a moja intuicja od razu podpowiedziała, żeby trzymać się od
tego z daleka.
— Nieźle nakłamałaś, w tym swoim CV, mała —
męski głos przebijał się ponad śmiechem kilku kobiet. Wychyliłem się zza
ścianki, która oddzielała recepcję od poczekalni na windę. Akurat na tyle, żeby
dostrzec, że wysoki mężczyzna trzyma w dłoni teczkę z jakimiś papierami i
przegląda ją. Spencer stała po drugiej stronie, zaciskała dłonie na blacie, nie
widziałem jej twarzy. — Że niby sam Underwood, haha, przecież to śmieszne i
kupy się nie trzyma. Pewnie tylko dlatego zatrudnili cię w tym hotelu. A nawet
ślepy zauważy, że coś tu śmierdzi — rzucił, machając teczką. On najwidoczniej nie zauważył, że jego komentarz jest nie tylko nie trafny, ale i nieśmieszny.
Chociaż całym sobą walczyłem, żeby się
nie wtrącać, nie potrafiłem stać spokojnie. Wiedziałem, czułem, że pożałuję
tego później. Skierowałem się w ich stronę z wymownym wyrazem na twarzy i
kobieta, która dostrzegła mnie jako pierwsza ucichła, a uśmiech zniknął z jej
twarzy. Reszta była zbyt wolna, żeby widzieć, co nadchodzi.
— W czymś problem? Słyszałem, że się tu
o mnie rozmawia — zmierzyłem ich wszystkich spojrzeniem, Spencer też, choć z
większą trudnością, niż mogłem podejrzewać.
— Ależ nie! — wypaliła jedna z kobiet,
blondynka. — Skądże, to tylko…
— Chodzi o taką głupotę — zapewnił
mężczyzna, po czym pokazał mi papier. — I kłamstwo z pańskim nazwiskiem w roli
głównej.
Udałem, że patrzę na papier.
Dostrzegłem z łatwością, że to wspomniane wcześniej CV Hastings, ale jedynie
szybko zlustrowałem je spojrzeniem.
— Bo to kłamstwo, nie? Jawne — ponownie wyrwało się blondynce, za co została zgromiona spojrzeniem jednej z jej koleżanek stojących obok.
Zacisnąłem usta, a później przywołałem
na twarz spokój i uśmiech, który mógłby zmrozić krew w żyłach. Poza tym, jeśli
ktoś u góry dowie się, że jestem niezadowolony z obsługi, mogliby mieć
problemy. Oczywiście nie zamierzałem posuwać się aż tak daleko – nie do granicy
przesady. Będziesz tego żałować, Jake. Będziesz żałować, że znowu naiwnie i jak
idiota bierzesz stronę Spencer. Z tym przeświadczeniem wbiłem spojrzenie w
głównego sprawcę zamieszania, tego faceta, który krzyczał najgłośniej.
— Radzę nie robić takiej afery na samym
wejściu do hotelu. Być może godzina jest wczesna i zamierzaliście korzystać z faktu,
że nie ma tu dużo gości, ale bardzo źle to wygląda — odłożyłem teczkę z
trzaskiem na blat. — Jeszcze jedno. Chcę, żeby panna Hastings osobiście
zajmowała się wszystkim, co mnie dotyczy i żeby cała obsługa mojej osoby
przechodziła najpierw przez jej ręce. Można powiedzieć, że skoro pracowaliśmy
razem, ufam jej na tyle, żeby się tym zajmowała.
Jeśli ceną miały być tylko zame miny
tych ludzi, zdecydowanie było warto skoczyć na tą głęboką wodę.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz